ABC sardyńskich miasteczek, odcinek drugi. „B” jak Bosa. Okazała twierdza i pięknie wkomponowany w krajobraz zespół kolorowych zabudowań przyglądających się ujściu rzeki Temo do morza.
Sardynia 2018.
ABC sardyńskich miasteczek, odcinek pierwszy. „A” jak Alghero. Kataloński przyczółek na włoskiej wyspie, nieprzypadkowo zwany „Barcelonetą”, czyli małą Barceloną.
Sardynia 2018.
Tak się dziwnie składa, że nieraz, z przyczyn nie całkiem jasnych, byt ludzki zamiast wzrastać, niebezpiecznie wrasta w powszedniość, kurczy się. Dlatego też, raz na jakiś czas, potrzebna jest mu solidna kuracja, odpowiednio długa pauza od rutynowych gimnastyk i schematów, radykalna zmiana – rytmu, dystrybucji energii, sposobu myślenia, perspektywy, a najlepiej również krajobrazu, otoczenia. Świadomi tego, postanowiliśmy udać się w tym roku na „rehabilitację” do Italii, a dokładniej na słoneczną Sardynię, gdzie w warunkach śródziemnomorskiej wiosny, gdy cała niemal wyspa przemienia się w bujny ogród, mieliśmy nadzieję rozkwitnąć jak tamtejsze maki, rozkrzewić się jak tamtejsza makia. Z tego początkowo dość mizernie skonkretyzowanego pomysłu urodziła się całkiem pokaźna, gęsta od wrażeń podróż (powyżej prowizoryczna, ukazująca naszą trasę mapka), którą teraz, w kilku kolejnych odcinkach spróbujemy zilustrować. Najpierw trochę zdjęć sardyńskiej wiosny – naszym zdaniem, na spotkania z południowoeuropejskimi wyspami najlepszej z pór roku. Wielka szkoda, że nam już zdążył ulecieć z nozdrzy jej niezwykle intensywny zapach.
Sardynia 2018.
W najbliższych tygodniach nasz album zdominuje pewnie temat Sardynii, ale zanim tak się stanie, wpierw jeszcze mały przystanek. Dozza – jedna z perełek włoskiego regionu Emilia-Romania słynąca z niebanalnego street artu, który powstaje tu zupełnie legalnie w ramach szczycącego się już prawie sześćdziesięcioletnią tradycją festiwalu i z roku na rok w coraz większym stopniu tworzy krajobraz tego uroczego, kameralnego miasteczka. Mieliśmy sporo szczęścia, że między kolorowymi murami mogliśmy spędzić całe dwie doby.
Włochy 2018.
Gdybyśmy się kiedyś zastanawiali, w co się nasze oczy wgapiały na przełomie maja i czerwca w roku dwutysięcznym osiemnastym, zostawiamy sobie na pamiątkę ślad po kolejnym, zakończonym zaledwie wczoraj, pod każdym względem udanym wypadzie na słoneczne południe. Oczywiście, dwadzieścia jeden na szybko wybranych zdjęć to zdecydowanie za mało, żeby zilustrować te arcybogate trzy tygodnie, ale od czegoś zacząć trzeba :)
Włochy 2018.
Z roku na rok wspinamy się coraz rzadziej, a co za tym idzie – cała zabawa staje się coraz trudniejsza. Na szczęście czasem jeszcze odnajdujemy w sobie dawny upór i dzielność. W urokliwych okolicach Mzurowa, na ukrytych pośród gęstej majowej zieleni wapiennych ostańcach prezentowaliśmy się ostatnio całkiem nieźle.
Maj 2018.
Czeski Štramberk wydał nam się odrobinę podobny do Bańskiej Szczawnicy – słowackiej perełki, której miejską tkankę starannie badaliśmy niemal dokładnie rok temu (patrz tutaj). Pewnie przez swój podłużny plac centralny i kapitalne położenie między ślicznie zalesionymi pagórkami.
Kwiecień 2018.
