Tatrzańska jesień

W wysokich górach już piękna jesień, a przekonaliśmy się o tym kilka dni temu serwując sobie dość forsowną, prawie dwudziestokilometrową pętlę w słowackiej części Tatr Zachodnich. Plan był w zasadzie inny – chcieliśmy więcej czasu poświęcić Rohaczom, ale kiedy dotarliśmy na główną grań, zimno oraz niemal zerowa widoczność zasugerowały nam wybór alternatywnego kierunku. Podsumowując całą trasę: zaczęliśmy w wiosce Žiar, minęliśmy Žiarska chatę, przez Žiarske sedlo dostaliśmy się na Rohacz Płaczliwy (Plačlivô, 2125 m n.p.m.), a na drogę powrotną obraliśmy żółty szlak prowadzący przez trzy urokliwe wierzchołki – Smrek (2074 m n.p.m.), Baranec (2184 m n.p.m.) i Holý vrch (1723 m n.p.m.). Krajobraz zdominowały gęste opary, ale czasem uprzejmie przyświecało nam słoneczko. Niemal bezludnie. Dawno nie spędziliśmy w Tatrach tak przyjemnego dnia. Niech żyje Słowacja!

Słowacja, wrzesień 2021.

W Górach Strażowskich

Trochę obrazków z krótkiego wypadu na Słowację, a konkretniej na szlaki Gór Strażowskich. Przyjemne chwile w niezwykle widokowych, atrakcyjnych nie tylko dla wspinaczy Sulowskich Skałach i niezbyt forsowny spacer na najwyższy szczyt całego pasma – Strážov (1213 m n.p.m.). A pomiędzy tym wszystkim nocleg w znanej nam już wcześniej, przeuroczej wiosce Čičmany.

Słowacja, wrzesień 2021.

Nad jeziorem Bled

Nad prześlicznym jeziorem Bled pierwszy raz zawitaliśmy w roku 2012, by w następnych latach kilkukrotnie jeszcze nad jego brzegi wracać. Zawsze było przyjemnie i estetycznie, ale nigdy tak bardzo, jak w sierpniu tego roku. Co się zmieniło? W zasadzie nic konkretnego, po prostu pierwszy raz mieliśmy okazję cieszyć się tym niezwykłym akwenem i jego okolicą nie przez jeden dzień, lecz przez ponad tydzień, a to naprawdę robi różnicę. Tak bardzo wciągnęły nas kąpiele oraz alpejskie wycieczki, że przestał nam nawet przeszkadzać szczyt sezonu i związany z nim spory, oczywiście jak na Słowenię, ruch turystyczny. Wygodny apartament, swój ogród oraz przyjemną atmosferę zapewnili nam przemili Jerca i Klemen, których przy okazji serdecznie pozdrawiamy. Liczymy, że się niedługo ponownie spotkamy. Hvala. A na poniższych zdjęciach liczne oblicza turkusowej tafli jeziora, słynnego zamku na skale, wyspy Blejski Otok oraz dwóch przystojnych kościołów.

Słowenia, sierpień 2021.

Nałóg?

Nałóg? Trudno powiedzieć. Może po prostu tęsknota za ogromem wrażeń i doznań. Faktem jest, że nie wytrzymaliśmy długo bez uroków Słowenii. Po całkiem bogatej przygodzie na przełomie czerwca i lipca, w sierpniu ponownie obraliśmy południowy kierunek, by zameldować się w krainie, która powoli staje się naszym wakacyjnym domem. Tym razem postanowiliśmy bardziej skupić się na górach, zwłaszcza, że upały wreszcie odpuściły, a w nawet najwyższych partiach Alp wyraźnie już ubyło śniegu, który jeszcze kilka tygodni temu mocno komplikował i utrudniał nasze plany. Zaczęliśmy od niezwykle przyjemnej, chociaż dość wyczerpującej, porannej „przebieżki” na Stol (Hochstuhl) – liczący sobie 2236 m n.p.m, najwyższy szczyt austriacko-słoweńkich Karawanek.

Słowenia, sierpień 2021.

