Główna maltańska wyspa bogata jest w tematy, którym warto poświęcić więcej czasu. Jednym z najciekawszych z nich jest charakterna tkanka miejska okalająca słynny Grand Harbour. Stołeczną, energiczną Vallettę i znacznie mniej zatłoczone „trójmiasto” (Senglea, Birgu, Bormla) poznaliśmy już dość dobrze 12 lat temu. Sporo się od tego czasu zmieniło, ale na szczęście nie podkręcany ostrym makijażem światła urok tych zabytkowych osiedli.
… czyli wstępny wybór obrazków ilustrujących osiem dni, które całkiem niedawno spędziliśmy na Malcie i Gozo – dwóch jakże różnych wyspach tworzących jeden organizm państwowy.
To była absolutnie spontaniczna decyzja, podjęta niemal w ostatniej chwili, podyktowana pewnie jakąś podświadomą tęsknotą za południowym słońcem. Po dwunastu latach ponownie wylądowaliśmy na Malcie. Bez specjalnych oczekiwań oraz konkretnego planu. Z jednym tylko postanowieniem, że tym razem kilka dni poświęcimy na bliższe spotkanie z drugą co do wielkości maltańską wyspą, czyli Gozo. Całkiem przypadkowo, zaraz po przylocie i tuż przed powrotem do domu, załapaliśmy się na dwa z trzech głównych, nocnych przedstawień w ramach Międzynarodowego Festiwalu Fajerwerków – hucznego (dosłownie!) święta o światowej sławie, które od dwudziestu pięciu już lat w kwietniu na dłuższy moment przemienia słynny Grand Harbour w arenę pełną pirotechnicznego rozmachu. Poniżej galeria dokumentujących to wydarzenie obrazków.
Po tygodniowej przerwie postanowiliśmy sprawdzić, jak zmieniło się najpiękniejsze w Tychach wiosenne uroczysko. Bieli w Parku Północnym znacznie przybyło…
Chorwacki Omiš i jego okolice – mikroświat idealnie skrojony pod nasze gusta, gdzie wapienne góry bezpośrednio spotykają się z morzem, a wszystkiemu towarzyszy piękna rzeka Cetina. Ładne plaże, urocza starówka, kilka znakomitych gastronomicznych adresów, mnóstwo opcji trekkingowych, przyjemna ferrata i łatwy dostęp do licznych sektorów wspinaczkowych. Byliśmy już w Omišu trzy lata temu, w tym roku zagościliśmy w nim ponownie, w przyszłości wrócimy w te strony na pewno.
Po trzech latach wracamy do naszego ulubionego dalmackiego apartamentu w Omišu i przez cztery doby z pozycji tarasu dokładnie badamy, jak w zależności od pory dnia zmienia się oblicze pobliskiego kościółka.
Całkiem niedawno, na początku października, dość spontanicznie, na moment, po raz pierwszy w naszym życiu przekroczyliśmy granicę federacyjnego państwa, co się zwie Bośnia i Hercegowina i był to być może najwyraźniejszy punkt całego, tygodniowego, bałkańskiego wyjazdu. Czasu było bardzo mało, więc tym razem w zasadzie nie opuściliśmy przetartych przez mrowie turystów szlaków. Zdążyliśmy poznać ledwie fragment tego arcyciekawego kraju, fragment jego hercegowińskiej części. W Blagaju zrobiliśmy rekonesans pod przyszłe wspinanie, a w Mostarze upajaliśmy się posezonową atmosferą tego zaskakująco dla nas autentycznego miasta, otwartością tamtejszych mieszkańców oraz podziwialiśmy, jak jego pokryte patyną czasu i historii mury pięknie rozświetla jesienne światło. Prawdziwe zauroczenie. Już tęsknimy i jesteśmy przekonani, że do Bośni i Hercegowiny w przyszłości wrócimy na pewno. Tylko na znacznie, znacznie dłużej.
Krótka, październikowa wizyta w Słowenii. Estetyczna, interesująca tkanka architektoniczna miasta Maribor oraz jego przyjemne dla oka i podniebienia okolice. Cisza, spokój, znakomite wina, subtelne, miękkie, jesienne światło. Sielankowy przystanek w drodze do ciut bardziej odległych bałkańskich krain.