To niezwykłe, jak poza głównym sezonem, w pogodne, wolne od pracy dni pustoszeją czeskie miasteczka. Trudno uwierzyć, ale nieraz łatwiej znaleźć w nich spokój i zdrową dawkę odosobnienia niż w pobliskich, coraz bardziej zatłoczonych górach. Na obszernych placach aktywność ludzka niemal całkowicie zamiera. Między pastelowymi frontami kamienic lekko falują masy rozgrzanego słońcem powietrza, a zabytkowe zaułki oraz ciasne uliczki pięknie udekorowane mozaiką światła i cienia zapraszają zabłąkanych przybyszów do jakiejś onirycznej gry. Bardzo odpowiada nam ten senny, odrobinę prowincjonalny klimat.
Nowy Jiczyn, kwiecień 2018.
Kiedy na początku lutego odwiedziliśmy czeskie Adršpašskoteplické skály, słynne skalne miasta otulała gęsta, wielowarstwowa szarość, pięknych piaskowców nie głaskała nawet wiązka sprzyjającego fotografii światła, a większość zakątków wyścielały dywany lodu czyniąc ze spacerowych zwykle szlaków całkiem solidny, momentami nawet niebezpieczny, a przez to komplikujący trochę nasze plany, tor przeszkód. Pomimo tego w cudnie zapomnianym przez turystów o tej porze roku Adršpachu warto było zagościć. Chociażby po to, by się przekonać, w jak piękne twory przemieniają się zimą tamtejsze wodospady.
P.S. Drobna, dobra rada. Kto zechce się do Adršpachu wybrać, niech nie zapomni w program swojej wycieczki wpisać wizytę w lokalu Café Bar Kalírna, bo to atrakcja sama w sobie, nie mniejsza niż okoliczna przyroda. Sielska atmosfera, przemiły, pogodny personel oraz stali bywalcy zarażający wszystkich przybyszów uśmiechem od ucha do ucha, znakomita muzyka, jedna z najlepszych pizz w tej części Europy, smakowite desery, pyszne destylaty i piwa. Bez najmniejszego zawahania reklamujemy.
Luty 2018.
Kiedy w 2016 roku pierwszy raz spotkaliśmy się z Kromieryżem (patrz tutaj), zachwyceni szlachetnością jego miejskiej tkanki obiecaliśmy sobie, że do „Hanackich Aten”, jak bywa nieraz nazywany ten ważny w historii Moraw ośrodek, wrócimy w niedalekiej przyszłości. Całkiem niedawno doszliśmy do wniosku, że niedaleka przyszłość już chyba nadeszła i chwilę później ruszyliśmy na południe, by dać się porządnie rozbujać ulubionym czeskim trunkom, sprawdzić organoleptycznie kondycję kromieryskich hoteli oraz jadłodajni, a przede wszystkim przekonać się, jak dawna siedziba biskupów i arcybiskupów ołomunieckich prezentuje się w styczniowym przebraniu. Śniegu niestety zabrakło, ale za to zimowe słoneczko specjalnie na nasz przyjazd hojnie przemalowało zabytkowe mury miasta wiązkami prześlicznego światła.
Styczeń 2018.
Solidnie już stęsknieni za bielą zimy ruszyliśmy niedawno w stronę słowackiej Małej Fatry, by na jej głównej grani, z dala od codziennego zgiełku posłuchać, jak pada śnieg. Urodziła się z tego całkiem owocna, przyjemnie męcząca przygoda, która swoją kulminację osiągnęła na nieznanym nam dotychczas Małym Krywaniu. Poniżej skromna galeria – trochę portretów z drogi i kilka zimowych panoram.
Słowacja 2018.
Miało być świąteczne spotkanie z przemrożonymi, otulonymi białą pierzyną górami, ale pogoda tradycyjnie pod koniec grudnia trochę zwariowała, więc wybraliśmy aktywność mniej ekstremalną. Tak sprzyjających rowerowym przejażdżkom warunków o tej porze roku absolutnie się nie spodziewaliśmy. Na Klemensowej Górce zameldowaliśmy się w temperaturze niemal dziesięciu stopni, przy całkiem żwawo operującym, lekko tylko przyduszonym przez smog słonku.