Rudawskie ustronia

Kolejna wizyta w krainie rudawskich granitów. Baza w Karpnikach jak zwykle wygodna. Ludzie bardzo nieliczni i jeszcze bardziej gościnni. Pogoda do aktywności idealna – sucho, dość pochmurnie, nie nazbyt ciepło. Czas dzieliliśmy między górskie spacery, wspinaczkowe próby oraz całkiem owocne wypady na grzyby. Wszystko pięknie się składało. Brakowało jedynie sprzyjającego fotografii światła, dlatego stosunkowo rzadko sięgaliśmy po aparat. Chociaż, jak widać poniżej, czasem jednak słoneczko się do nas ładnie uśmiechało :)

Rudawy Janowickie, sierpień 2021.

Słoweńskie skarby

Ma Słowenia setki różnorakich przyrodniczych skarbów, a wśród nich jednym z największych jest woda. I wcale nie chodzi tylko o reklamowany dumnie Bled, lecz o ogół przepięknych, krystalicznie czystych jezior, stawów, górskich oczek, cieków i rzek. Poniżej skromniutka ich część: rzeki Socza i Sawa, jeziora Jasna i Bohinj oraz rezerwat Zelenci.

Słowenia, czerwiec-lipiec 2021.

Alpejskie epizody

Udając się w czerwcu do Słowenii mieliśmy całkiem sporo górskich planów, ale warunki jakie zastaliśmy na miejscu mocno nasze zamierzenia zweryfikowały. Nie było łatwo. W niższych partiach Alp nienormalny, potężny, sięgający trzydziestu pięciu kresek upał i nieustępliwe, ścinające z nóg słońce, u góry, dla odmiany, zaskakujące ilości śniegu, mocno utrudniające poruszanie się po wielu szlakach, a także dostęp do interesujących nas via-ferrat. Trochę się nam odechciało. Ostatecznie zadowoliliśmy się przyjemnym epizodem w nieznanym nam wcześniej masywie Kanina, hikingiem na Prestreljenik, czy jak kto woli Monte Forato, fantastyczną wędrówką na niewysoki, ale niezwykle wybitny i fenomenalny widokowo Svinjak oraz kilkoma krótkimi spacerami w Dolinie Soczy i w okolicach przełęczy Vršič.

Słowenia, czerwiec-lipiec 2021.

Zimowe ostatki

Już prawie połowa kwietnia, od kilku tygodni kalendarzowa wiosna, ale tegoroczna zima najwyraźniej nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. W Tatrach wciąż mroźno i nie brakuje dostaw świeżego śniegu. Sporo słońca, ale warunki miejscami zaskakująco wymagające. Kilka dni temu nasze plany niespodziewanie pokrzyżowała lawinowa „trójka”. Zdrowy rozsądek kazał nam porzucić myśl o bardziej ambitnych celach, w zamian za to mieliśmy mnóstwo czasu, by bliżej poznać zimową postać pięknego krajobrazowo odcinka głównej grani Tatr Zachodnich między Goryczkową Czubą i przełęczą Liliowe. Na zakończenie zdążyliśmy jeszcze wpaść na moment do dawno przez nas nieodwiedzanej Doliny Gąsienicowej. Całodniowa, całkiem upojna słoneczna kąpiel :)

Kwiecień 2021.

W Małych Pieninach

W Tatrach ciągle jeszcze rządzi zima, za to w Pieninach już całkiem przyjemna wiosna. W „lany poniedziałek” na panoramicznych balkonach Wysokiego Wierchu, Durbaszki, Wysokiej oraz Rabsztyna zlewały się na nas z nieba gęste strumienie słońca. Bardzo przyjemny dzień na jednym z najpiękniejszych pienińskich szlaków.

Kwiecień 2021.

Šíp

Nie rozpieszcza nas ostatnimi dniami tegoroczna jesień. Leje, na termometrze ledwie kilka kresek, a za oknem zamiast orgii kolorów gnijąca szarość. Tym bardziej jesteśmy szczęśliwi, że na moment przed załamaniem pogody zdążyliśmy jeszcze wyskoczyć na Słowację, by pierwszy raz w życiu postawić stopę na szlakach Szypskiej Fatry. Šíp – najwyższy szczyt masywu, nie imponuje może swoimi rozmiarami (1169 m n.p.m.), ale panoramy oferuje naprawdę nie byle jakie, co sprawia, że nawet przy pozbawionej słońca, mocno pochmurnej i wilgotnej aurze warto się na niego wdrapać.

