Auksodrone 2018

Pierwszy, ale mamy ogromną nadzieję, że nie ostatni, festiwal Auksodrone w tyskiej Mediatece. Się działo. Siedziało się i się słuchało, jak orkiestra Aukso pod batutą Marka Mosia przez trzy dni intensywnie rozmawiała z wybitnymi instrumentalistami ze świata muzyki klasycznej, jazzu i sceny elektronicznej. Zygmunt Krauze, Agata Zubel, Alek Nowak, Andrzej Jagodziński Trio, Henryk Miśkiewicz, Zbigniew Namysłowski Quintet, Michał Urbaniak & UrbSymphony, Clark, Mira Calix, Squarepusher. Sporo znakomitych, chociaż momentami trudnych w odbiorze kompozycji. Poniżej kilka migawek – raczej jako pamiątka, bo trudno nazwać je poważną fotografią. Na taką najzwyczajniej zabrakło uwagi i czasu.

Tychy, październik 2018.

Tyskie przestrzenie


Dawno już nie było o naszej „sypialni”… Czas zatem najwyższy nadrobić zaległości. Tychy. Trochę obrazków z letnich, niezobowiązujących przechadzek. Sierpień-wrzesień 2018.

OFF Festival A.D. 2018

Kolejny, trzeci dla nas z rzędu OFF Fesival już niestety za nami. Tak jak w poprzednich latach wykwintnych i pożywnych specjałów dla wygłodniałych melomanów nie brakowało i tylko już po wszystkim nie podoba nam się fakt, że na kolejny taki weekend musimy teraz poczekać całe dwanaście miesięcy. A w edycji A.D 2018 najbardziej chcieliśmy wyróżnić:

  • Shortparis – za to, że choć do OFF-owego programu zostali włączeni w zastępstwie, dosłownie w ostatniej chwili i przyszło im zagrać w naprawdę mało sprzyjającej scenerii (wczesna, piątkowa pora, nieliczna jeszcze publiczność, upał, ostre, odparowujące klimat mrocznych koncertów słońce), zaprezentowali swoją trudną do zaklasyfikowania twórczość wybornie, zasługując naszym zdaniem na kilka festiwalowych „Oscarów”, w tym za „największe odkrycie”, „choreografię”, a może nawet za „najlepszy spektakl” całego weekendu.
  • Oxbow – za miło odbiegający od sztywnych norm występ, za ogrom miażdżących obojętność słuchaczy riffów, i za to, że mieliśmy niepowtarzalną okazję posłuchać, jak na żywo brzmią kompozycje ze znakomitego albumu „Thin Black Duke” z „Cold & Well-Lit Place” na czele.
  • The Mystery Lights – za to, że energią, którą niewątpliwie daje im przyjaźń z muzyką, tak chętnie i szczodrze dzielą się z publicznością udowadniając przy okazji, że mocno osadzone w tradycji rockowej granie ciągle może brzmieć świeżo i oryginalnie, zwłaszcza jak się je okrasi odrobiną folku, bluesa oraz wysokogatunkowej psychodelii.
  • Moses Sumney – za piękny, idealnie wyważony, niezwykle intymny występ, zdaniem wielu najlepszy pod względem wokalnym koncert festiwalu.
  • Charlotte Gainsbourg – za to, że jako jedyna z trójki headlinerów, dość nieoczekiwanie zdołała nas całkiem poważnie zahipnotyzować i uwięzić w pierwszym rzędzie pod sceną przez calutki koncert, za oszczędny, ale precyzyjny w swoim zamyśle, niezwykle smaczny występ.
  • Marlon Williams – za to, że mimo kłopotów i sporych opóźnień w podróży, zdołał w porę wyskoczyć prosto z busa na scenę, by zdobyć nową kolekcję być może nie tylko niewieścich serduszek, tym razem przebierając się nie za wampira, lecz autentycznie sympatycznego Nowozelandczyka, a przede wszystkim znakomitego wokalistę, czego najlepszym dowodem było wieńczące występ, mistrzowskie wykonanie coveru „Portrait of a Man”.

Poniżej nasza skromna dokumentacja z wyżej wymienionych występów oraz kilka obrazków z innych OFF-owych wydarzeń.