26 Grudzień 2017.
Beskid Śląsko-Morawski, a precyzyjniej rzecz ujmując – rozciągnięta między przełęczą Pustevny i szczytem Radhoszcz (Radhošť) spacerowa grań. Nasze pierwsze w tym roku górskie spotkanie z zimą, która, trzeba przyznać, od razu ujawniła swoją najprawdziwszą twarz, nie szczędząc nam ani śniegu, ani kilkunastostopniowego mrozu, ani huraganowego wiatru. Krótka to była przygoda, ale niezwykle intensywna. Dawno już tak solidnie nie przemarzliśmy.
Czechy 2017.
Grudzień A.D. 2017 rozpoczęliśmy wizytą w miejscu, w którym z niewyjaśnionych powodów bardzo dawno nas już nie było. W drodze na piętnastą edycję największego w Polsce festiwalu górskiego znaleźliśmy czas na krótki spacer po zaskakująco pogodnej w tym momencie krakowskiej starówce. Spoglądając na niebieskie niebo trudno było przypuszczać, że niedużo później brukowane uliczki i dachy zabytków przykryje kilkucentymetrowa warstwa śniegu.
Kraków 2017.
Strzegące południowo-zachodnich krańców francuskiej Prowansji kameralne Arles to nie tylko urocze miasteczko pełne monumentalnych zabytków, z których najstarsze liczą sobie ponad 2000 lat, lecz również „brama” do Camargue – ulokowanego w delcie Rodanu, podmokłego „królestwa” komarów, dzikich koni, słynnych czarnych byków oraz różowych flamingów.
Francja, wrzesień 2017.
Jeszcze do niedawna zaśmiecone, zarośnięte, oszpecone prymitywnymi bohomazami wzgórze Kromołowiec uchodziło za jeden z najbardziej ewidentnych przykładów dewastacji naszych jurajskich ostańców. Na szczęście dzięki wytężonej pracy grupy ludzi (wycinka, sprzątanie, czyszczenie, piaskowanie, itp.) położone na terenie Niegowonic skały znów odzyskały swój turystyczny i wspinaczkowy walor. A że jakiś czas temu na całkiem estetycznych, wapiennych ścianach pojawiły się również nowe stanowiska zjazdowe i ringi, postanowiliśmy w końcu przetestować potencjał tego położonego ledwie 50 kilometrów od naszego domu sektora. Pomysł przerodził się w dobry dzień. Zaskakująco przyjemne drogi nie stawiały większego oporu. No i pogoda dopisała – przesadny upał ani przez moment nas ze skał nie przeganiał ;)
Listopad 2017.
Wyruszając do Szwajcarii wiedzieliśmy, że tydzień to zdecydowania za mało, by bliżej poznać tą cudnie pofałdowaną krainę. Postanowiliśmy więc, ignorując wszelkie kaprysy alpejskiej pogody i pomruki naszych niedoleczonych kontuzji, dobrze wykorzystać każdy dzień, każdą godzinę, każdą minutę. Na górskich szlakach spędziliśmy naprawdę dużo czasu, a na kartach naszych aparatów zapisało się całkiem sporo tułaczych pamiątek. Poniżej pierwsza ich część.
Valais, wrzesień 2017.
Pomysł, by odwiedzić słoneczną Aostę – stolicę najmniejszego, ale i najbardziej górzystego z włoskich regionów – kiełkował w naszych głowach już od wielu lat. Wreszcie stało się. Całkiem niedawno, wioząc do domu z Prowansji ciężki ładunek wakacyjnych wrażeń, urządziliśmy sobie w tym atrakcyjnym zakątku, ukrytym za szczelnym murem najwyższych alpejskich ścian, dwudniową pauzę. Poniżej kilka stamtąd obrazków.
Włochy 2017.
Z przyjemnie sielskiego, trzydniowego pobytu w urokliwym Roussillon – popularnej wśród turystów, prowansalskiej stolicy ochry – w pamięci przede wszystkim została charakterystyczna dla tych stron, niezwykła, miejscami niemal nadrealna mozaika kilku ognistych barw: czerwieni, różu, żółci i oranżu.
Francja 2017.