Słowacja, październik 2020.

 

Karynckie ostatki

Ostatnia już porcja pamiątkowych obrazków z naszego niedawnego, karynckiego wyjazdu…

Austria, sierpień 2020.

Weissensee

Kiedy w sierpniu szlak nad Adriatyk zablokowały nam koronawirusowe przeszkody, nie spodziewaliśmy się, że równie lazurowe wody znajdziemy w niemalże połowie drogi, w Austrii. Wszystkie jeziora Karyntii, a jest ich naprawdę mnogość, warte są uwagi, ale najbardziej oczarowało nas Weissensee – chyba najcieplejsze (w lecie 23-24 stopnie) tak wysoko położone (930 m n.p.m.) alpejskie kąpielisko. Najbardziej odpowiadało nam to, że 2/3 akwenu jest obszarem chronionym, a co za tym idzie, wolnym od nadmiaru infrastruktury turystycznej, pozostawiającym gościom mnóstwo przestrzeni i swobody.

Austria, sierpień 2020.

W Wysokich Taurach

Karyntii ciąg dalszy. Grossglockner, Ankogel, Hochalmspitze, Johannisberg, lodowiec Pasterze i my na cudnie pustych szlakach, czyli Wysokie Taury – najwyższe pasmo górskie Austrii – w naszych obiektywach. Całkiem obszerna galeria.

Austria, sierpień 2020.

Z Karyntią pierwszy raz

Urokliwe pagórki oraz wybitne góry, krzyże zdobiące najważniejsze szczyty, odważnie pnące się samochodowe drogi, przystojne miasteczka i wioski, soczysta zieleń alpejskich hal, urodzaj krystalicznie czystej wody, rwące potoki, wodospady, wspaniałe, lazurowe, zaskakująco ciepłe jeziora, lodowczyki i lodowce, wszechobecna zwierzyna, zarówno ta udomowiona, jak i dzika… Karyntia. Pierwszy, odrobinę przypadkowy wybór świeżutkich obrazków z tej urokliwej austriackiej krainy, w której niedawno, przez dziewięć sierpniowych dni uwalnialiśmy swoje barki od ciężaru bieżącego, dość problematycznego, mocno ograniczającego naszą swobodę, koronawirusowego roku. To nie był w naszej podróżniczej karierze ani najdłuższy, ani najdalszy z wyjazdów, co nie znaczy, że nie dostarczył nam mocnych, pozytywnych wrażeń. Wręcz przeciwnie. Tylu przepięknych, tak różnorodnych krajobrazów upchniętych na tak niewielkim (porównywalnym z najmniejszym z polskich województw) obszarze nie widzieliśmy już dawno.

Austria, sierpień 2020.

Wielki Chocz

Wielki Chocz (Veľký Choč) – chociaż niezbyt wysoki, bo osiągający ledwie 1611 m n.p.m., powszechnie uchodzi za jeden z najlepszych, a zdaniem niektórych za zdecydowanie najlepszy punkt widokowy na mocno pofałdowanych słowackich ziemiach. Z charakterystycznej, niezwykle jak na swoje niewielkie rozmiary wybitnej piramidy przerastającej okalające ją doliny o ponad kilometr rozciąga się niesamowita, niczym nieprzysłonięta panorama. Z każdej strony przystojne góry – Tatry Wysokie, Zachodnie i Niżne, Wielka i Mała Fatra, Beskidy z ich królową Babią Górą oraz dziesiątki innych pasm. Pozbawiona trudności technicznych, ale dość forsowna, bo wymagająca pokonania ponad tysiąca metrów przewyższenia tułaczka zajęła nam łącznie około pięć i pół godziny, na które złożyły się: dwugodzinna droga na szczyt, dobre osiem słonecznych kwadransów na wierzchołku oraz półtoragodzinny spacer powrotny do samochodu pozostawionego na niewielkim, przydrożnym parkingu powyżej kameralnej miejscowości Lúčky. Kolejny całkiem przyjemny słowacki wypad.

