Pożegnanie z Sardynią

Jako ostateczne zamknięcie tematu naszego majowo-czerwcowego wypadu na Sardynię zestaw dość przypadkowych fotografii, dla których zabrakło miejsca w opublikowanych dotąd galeriach. Do zobaczenia słoneczna wyspo.

Sardynia 2018.

Wspinaczkowa przygoda w Ulassai

Ulassai – niepozorne miasteczko, które przycupnęło sobie około dwudziestu kilometrów od wschodniego wybrzeża Sardynii, czyli na tyle blisko, by przy dobrej pogodzie móc beztrosko wpatrywać się w morze, i wystarczająco daleko, by na co dzień nie zmęczyć się nadmiernym kontaktem z turystą, gościło nas przez pięć dni. Wybierając ten kierunek mieliśmy nadzieję na jakąś poważniejszą zażyłość ze skałą, ale nie spodziewaliśmy się, że czuwające nad okolicą okazałe, wapienne ściany okażą się jedną z najlepszych wspinaczkowych aren, jakie kiedykolwiek poznaliśmy. Potencjał całego rejonu trudno opisać. Przyjaźni tubylcy, zaskakujące swoim rozmachem widoki, całkiem spore spektrum opcji trekkingowych i pokaźna liczba przystępnych, niezwykle estetycznych wspinaczkowych linii (od łatwych „trójek” aż po stopień 8c, a nawet 9a, jeśli brać pod uwagę kilka otwartych projektów), których, co ważne, z roku na rok przybywa, dzięki intensywnej pracy grupy zapalonych społeczników. W samym tylko kanionie Sa Tappara, oddalonym ledwie 10-15 minut piechotą od centrum Ulassai, znajdziemy około 150 dróg, w tym ponad osiemdziesiąt nie trudniejszych niż 6c, co sprawia, że nawet tacy wspinaczkowi emeryci jak my mają całkiem spore pole do działania. Dawno już nie spędziliśmy na skałach tak przyjemnych chwil.

 

Sardynia 2018.

Między Portixeddu a Fontanamare

Nie spodziewaliśmy się, że przy całym bogactwie Sardynii, najbardziej zbliżony do naszego subiektywnego ideału kawałek ziemi znajdziemy na najmniej docenianym przez przewodniki, zachodnim wybrzeżu. Na poznanie około dwudziestokilometrowego odcinka ciągnącego się od Portixeddu, przez Buggerru, Mesuę, Nebidę, do Fontanamare zarezerwowaliśmy łącznie ponad cztery doby, czyli, jak się okazało, dużo za mało, żeby nacieszyć się niezwykle oryginalną ofertą tego zapomnianego przez turystyczne biura rejonu. Z napęczniałych od wrażeń dni najbardziej zapamiętamy: niesamowicie urozmaicony, często zupełnie dziki krajobraz, kapitalne skały i niezaprzeczalny walor miejscowego wspinania oraz długie godziny na przepięknych, pustych, czasami wręcz prywatnych plażach, gdzie intensywnie spółkowaliśmy z mocno nadpobudliwym morzem i momentami aż nazbyt łaskawym słońcem.

Sardynia 2018.

Włoska stolica wspinaczki skałkowej

Krótki przerywnik w temacie ilustrowania Sardynii A.D. 2018. Kilka niedbałych kadrów z wizyty w Arco – położonej w pobliżu pięknego jeziora Garda, włoskiej stolicy wspinaczki skałkowej i wszelakich aktywności górskich.

Czerwiec 2018.

Orgosolo, czyli miasto-galeria

Orgosolo – przed laty owiana złą sławą stolica sardyńskiego bandytyzmu, dziś pełne specyficznego klimatu, wyjątkowo barwne miasto-galeria. Takiego zagęszczenia najróżniejszych, niezwykle oryginalnych form street artu nie spotkaliśmy na swojej drodze nigdy wcześniej. Nawet gdy naszym domem była Dozza. Nawet gdy szlakiem murali przemierzaliśmy portugalską Lizbonę.

Sardynia 2018.

Sardyńskie piaski

O tym, że sardyńskie wybrzeża charakteryzuje niezwykle sprzyjający rekreacji walor nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Nie jesteśmy typowo plażowymi zwierzętami, ale obok pięknych języków pieszczonego intensywnie przez morze piasku – idealnie białego, żółciutkiego, czasem pomarańczowego – nie mieliśmy szans ani zamiaru przechodzić obojętnie. Trudno powiedzieć, które z kąpielisk podobało nam się najbardziej. W przedsezonowej szacie każde wyglądało jak pocztówka z jakiegoś obiecanego raju.