36. MFTU, czyli Theater Gajes, Teatr HoM i cała reszta

Ślad po ostatniej, trzydziestej szóstej, a zarazem trzeciej z rzędu, w której wzięliśmy udział, edycji Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Ulicznych w Jeleniej Górze. Trzy dni, jedenaście grup teatralnych, piętnaście spektaklów. Theater Gajes, Teatr HoM, V.O.S.A. Theatre, Teatr Ósmego Dnia, Theater Irrwisch, Theater PasParTout, Luigi Ciotta oraz Flow Fireshow w naszych obiektywach. Całkiem obszerna galeria.

A nasze zdjęcia z poprzednich edycji Festiwalu można znaleźć tutaj:

Lipiec 2018.

Orgosolo, czyli miasto-galeria

Orgosolo – przed laty owiana złą sławą stolica sardyńskiego bandytyzmu, dziś pełne specyficznego klimatu, wyjątkowo barwne miasto-galeria. Takiego zagęszczenia najróżniejszych, niezwykle oryginalnych form street artu nie spotkaliśmy na swojej drodze nigdy wcześniej. Nawet gdy naszym domem była Dozza. Nawet gdy szlakiem murali przemierzaliśmy portugalską Lizbonę.

Sardynia 2018.

Dozza – dom street artu

W najbliższych tygodniach nasz album zdominuje pewnie temat Sardynii, ale zanim tak się stanie, wpierw jeszcze mały przystanek. Dozza – jedna z perełek włoskiego regionu Emilia-Romania słynąca z niebanalnego street artu, który powstaje tu zupełnie legalnie w ramach szczycącego się już prawie sześćdziesięcioletnią tradycją festiwalu i z roku na rok w coraz większym stopniu tworzy krajobraz tego uroczego, kameralnego miasteczka. Mieliśmy sporo szczęścia, że między kolorowymi murami mogliśmy spędzić całe dwie doby.

Włochy 2018.

Wieczór z Julią Marcell

Twórczość Julii Marcell znaliśmy do niedawna bardzo pobieżnie. Po sobotnim występie w tyskiej Mediatece wiemy już przynajmniej tyle, że z tej śmiało kroczącej własną ścieżką, coraz mniej anonimowej, coraz wyżej ocenianej przez publiczność i krytykę artystki całkiem niezłe, przepraszamy za wyrażenie, sceniczne zwierzę. Bardzo lubimy powściągliwe, przemyślane występy muzyków świadomych tego, że scena to coś więcej niż miejsce, na którym należy przyzwoicie odtworzyć kilka piosenek, popisać się wokalem, czy grą na instrumentach. Julia Marcell najwyraźniej doskonale wie, czym chce się z publicznością podzielić i, co wcale nie częste, potrafi dobrać do tego odpowiednie narzędzia. Mamy nadzieję, że kiedyś jeszcze, na jakimś kameralnym koncercie przyjdzie nam się z tą urodziwą Panią spotkać.

Luty 2018.

OFF Festival 2017 vol. 2

PJ Harvey, Feist, Swans, Wrekmeister Harmonies, BorisPreoccupations, Kikagaku Moyo, Circuit des Yeux, Shame i inni, czyli z naszych spotkań z niezwykle w tym roku interesującą „offową” sceną, trochę z braku czasu opóźniona, galeria druga.

OFF Festival, sierpień 2017.

A lot OFF music

Jeszcze jesteśmy zbyt daleko, jeszcze zbyt bardzo szumi nam w uszach, zbyt bardzo wzrok upośledzają permanentnie wyświetlane w głowach, gęste od kolorów i doznań festiwalowe sceny – zdecydowanie za wcześnie, by się zdobyć na podsumowania albo chociaż jakimś sensownym słowem podzielić. Muszą więc póki co wystarczyć obrazy. Może one choć odrobinę pokażą, jak piękne muzyczne święto zaserwowano nam ostatnio w Katowicach. Poniżej OFF Festival A.D. 2017 w naszych obiektywach. Galeria pierwsza.

Sierpień 2017.