W Prowansji szukaliśmy przede wszystkim ciszy, spokoju oraz przestrzeni zdolnej pomieścić nasze przywiezione z ojczyzny zmęczenie. Omijaliśmy duże osiedla, a najlepiej czuliśmy się w kameralnych miasteczkach i niewielkich wioskach pięknie wkomponowanych przez jakiegoś zmyślnego architekta w ten jakże charakterystyczny, wzniesiony na bazie skały i słońca krajobraz. Aż chciałoby się gdzieś tam, któregoś dnia zamieszkać.
Francja, wrzesień 2017.
W graniczącym z Włochami i Francją, przepięknym krajobrazowo, szwajcarskim kantonie Valais na każdym niemal kroku spotkać można jakieś „naj”. Na powierzchni prawie dwa razy mniejszej niż najmniejsze polskie województwo znajdziemy między innymi: najdłuższy alpejski lodowiec, największą na świecie grotę lodowcową, najwyżej w Europie położoną stację kolejki linowej, największy na kontynencie kompleks termalnych kąpielisk, największe europejskie podziemne jezioro, najwyższą zaporę grawitacyjną, prawie pięćdziesiąt czterotysięczników, a wśród nich najłatwiejszy w Alpach – Breithorn i oczywiście najpiękniejszy – Matterhorn. A do tego wszystkiego standardowy zestaw górskich atrakcji, lazurowe jeziorka, estetyczne miasteczka, sielskie wioski, sporo śladów historii i hektary bujnej winorośli ślicznie zdobiącej zbocza mocno nasłonecznionych dolin. Nic dziwnego, że tydzień, który spędziliśmy w tym arcybogatym świecie wydał się nam wyjątkowo niepojemny.
Szwajcaria 2017.
Zacznijmy od końca, czyli od tego, że całkiem niedawno, po trzech tygodniach nieobecności w rodzimych stronach, zaparkowaliśmy wreszcie pod domem wyraźnie sfatygowany liczącą sobie grubo ponad pięć i pół tysiąca kilometrów drogą, mocno przeładowany wakacyjnymi wrażeniami samochód, co było kropką wieńczącą naszą wrześniową przygodę. Urlop A.D. 2017 zapamiętamy jako jeden z najintensywniejszych epizodów w z roku na rok coraz bogatszej historii naszych kontaktów z mniej lub bardziej obcymi krainami. Tym razem nasz szlak wiódł przez terytorium aż siedmiu państw, a w trzech z nich (Szwajcaria, Francja, Włochy) zdecydowaliśmy się zacumować na dłużej. Ustroniom znanym nam dotychczas tylko z opowieści i z literatury przyglądaliśmy się zarówno z dołu, jak i z góry, karmiliśmy zmysły sielanką alpejskich dolin, spacerowaliśmy między lodowcami, pierwszy raz na naszym kontynencie „cieszyliśmy się” dolegliwościami związanymi z wysokością 4000 m n.p.m., ale także wygrzewaliśmy kości w prowansalskim słońcu, a nawet zostawiliśmy kilka śladów na śródziemnomorskich plażach. Włóczyliśmy się, wspinaliśmy się, radowaliśmy się towarzystwem serdecznych ludzi. Odkąd drugiego dnia, po krótkim przystanku w Północnym Tyrolu, wylądowaliśmy w szwajcarskim kantonie Valais, w naszej drodze zaskakująco często towarzyszył nam Rodan. Poznaliśmy go jako niewielki ciek biorący swój początek w lodowcach Alp Urneńskich, przyglądaliśmy się, jak nabiera mocy i nawadnia bogate w wino okolice Sion i Martigny, jak wita oraz opuszcza Jezioro Genewskie, by po chwilowej rozłące spotkać go ponownie w pobliżu Arles i dać się mu poprowadzić do dzikiego Camargue, gdzie zmęczona ponad ośmiusetkilometrową tułaczką rzeka ostatecznie umyka do morza. Lepszych i gorszych zdjęć dokumentujących ten błogi czas powstało oczywiście sporo. Na początek ogólna galeria…
Szwajcaria, Francja, Włochy, wrzesień 2017.