Sardynia 2018.

ABC sardyńskich miasteczek, odc. III

ABC sardyńskich miasteczek, odcinek trzeci. „C” jak Castelsardo. Prawdziwa gratka dla fotografów i wielbicieli morskich kulinariów. Chyba najpiękniej usytuowany ośrodek na całej wyspie.

Sardynia 2018.

ABC sardyńskich miasteczek, odc. II

ABC sardyńskich miasteczek, odcinek drugi. „B” jak Bosa. Okazała twierdza i pięknie wkomponowany w krajobraz zespół kolorowych zabudowań przyglądających się ujściu rzeki Temo do morza.

Sardynia 2018.

ABC sardyńskich miasteczek, odc. I

ABC sardyńskich miasteczek, odcinek pierwszy. „A” jak Alghero. Kataloński przyczółek na włoskiej wyspie, nieprzypadkowo zwany „Barcelonetą”, czyli małą Barceloną.

Sardynia 2018.

Maki, makia i cała reszta, czyli Sardynia w wydaniu majowym

 

Tak się dziwnie składa, że nieraz, z przyczyn nie całkiem jasnych, byt ludzki zamiast wzrastać, niebezpiecznie wrasta w powszedniość, kurczy się. Dlatego też, raz na jakiś czas, potrzebna jest mu solidna kuracja, odpowiednio długa pauza od rutynowych gimnastyk i schematów, radykalna zmiana – rytmu, dystrybucji energii, sposobu myślenia, perspektywy, a najlepiej również krajobrazu, otoczenia. Świadomi tego, postanowiliśmy udać się w tym roku na „rehabilitację” do Italii, a dokładniej na słoneczną Sardynię, gdzie w warunkach śródziemnomorskiej wiosny, gdy cała niemal wyspa przemienia się w bujny ogród, mieliśmy nadzieję rozkwitnąć jak tamtejsze maki, rozkrzewić się jak tamtejsza makia. Z tego początkowo dość mizernie skonkretyzowanego pomysłu urodziła się całkiem pokaźna, gęsta od wrażeń podróż (powyżej prowizoryczna, ukazująca naszą trasę mapka), którą teraz, w kilku kolejnych odcinkach spróbujemy zilustrować. Najpierw trochę zdjęć sardyńskiej wiosny – naszym zdaniem, na spotkania z południowoeuropejskimi wyspami najlepszej z pór roku. Wielka szkoda, że nam już zdążył ulecieć z nozdrzy jej niezwykle intensywny zapach.

Sardynia 2018.

Dozza – dom street artu

W najbliższych tygodniach nasz album zdominuje pewnie temat Sardynii, ale zanim tak się stanie, wpierw jeszcze mały przystanek. Dozza – jedna z perełek włoskiego regionu Emilia-Romania słynąca z niebanalnego street artu, który powstaje tu zupełnie legalnie w ramach szczycącego się już prawie sześćdziesięcioletnią tradycją festiwalu i z roku na rok w coraz większym stopniu tworzy krajobraz tego uroczego, kameralnego miasteczka. Mieliśmy sporo szczęścia, że między kolorowymi murami mogliśmy spędzić całe dwie doby.

Włochy 2018.

21 dni, 21 zdjęć…

Gdybyśmy się kiedyś zastanawiali, w co się nasze oczy wgapiały na przełomie maja i czerwca w roku dwutysięcznym osiemnastym, zostawiamy sobie na pamiątkę ślad po kolejnym, zakończonym zaledwie wczoraj, pod każdym względem udanym wypadzie na słoneczne południe. Oczywiście, dwadzieścia jeden na szybko wybranych zdjęć to zdecydowanie za mało, żeby zilustrować te arcybogate trzy tygodnie, ale od czegoś zacząć trzeba :)

Włochy 2018.

„Miasta, miasteczka, wioski”. Aosta.

Pomysł, by odwiedzić słoneczną Aostę – stolicę najmniejszego, ale i najbardziej górzystego z włoskich regionów – kiełkował w naszych głowach już od wielu lat. Wreszcie stało się. Całkiem niedawno, wioząc do domu z Prowansji ciężki ładunek wakacyjnych wrażeń, urządziliśmy sobie w tym atrakcyjnym zakątku, ukrytym za szczelnym murem najwyższych alpejskich ścian, dwudniową pauzę. Poniżej kilka stamtąd obrazków.

Włochy 2017.