O 35. MFTU w Jeleniej Górze po raz drugi

Dziesięć teatralnych grup z pięciu krajów, dwanaście przedstawień, trzy dni emocji w zakątku o niebanalnej urodzie, czyli z 35. Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Ulicznych w Jeleniej Górze galeria druga. Na zdjęciach: cztery akcenty polskie – Teatr Biuro Podróży, Teatr Falkoshow, Teatr Snów i Teatr A, jeden czeski – Theatre Kvelb Atelier, goście z Niemiec w dwóch odsłonach, czyli trupa Grotest Maru, Anglicy z rodzinnego Bash Street i trzy projekty włoskie – Associazione Eccentrici Dadaro, efektowni The Black Blues Brothers oraz niekwestionowany gwóźdź programu, czyli Ondadurto Teatro w porywającym, kapitalnie wymyślonym, obłędnie zagranym, dynamicznym, dopieszczonym po ostatni gest, ostatni dźwięk, ostatnią wiązkę światła przedstawieniu „Feliniana”, przepięknym hymnie ku czci jednego z najwybitniejszych mistrzów światowego kina.

Jelenie Góra, lipiec 2017.

35. Festiwal Teatrów Ulicznych w Jeleniej Górze

Kiedy dwanaście miesięcy temu wracaliśmy do domu z Jeleniej Góry w głowach odtwarzając najlepsze momenty z dopiero co zakończonego Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Ulicznych, obiecaliśmy sobie, że w stolicy Karkonoszy, w poszukiwaniu podobnych emocji, zjawimy się ponownie za rok. Słowa dotrzymaliśmy, za co nas artyści oraz organizatorzy tegorocznej, jubileuszowej edycji pięknie i hojnie nagrodzili. O szczegółach 35. MFTU opowiemy może później, a póki co trochę na szybko wyselekcjonowanych zdjęć.

Jelenia Góra 2017.

 

Kobieta i skały

Świeżusieńka galeria z zaskakująco sielskiego, cudnie pogodnego epizodu na Rzędkowickich Skałach. W rolach głównych: stęskniona wspinania Barbara, łapczywie spijające słoneczne światło wapienie i rozszalała jurajska zieleń. Na dalszym, nieuchwytnym dla oka planie Jakub dzierżący w dłoniach linę i aparat.

Rzędkowice, czerwiec 2017.

Szlakiem oświęcimskich murali

W Oświęcimiu z przeróżnych, zwykle dość prozaicznych powodów bywamy stosunkowo często. Niedawno, korzystając z wyjątkowo sprzyjającej aury, ruszyliśmy na dłuższy spacer w poszukiwaniu śladów street artu, który staje się w ostatnich latach jedną z wizytówek tego niewielkiego, ale rozpoznawalnego niemal na całym świecie, mocno doświadczonego przez dwudziestowieczne dzieje miasta.

Oświęcim 2017.

Jurajskie wspominki

Once upon a time…

Znowu zebrało nam się na wspomnienia, a pamięć tym razem porwała nas do odległych czasów, gdy na jurajskich wapieniach zdobywaliśmy pierwsze wspinaczkowe szlify, pod czujnym, surowym, ale też autentycznie życzliwym okiem Jacka Czecha – człowieka, który w swojej bogatej instruktorskiej karierze wyszkolił i wytrenował całą rzeszę solidnych, a nieraz wybitnych wspinaczy, taterników, himalaistów. Niewiele w okresie naszego skałkowego kursu powstało zdjęć, jednak trzy rzędkowickie obrazki z mniej więcej tego czasu udało się odnaleźć. Prezentujemy je poniżej. Nie wiemy Jacku, czy nasz niezbyt donośny głos do Ciebie czasem dociera, ale jeśli tak, to ślemy serdeczności, uśmiechy oraz pozdrowienia. Siła i honor.

Żegnaj Lizbono…

 