 

Sierpień 2020.

Jej wysokość Śnieżka

Nie, z całą pewnością to nie jest najprzystojniejsza w tej części świata góra. Ani też żadna z naszych ulubionych, zwłaszcza, gdy myślimy o jej letnim, tłustym od tłumów obliczu. Ale musimy przyznać, że z oddali, chociażby z przepięknych okolic czeskiego hotelu Luční bouda, popularna „Królowa Sudetów” prezentuje się naprawdę nieźle. Poniżej sześć jej portretów.

Karkonosze, lipiec 2020.

„Karkonoska Skandynawia”

Podczas niedawnego, z założenia wspinaczkowego wypadu na rudawskie granity aura pięknie się do nas uśmiechała oferując niemal bez przerwy bardzo przychylne, na szczęście nie nazbyt upalne temperatury i sporą dawkę podnoszącego nastrój słońca. W zasadzie trafił nam się tylko jeden dzień niepogody, który po dość burzliwych negocjacjach postanowiliśmy wykorzystać na… wycieczkę w wyższe partie Sudetów, a konkretnie – w czeską część Karkonoszy, co miało być dla nas przy okazji dość symbolicznym, pierwszym odkąd po okolicy zaczął mocno panoszyć się pewien upierdliwy wirus, przekroczeniem polskich granic. Niepozorna wizyta u naszych południowych sąsiadów okazała się wyjątkowo urozmaicona. Najpierw rankiem solidnie przemokliśmy, potem długo zmagaliśmy się z gęstą, wilgotną mgłą, aby w końcu za ten w sumie niewielki dyskomfort otrzymać całą masę nagród: zaskakująco dobry posiłek w górskim hotelu Luční bouda, kapitalne piwko w najwyżej położonym browarze w Europie Środkowej (Paroháč, 1410 m n.p.m.), a w drugiej części dnia, gdy już ustąpiły opary, przyjemny dla oka spektakl, w którym główne role odgrywały światło i górskie przestrzenie. Karkonosze znamy zbyt pobieżnie, żeby uchodzić za fachowców w temacie, ale i tak ośmielimy się twierdzić, że wybrany przez nas szlak startujący w turystycznym miasteczku Pec pod Śnieżką, biegnący nieśpiesznie obok schroniska Výrovka oraz hotelu Luční bouda w stronę wierzchołka „Królowej Sudetów” to jeden z najbardziej niezwykłych fragmentów całego pasma. Zauroczyła nas zwłaszcza Bílá louka – rozległa, w wielu miejscach wyraźnie podmokła, wierzchowinowa równina do złudzenia przypominająca pejzaże Skandynawii, czy też innych północnych krain.

Czechy, lipiec 2020.

Rudawy: powrót

Po tym, jak niezwykle przyjemnie i owocnie witaliśmy ostatni czerwiec na ścianach Rudaw Janowickich, postanowiliśmy, że w lipcu nie będziemy szukać nowych kierunków oraz wyzwań, tylko ponownie udamy się do Karpnik, by z dala od tłumów w większym stopniu oswoić granit. Kolejnych kilka wspinaczkowych dni przyniosło oczekiwaną zmianę – coraz lepiej rozumiemy naturę tej szorstkiej skały, głowy pracują nieźle, kocie, tarciowe ruchy wchodzą w nawyk, łatwiej nam trzymać na uwięzi zarówno uzasadnione, jak i nieuzasadnione lęki. Zdjęć oczywiście jak na lekarstwo, bo jedna połówka naszego tandemu czujnie asekurowała, a druga starała się robić wszystko, by asekuracja nie była potrzebna i najzwyczajniej zabrakło energii, a przed wszystkim dodatkowej pary rąk. Zatem zamiast profesjonalnej fotorelacji skromny pamiątkowy zbiór trochę przypadkowych, dość niedbałych, około wspinaczkowych obrazków.

Lipiec 2020.