Odyseja wrześniowa

Zacznijmy od końca, czyli od tego, że całkiem niedawno, po trzech tygodniach nieobecności w rodzimych stronach, zaparkowaliśmy wreszcie pod domem wyraźnie sfatygowany liczącą sobie grubo ponad pięć i pół tysiąca kilometrów drogą, mocno przeładowany wakacyjnymi wrażeniami samochód, co było kropką wieńczącą naszą wrześniową przygodę. Urlop A.D. 2017 zapamiętamy jako jeden z najintensywniejszych epizodów w z roku na rok coraz bogatszej historii naszych kontaktów z mniej lub bardziej obcymi krainami. Tym razem nasz szlak wiódł przez terytorium aż siedmiu państw, a w trzech z nich (Szwajcaria, Francja, Włochy) zdecydowaliśmy się zacumować na dłużej. Ustroniom znanym nam dotychczas tylko z opowieści i z literatury przyglądaliśmy się zarówno z dołu, jak i z góry, karmiliśmy zmysły sielanką alpejskich dolin, spacerowaliśmy między lodowcami, pierwszy raz na naszym kontynencie „cieszyliśmy się” dolegliwościami związanymi z wysokością 4000 m n.p.m., ale także wygrzewaliśmy kości w prowansalskim słońcu, a nawet zostawiliśmy kilka śladów na śródziemnomorskich plażach. Włóczyliśmy się, wspinaliśmy się, radowaliśmy się towarzystwem serdecznych ludzi. Odkąd drugiego dnia, po krótkim przystanku w Północnym Tyrolu, wylądowaliśmy w szwajcarskim kantonie Valais, w naszej drodze zaskakująco często towarzyszył nam Rodan. Poznaliśmy go jako niewielki ciek biorący swój początek w lodowcach Alp Urneńskich, przyglądaliśmy się, jak nabiera mocy i nawadnia bogate w wino okolice Sion i Martigny, jak wita oraz opuszcza Jezioro Genewskie, by po chwilowej rozłące spotkać go ponownie w pobliżu Arles i dać się mu poprowadzić do dzikiego Camargue, gdzie zmęczona ponad ośmiusetkilometrową tułaczką rzeka ostatecznie umyka do morza. Lepszych i gorszych zdjęć dokumentujących ten błogi czas powstało oczywiście sporo. Na początek ogólna galeria…

 

Szwajcaria, Francja, Włochy, wrzesień 2017.

Sant’Andrea, znaczy raj

Trudno powiedzieć, co dokładnie kazało nam przyjechać do Sant’Andrea. Przypadek? Szczęśliwy traf? Intuicja? Nie wiadomo. Pewnym jest tylko to, że pomysł, by na kilka październikowych dni ten nadmorski zakątek okrzyknąć domem okazał się strzałem w dziesiątkę. A trzeba podkreślić, że chociaż niewiele jest na Elbie miejsc równie magicznych, Sant’Andrea dla większości osób przybywających na wyspę ciągle nie jest kierunkiem oczywistym. Pierwszeństwo niemal zawsze mają reklamowane głośno Portoferraio, Porto Azzurro, Marciana, Marina di Campo, Cavoli czy tez Fetovaia. I bardzo dobrze. Dzięki temu, że nie ciągną tu tłumy, mała nadmorska wioska wciąż zachowuje swój subtelny urok.

W Sant’Andrea naprawdę nietrudno poczuć się dobrze. Aura w październiku jest przewidywalna i hojna. Błękitną płachtę nieba rzadko przesłania jakikolwiek opar, a wiatr lubi spać do późna. Poranki są ciche i leniwe – typowe dla śródziemnomorskiego świata. Sygnał do śniadania daje zwykle słońce, gdy między bryły domów zaczyna wlewać strumienie miękkiego światła. Ogrody oraz balkony szybko wypełniają aromaty świeżo parzonej kawy i słodkości. Jesienny chłód miło liże odsłonięte stopy. W koronach drzew intensywnie stroi się do swych symfonii ptactwo. Ołtarze przyrody w milczeniu oczekują gości.