W szwajcarskiej Lucernie spędziliśmy zaledwie kilka godzin, więc z autopsji możemy powiedzieć o niej tylko tyle, że to żywe, autentyczne, zadbane, bardzo przyjemne dla oka osiedle, którego serce przecina urokliwa rzeka Reuss, że jego zabytkowa tkanka jest w znakomitej formie, słynne drewniane mosty naprawdę imponują, i że na Mühlenplatz kawa oraz słodkości smakują wybornie.
W włoskiej części naszych sierpniowych tułaczek, podobnie jak rok temu, osiedliśmy w wiosce Cleran, skąd nie tylko mogliśmy szybko dostać się w góry, ale także łatwo sięgnąć uroczych południowotyrolskich osiedli. Bressanone (Brixen) poznaliśmy już dość dobrze wcześniej, w Klausen (Chiusa) zagościliśmy pierwszy raz.
Drugi wybór obrazków z wiosennego wypadu do Włoch. Naszym głównym celem były oczywiście spotkania z naturalnym krajobrazem, wspinaczkowe poszukiwania idealnego wapienia i niezbyt forsowne aktywności piesze, ale to nie znaczy, że zupełnie porzuciliśmy cywilizację. Sporo dobrych chwil spędziliśmy w jak zwykle wygodnym, tętniącym sportową energią Arco, a także w innych kameralnych ośrodkach – Sterzing (Vipiteno), Cesiomaggiore, Belluno oraz Valdobbiadene.
W tym roku sporą część sierpnia postanowiliśmy spędzić na słonecznych, alpejskich szlakach austriacko-włoskiego pogranicza. Zanim jednak rozpoczęły się nasze całkiem intensywne przygody w Alpach Zillertalskich, Wysokich Taurach i Dolomitach, na kilka dni zatrzymaliśmy się w Salzkammergut, a konkretnie w Ebensee, żeby odrobinę rozruszać kolanowe stawy, ale przede wszystkim solidnie wymoczyć się w pobliskich, bardzo dobrze nam znanych, górskich kąpieliskach – jeziorach Traunsee, Vorderer Langbathsee oraz Hinterer Langbathsee.
Jako zakończenie tematu kwietniowego wypadu do Chorwacji skromna porcja zdjęć z osiedla uważanego za stolicę całej Dalmacji. Split. Arcyciekawa miejska materia, która bujnie wyrosła na bazie monumentalnego pałacu cesarza Dioklecjana.
Szybenik miał być dla nas jednym z kilku przystanków w wiosennej przygodzie, ostatecznie na tydzień stał się naszym domem. Trochę zadecydowały o tym względy pogodowe (w drugiej połowie kapryśnego w tym sezonie kwietnia chyba najbardziej słoneczny i jedyny wolny od opadów fragment Chorwacji), ale w największym stopniu urok samego miasteczka, zbudowanego z kamienia i ze światła, estetycznie ułożonego nad ujściem rzeki Krka do Adriatyku, wiosną pachnącego morzem oraz śródziemnomorską makią. Już tęsknimy za tym cudnie autentycznym osiedlem, za jego uśmiechniętymi mieszkańcami i za jego naprawdę wyborną kuchnią.
Pierwszy wybór fotografii ze spontanicznej, kwietniowej, mocno przedsezonowej wyprawy do Dalmacji w poszukiwaniu słońca i przestrzeni sprzyjającej odpoczynkowi oraz czynnej rekreacji. Niemal sam środek chorwackiego wybrzeża. Kilka, mniejszych i większych, urokliwych osiedli (Split, Primošten, Rogoznica, Szybenik), imponujący Park Narodowy rzeki Krka oraz kanion rzeki Čikola – jedna z najbardziej atrakcyjnych wspinaczkowych miejscówek, jakie mieliśmy okazję ostatnimi czasy odwiedzić. Dobry czas.