Ciekawość nas męczyła, więc sprawdziliśmy dokładnie – przez cztery doby, które poświęciliśmy niedawno lizbońskiej aglomeracji, na piechotę przemierzyliśmy ponad osiemdziesiąt pięć kilometrów! Tyle przynajmniej wskazała komórkowa aplikacja. Sporo, nawet jak dla nas, czyli bytów wyjątkowo chętnie poruszających się na własnych kończynach. Co więcej, jeśli dodalibyśmy do tego przejazdy środkami komunikacji miejskiej – tramwajami, autobusami, pociągami i metrem – pokonany dystans wyniósłby pewnie dwa razy więcej. Nieźle. Jak to możliwe? No cóż, mimo, że naszym krótkim portugalskim wypadem nie rządził żaden przesadnie napięty grafik, ani lista obowiązkowych do odhaczenia pozycji, były to dni bardzo obfite i intensywne. To zresztą dla nas norma, gdy celem czynimy poznanie jakiegoś nowego ośrodka. Doskonale wiemy, że odnajdywanie w labiryntach ludzkich osiedli swoich własnych miejsc i wyjątkowych zaułków wymaga trochę energii oraz poświęcenia. Zatem w Lizbonie budziliśmy się grzecznie skoro świt, cały dzień skrupulatnie badaliśmy miejską tkankę momentami tylko odpoczywając od nadmiaru południowego słońca w chłodnych muzealnych wnętrzach, pozwalaliśmy wygłodniałym receptorom bez umiaru chłonąć przestrzeń, próbowaliśmy, smakowaliśmy, a do naszego wygodnego apartamentu w sercu kolorowej Mourarii wracaliśmy dopiero późnym wieczorem albo nocą bardzo już ciemną. Snu zażywaliśmy tylko niezbędne dawki. Dzięki tym intensywnym zabiegom udało nam się portugalską stolicę odrobinę oswoić i poznać, chociaż nie ukrywamy, że czasu na co najmniej kilka planowanych projektów ostatecznie zabrakło. Trudno, zostawiamy je sobie na inną okazję. A póki co mówimy – żegnaj Lizbono, albo raczej – do zobaczenia. Bo to, że się jeszcze zobaczymy jest sprawą przesądzoną.

A poniżej, jako zakończenie wątku, ostatnia już lizbońska galeria.

Kwiecień 2017.

 

Carcavelos – lizbońska „patelnia”

Nawet od najpiękniejszych miast trzeba czasem troszeczkę odpocząć. Na szczęście z centrum Lizbony na piaszczystą plażę nie jest wcale daleko. Wystarczy kilka chwil w wygodnym pociągu i docieramy do celu. Carcavelos – jedno z najpopularniejszych wśród lizbończyków kąpielisk. W lecie podobno pęka w szwach, ale w kwietniu bez problemu na brzegu znajdziemy dla siebie przestrzeń i spokój. Wiemy to z doświadczenia. W tym roku, mimo znakomitej pogody, długi i szeroki pas przyjemnego piasku prócz nas okupowała ledwie garstka osób: nieliczne rodziny wypasające swoje małe pociechy, trochę młodzieży, kilka niekryjących swych gorących uczuć par, no i zwarta grupa cierpliwie ćwiczących fach surferów.

Kwiecień 2017.

Stolica street artu

O tym, że w Lizbonie nietrudno natrafić na interesujące murale wiedzieliśmy jeszcze przed wyjazdem, ale absolutnie nie przypuszczaliśmy, że szeroko rozumiany street art aż do tego stopnia współtworzy krajobraz portugalskiej stolicy. Lizbona to w zasadzie jedna wielka galeria, w której obok ogromu amatorskich prób znajdziemy prawdziwe uliczne dzieła sztuki. Poniżej skromny, biorąc pod uwagę całkowitą ilość podobnych form, wybór przykładów, głownie z Alfamy, Mourarii, stacji Alcântara-Mar i kompleksu LX Factory.

Lizbona 2017.

Lizbona vol. 2 – spacer w głąb miasta

 

Czerwone dachy, pastelowe fasady, ukryte w miejskim gąszczu zabytki i muzea, misterne azulejos, zraszające czoło stromizny, wszechobecny street art, rzeka Tag, ryby, prężące się w strumieniach ostrego światła brukowane chodniki, żółte tramwaje, windy, tuk-tuki, lizbończycy i turyści… czyli ze słonecznej portugalskiej stolicy galeria druga. Upojne spacery ulicami dzielnic: Alcantara, Alfama, Bairro Alto, Baixa, Belem, Chiado, Graca oraz naszej ulubionej, barwnej, cudnie multietnicznej Mourarii.

Lizbona 2017.

 

Pierwsze spotkanie z Lizboną

Staliśmy się ostatnimi laty wyjątkowo kochliwi, nieodporni na wdzięki krain i w zasadzie każdy wypad kończymy solidnie zakochani. Tym razem wcale nie przelotną miłość znaleźliśmy dość daleko, bo w najbardziej zachodnim zakątku kontynentalnej Europy. Z doświadczoną, niemłodą już, ale pięknie starzejącą się Lizboną spółkowaliśmy intensywnie przez cztery doby i wciąż z nadmiaru doznań nie potrafimy się otrząsnąć. Obiecujemy sobie, że nie był to epizod jednorazowy. Na początek w naszym albumie, zanim przeanalizujemy cały materiał dowodowy, dość ogólna galeria…

Portugalia, kwiecień 2017.