Środek dnia najlepiej spędzić nad morzem. Plaża w Sant’Andrea jest wąska i niezbyt długa, ale urocza. Między pomarańczowawe skały łaskawa natura wcisnęła niewielką zatoczkę i wyłożyła brzeg wygodnym dywanem jasnego piasku. Po sezonie nie spotkamy tu wielu ludzi. Może kilka młodych ciał bezwstydnie spółkujących ze słońcem, może jakąś grupkę uszczęśliwionych kontaktem z wodą dzieciaków, może kilku staruszków z kontynentu cieszących się tu swoją emeryturą. Kąpielisko wielu nazwałoby idealnym. Nie jest co prawda, jak lubimy najbardziej, dzikie, ale całe zaplecze zorganizowano z należytym umiarem. Krajobrazu nie przeładowano nadmiarem parasolek i leżaków. Kilka metrów od brzegu furkoczą na wietrze banery dwóch przytulnych knajpek. Jedzenie jest tu wyśmienite. Nie ma wątpliwości, że nawet najbardziej wymagające podniebienia poczują się w Sant’Andrea szczęśliwe.

Popołudniami wioska odpoczywa od upału w chłodnym cieniu rzucanym przez masyw Monte Capanne. Plaża całkiem pustoszeje. Wtajemniczeni nie uciekają jednak do swoich apartamentów i hotelów, lecz obierają kierunek na Capo Sant’Andrea, by w porę zająć na skalistych trybunach wygodne miejsce. Czas na codzienne przedstawienie. Przez kilka kwadransów publikę hipnotyzują najpierw fale miotające się dziko w zatoczkach klifu, a następnie festiwal kolorów żegnający zmęczone całodzienną harówką słońce. Spektakl się kończy, gdy na ogorzałych twarzach gasną ostanie światła. Wszyscy zgodnie ruszają na kolację. W knajpkach już czuć zapach owoców morza, pizzy, risotta i pasty.  Chłodzą się lekkie, przyjemnie owocowe wina. Upojna biesiada potrwa do późna. O lepsze zwieńczenie udanego dnia naprawdę trudno.

Włochy 2016.

Capoliveri – wizytówka toskańskiej Elby

Wygrzewające się w ostrym śródziemnomorskim słońcu na zboczach Monte Calamita, od wieków wpatrujące się w morze, trochę senne i leniwe Capoliveri to chyba najbardziej toskańskie z elbańskich miasteczek. Wystarczy spojrzeć na położenie, zabudowę, architekturę oraz szeroko rozumianą atmosferę. Nic więc dziwnego, że poczuliśmy tam to samo co w Pizie, Pitigliano czy Sienie – od pierwszego wejrzenia szybko wzrastało w nas zauroczenie.

Włochy 2016.

Portoferraio – pastelowa stolica Elby

Krajobraz raczej typowy dla śródziemnomorskich osiedli: urokliwa marina, masywne mury obronne, tarasowo ułożona starówka, liczne, pnące się między zabytkowymi budynkami schody, trochę nadgryzione przez czas, pastelowe tynki, zielone okiennice, wszechobecne sznury z suszącym się praniem, urokliwe skwery i zaułki. Portoferraio – dwunastotysięczna stolica toskańskiej Elby. Kiedyś odstraszający najeźdźców port-forteca, dzisiaj barwne, żywe, niezwykle gościnne dla turystów miasto słońca i morza.

Włochy 2016.

Duomo di Orvieto

Do przyglądającego się umbryjskim krajobrazom ze skalistego wzniesienia, przepięknego Orvieto jechaliśmy głównie po to, by podobnie jak kiedyś Paweł Muratow dać się oczarować „strzelającym w jasne niebo zwodniczym kształtom katedry, zbudowanej z powietrza i z kamienia” („Obrazy Włoch”), katedry dosłownie „rozdzierającej przestrzeń i przyprawiającej o zawrót głowy”, jak z kolei o orvietańskim Duomo ponad pół wieku temu pisał Zbigniew Herbert („Barbarzyńca w ogrodzie”). Dzisiaj już się zachwytom tych uznanych autorów w ogóle nie dziwimy, bo zdążyliśmy się przekonać, że najsłynniejsza budowla Umbrii to bryła rzeczywiście niezwykła. Fundament pod nią położono jeszcze w wieku trzynastym, a przez następne trzy stulecia armia wybitnych architektów, rzeźbiarzy, kamieniarzy, mistrzów swoich fachów „pieściła” jej smukłości po ostatni detal, stwarzając ostatecznie dzieło, z którym niewiele innych może się równać. Jeśli chcielibyśmy wskazać miejsce, gdzie włoski gotyk sięgnął swojego ideału to katedra w Orvieto na taki przykład znakomicie się nadaje. Największe wrażenie robi oczywiście główna fasada – lekka, pełna gracji, szczodrze zdobiona wielobarwnymi mozaikami, wysmakowanymi posągami z marmuru i licznymi płaskorzeźbami, które żywym, pełnym emocji tonem opowiadają historie ze Starego i Nowego Testamentu. A całe to bogactwo najlepiej podziwiać popołudniami, kiedy front świątyni równomiernie obmywają uwydatniające misterność szczegółów strumienie ciepłego światła.