Chociaż Słowenię od kilkunastu już lat odwiedzamy dość regularnie i w wielu jej fragmentach czujemy się niemal jak w domu, są wciąż w tej pięknej krainie rejony, w których nie byliśmy nigdy, albo które znamy tylko z przejazdów. Nadrabiając część zaległości, całkiem niedawno po raz pierwszy zakotwiczyliśmy w wylegującym się nad Drawą, przeuroczym Ptuju, szczycącym się mianem najstarszego ze słoweńskich miast. Pogoda nam dopisała :)
Lutowe spotkanie z położonym nad rzeką Salzach, u stóp alpejskich ścian słynnym miastem Mozarta – Salzburgiem. Bardzo gościnny, łatwy w obsłudze (gęsta sieć trolejbusowa, bezpłatna w ramach oferty Salzburg Card, podobnie jak wszystkie muzea, windy i główne atrakcje), fascynująco multietniczny, smaczny oraz niezwykle estetyczny ośrodek, w którym od pierwszej chwili poczuliśmy się jak w domu. W niesezonowych, zaskakująco przystępnych cenowo terminach idealny wybór na „city break”.
W lutym, korzystając z zaskakująco wiosennej jak na środek zimy aury, wpadliśmy na momencik w odwiedziny do naszych zachodnich sąsiadów, żeby trochę poznać ich najbardziej na wschód wysuniętą alpejską część. Nie robiliśmy wiele. Głównie zwiedzaliśmy przeurocze Berchtesgaden, spacerowaliśmy po okolicach oraz gapiliśmy się jak niewątpliwy symbol regionu – Watzmann, w pełnym słońcu prezentuje swoje imponujące walory. Bardzo pogodny, nieśpieszny, przyjemny czas…
Ostatnia część obrazków z październikowego pobytu na słoweńsko-włoskim pograniczu. Dobrze nam znany Bovec – uroczy, kameralny ośrodek, w którym spędziliśmy już łącznie, licząc wszystkie wyjazdy, dobrych kilka tygodni, jak zwykle przyjazny, jak zwykle wygodny. Atrakcyjny sam w sobie, ale też idealny jako baza wypadowa dla chcących poznać jego cudne okolice – Alpy Julijskie, Dolinę Soczy, liczne sektory wspinaczkowe, wąwozy i wodospady, czy też inne ciekawe ludzkie osiedla, jak choćby Kobarid.
W okolicach włoskiego Udine bywaliśmy mnóstwo razy, ale ogrom okolicznych atrakcji zawsze odwracał naszą uwagę od tego, jak się okazuje, arcyciekawego ośrodka. W tym roku wreszcie nadrobiliśmy zaległości. Piękny organizm, idealnie skrojony pod nasze gusta. Ani wielki, ani mały. Pełny estetycznej, historycznej, zabytkowej tkanki, która nie jest jednak jakimś muzealnym eksponatem nachalnie wdzięczącym się do turystów, ale po prostu służy lokalnej społeczności. Miasto żywe, naturalne, autentyczne. Przyjemne i gościnne. Eleganckie.
W Lądku-Zdroju spędziliśmy niedawno trzy pogodne dni, a powodem naszej wizyty w tym jednym z najstarszych polskich uzdrowisk był Festiwal Górski im. Andrzeja Zawady oraz odbywający się w jego ramach konkurs fotograficzny LaMPA (Ladek Mountain Photo Award), którego finalistą było jedno z naszych zdjęć. Całej imprezie wystawiamy najwyższą możliwą ocenę, nie tylko ze względu na możliwość spotkania z ikonami wspinania, jak choćby Adam Ondra, Thomas Huber, Adam Bielecki, czy też Tom Livingston, poznania najnowszych propozycji górskiego kina, albo skorzystania z zaskakująco dobrej oferty muzycznej, ale za całokształt. To chyba najlepszy tego typu festiwal, w którym dotychczas braliśmy udział. A sam Lądek-Zdrój? Miasteczko z potencjałem, ale chyba nie do końca wykorzystanym. Po aparat sięgaliśmy tylko w jego najbardziej estetycznych fragmentach.
Jako zakończenie tematu naszego sierpniowego wypadu do północnych Włoch – zbiór obrazków z przebogatego rejonu Trentino-Alto Adige, dla których zabrakło miejsca w kilku poprzednich galeriach.