Włochy 2016.

„Miasta, miasteczka, wioski”. Lukka.

Wcale nie brzydsza od najpiękniejszych i najpopularniejszych toskańskich perełek, a jednocześnie od większości z nich zdecydowanie bardziej autentyczna. Lukka – rodzinna miejscowość Giacoma Pucciniego. Ależ szkoda, że w tym roku mogliśmy z nią spółkować ledwie jedno popołudnie, jeden wieczór, jedną noc…

Włochy 2016.

Joga w Pareti

Spotykamy nieraz na swojej drodze miejsca niepozorne, nieśmiałe, introwertyczne, których prawdziwe walory dostrzec można tylko i wyłącznie w specyficznych warunkach albo dopiero wtedy, gdy się do nich podejdzie z odpowiednią cierpliwością, poświęci się im odpowiednią ilość czasu, odpowiednią ilość uwagi. Tegorocznym przykładem jest Pareti. Ulokowane na południowym brzegu toskańskiej Elby osiedle na pierwszy rzut oka nie ma się czym specjalnie pochwalić. Plaża nie jest tu tak biała jak choćby w Cavoli, piasek nie tak drobny jak w wielu innych miejscach na wyspie, woda jakby mniej lazurowa, ciemniejsza, bardziej mroczna, przyroda nie rzuca swoim rozmachem na kolana, mało oryginalna zabudowa zdaje się mieć lata swojej świetności dawno za sobą. Nic więc dziwnego, że kiedy zjawiliśmy się w Pareti pierwszy raz, a był to dzień, w którym dodatkowo nie dopisywały nam ani warunki meteorologiczne ani pogoda ducha, byliśmy wyraźnie rozczarowani. No ale pora była późna, o tanią bazę noclegową wcale w okolicy niełatwo, więc postanowiliśmy zostać na próbę. Potem było już tylko lepiej. Posezonowe Pareti okazało się cudnie cichą, spokojną i prawie bezludną oazą, z której mogliśmy bez trudu, w ciągu kilkunastu minut sięgnąć znacznie bardziej znanych elbańskich atrakcji, jak choćby Porto Azzurro, Capoliveri i Portoferraio. Czas w naszym domku na plaży płynął niespiesznie, wieczorami słońce zapraszało nas na kameralne spektakle, a każdego ranka brzegi zatoczki mieliśmy w całości tylko dla siebie. Naprawdę, trudno o lepszą scenerię do, przykładowo, autorefleksji, medytacji, spokojnej lektury, czy też… relaksującej duszę i ciało jogi.

Elba, Włochy 2016.

Pitigliano – miasto na skale

Leżące w granicach prowincji Grosseto, czterotysięczne Pitigliano stało się niedawno naszym domem na prawie cztery dni. Niewiele jest w Toskanii miejsc jednocześnie tak niezwykłych i tak konsekwentnie pomijanych przez większość opisujących włoskie atrakcje, dostępnych na polskim rynku przewodników. Przejrzeliśmy w sumie chyba dziesięć mniej lub bardziej obszernych publikacji i tylko jedna z nich wspomniała w ogóle o wyrastającym przeszło trzysta metrów ponad okolicę „mieście na wulkanicznym tufie”, czyli na pomarańczowawej, osadowej skale. Założone oczywiście przez Etrusków, rozbudowane przez Rzymian, a później bogate włoskie rody (m.in. Orsinich), od wieku piętnastego zasiedlone przez liczną społeczność żydowską, która przez następne stulecia harmonijnie współegzystowała tu z chrześcijanami, nadając miasteczku specyficzny klimat (stąd mówi się czasem o Pitigliano jako o „Małym Jeruzalem”). Oczywiście dzisiejszemu Pitigliano daleko do lat świetności i chwały, ale niezwykłego charakteru nie można mu absolutnie odmówić. No i na szczęście nikt jeszcze póki co nie zamienił go w pozbawione życia i prawdy muzeum, co niestety zdarza się nie tylko we Włoszech coraz częściej.

A jeśli już w „mieście na skale” zawitacie na dłużej, nie zapomnijcie:

  • dokładnie przyjrzeć się starówce, odkryć jak cudnie zmieniają się jej tajemnicze zakamarki o różnych porach nocy i dnia;
  • udać się na dłuższy spacer poza miasto, by przekonać się jak wygląda panorama Pitigliano w szerszej perspektywie;
  • w nowej, osiedlowej części miasta odnaleźć niepozorny lokal „Nonsolopizza” (Via Brodolini 59), by za kilka euro zaznać prawdziwej, włoskiej pizzy w najwybitniejszym wydaniu;
  • posmakować włoskich lodowych przysmaków na Via Roma – głównej arterii starego miasta;
  • odwiedzić i oddać się kąpieli w oddalonych o zaledwie dwadzieścia kilometrów, naturalnych i, co dla Polaków wręcz szokujące, zupełnie bezpłatnych, gorących, siarkowych źródłach – Terme di Saturnia.

Włochy 2016.

Z liną i bez na pomarańczowych klifach Elby

Na Elbie spędziliśmy w tym roku siedem obfitych dni. Chociaż płynąc z Piombino do Portoferraio myśleliśmy przede wszystkim o słońcu, morzu, plażach i błogim lenistwie, nie mogliśmy oczywiście przejść zupełnie obojętnie obok licznie występującej na wyspie, zaskakująco estetycznej skały. Na wspinaczkowe-boulderingowe rozpoznanie wybraliśmy fragment południowego wybrzeża między Seccheto i Fetovaią, który ślicznie zdobi wyrastający wprost z lazurowej wody, pomarańczowy granit. Symboliczna fotorelacja poniżej.

A o samej Elbie napiszemy ciut więcej niebawem. Nie ukrywamy, że naszym zdaniem ta mała toskańska wyspa to miejsce pod wieloma względami idealne na krótką, pozasezonową wyprawę.

Włochy 2016.

Jesienny wypad na południe, czyli z urlopu A.D. 2016 galeria pierwsza.

Długo czekaliśmy na ten wyjazd. O wiele za długo. Kilkanaście niepokojąco szarych miesięcy, jakie zdążyły upłynąć od naszej poprzedniej poważniejszej podróży wspominać będziemy jako dziwny, trochę męczący, pełen codziennego znoju okres, w którym naszą uwagę niebezpiecznie absorbowały rzeczy na swój sposób ważne, ale niestety wyraźnie przyziemne. Za dużo szpitali, rehabilitacji, zawodowych stresów i napięć, za mało głębokich oddechów, życia i pożywek dla ducha. Dopadł nas z tego wszystkiego nawet jakiś podróżniczy impas i do ostatniego dnia przed wyjazdem nie potrafiliśmy sprecyzować, czego naprawdę domagają się nasze ochoty i w którą w związku z tym stronę skierować powinniśmy maskę naszego samochodu. Ostatecznie wyszło dość spontanicznie. Podczas trzytygodniowej tułaczki na południe odwiedziliśmy pięć państw, w trzech z nich (Chorwacja, Słowenia, Włochy) zatrzymaliśmy się na co najmniej kilka dni, pokonaliśmy łącznie 4500 kilometrów samochodem i dodatkowo około 250 kilometrów piechotą, gościliśmy na dwóch wyspach (Pag i Elba), zwiedzaliśmy, chłonęliśmy, smakowaliśmy. Staraliśmy się znaleźć złoty środek między tak potrzebnym nam odpoczynkiem a tak oczywistą dla nas aktywnością. Było, jak zwykle, upojnie. Dużo dobrych, słonecznych chwil, do których pewnie będziemy wracać w przyszłości nie raz. Zanim jednak ostatecznie przebrniemy przez zasoby kart pamięci naszych aparatów, zanim wyselekcjonowane zdjęcia zaczną układać się w jakąś w miarę spójną, wartą opowiedzenia narrację, minąć musi trochę czasu. Chcąc tymczasem jeszcze przez moment w klimacie wakacji pozostać postanowiliśmy już teraz w naszym „albumie” opublikować pierwszy zestaw świeżo przywiezionych z południa obrazków.

Włochy, Słowenia, Chorwacja, wrzesień-październik 2016.

Wycieczka do Sieny

W Sienie spędziliśmy zaledwie sześć godzin, z czego jedną trzecią straciliśmy w dodatku na walkę o jakiekolwiek miejsce parkingowe. Czasu na zwiedzanie było niestety bardzo mało. Wybraliśmy więc kierunek najbardziej oczywisty – Piazza del Campo. Popołudnie na jednym z najsłynniejszych włoskich placów bardzo nam smakowało. Poniżej kilka przykładowych obrazków.

Włochy 2015.