Co się wydarzyło na wyspie Pag

Troszkę na temat Pagu. Troszkę, bo chociaż na fali wakacyjnego zachwytu przez moment kiełkowała w nas myśl o zmajstrowaniu dla osób zainteresowanych tym kierunkiem swego rodzaju przewodnika, ostatecznie uznaliśmy, że wiadomości na temat najbardziej charakterystycznej z chorwackich wysp jest już w internecie dość. Moglibyśmy oczywiście powtórzyć za którąś z publikacji, że Pag ma taki a nie inny kształt, taką a nie inną długość i szerokość, że zamieszkują go określone gatunki zwierząt, określone gatunki ludzi, że są tam takie a nie inne atrakcje, że można się tam dostać w taki a nie inny sposób, itp., ale nie widzimy żadnego sensu w serwowaniu informacji przedrukowywanych już wielokrotnie. Zatem zdradzimy tylko, że: z ludzkich osiedli największe wrażenie zrobiło na nas miasteczko Pag – ciekawie skonstruowane, autorskie dzieło słynnego mistrza Giorgia da Sebenico, z całego bogactwa kamienisto-żwirowych kąpielisk najbardziej przypadły nam do gustu puściutkie w październiku plaże Trinćel, Ručica i Sveti Duh, lokalizacją idealną na nocleg okazała się położona na jednym z krańców tego niewielkiego świata wioska Metajna, a oddalona od niej o zaledwie dwadzieścia minut na nogach „księżycowa” zatoczka Beritnica to miejsce absolutnie wyjątkowe, niepodobne do niczego, co dotychczas napotkaliśmy na swojej drodze. Tak, Pag naprawdę mocno nas zauroczył. Zwłaszcza jego charakterystyczny, jakiś nieeuropejski wręcz klimat, który w równym stopniu tworzą: morze i skała, przestrzeń i światło, cisza, rześkie powietrze schładzane przez regularnie spływający z Welebitu wiatr oraz przyjemny, wszechobecny zapach szałwii, tymianku, rozmarynu, macierzanki i innych ziół wytrwale szukających dla siebie miejsca na rozległych, suchych, kamiennych polach pociętych systemem charakterystycznych murków. Oj, już nam do tego wszystkiego tęskno.

Chorwacja 2016.

Walking on the Moon

Niesieni spontanicznością spuszczoną z uwięzi, urlopową euforią, albo raczej jakąś kosmiczną siłą, wylądowaliśmy. Meldujemy: księżyc jest bliżej niż można by sądzić, są na nim ludzie, ale w ilościach śladowych, więc jeśli ktoś cierpi na samotność zdecydowanie powinien obrać inny kierunek, jest również woda, całkiem sporo wody, tyle że niezdatnej do picia, słonej, warto zatem zabrać ze sobą kilka pełnych manierek. A na poważnie – surowy krajobraz posezonowego Pagu był dla nas ogromnym zaskoczeniem. Morze, skała, przestrzeń. Prawie nic, czyli dokładnie tyle, ile było nam akurat potrzebne do szczęścia. Jak na poniższych zdjęciach, chociaż tam ważne miejsce w obsadzie znalazła dla siebie również modelka Barbara. Jakuba mało, bo tym razem głównie dzierżył w ręku aparat i prawie w całości wziął na siebie przyjemny ciężar archiwizowania :)

Wyspa Pag. Chorwacja 2016.

Jesienny wypad na południe, czyli z urlopu A.D. 2016 galeria pierwsza.

Długo czekaliśmy na ten wyjazd. O wiele za długo. Kilkanaście niepokojąco szarych miesięcy, jakie zdążyły upłynąć od naszej poprzedniej poważniejszej podróży wspominać będziemy jako dziwny, trochę męczący, pełen codziennego znoju okres, w którym naszą uwagę niebezpiecznie absorbowały rzeczy na swój sposób ważne, ale niestety wyraźnie przyziemne. Za dużo szpitali, rehabilitacji, zawodowych stresów i napięć, za mało głębokich oddechów, życia i pożywek dla ducha. Dopadł nas z tego wszystkiego nawet jakiś podróżniczy impas i do ostatniego dnia przed wyjazdem nie potrafiliśmy sprecyzować, czego naprawdę domagają się nasze ochoty i w którą w związku z tym stronę skierować powinniśmy maskę naszego samochodu. Ostatecznie wyszło dość spontanicznie. Podczas trzytygodniowej tułaczki na południe odwiedziliśmy pięć państw, w trzech z nich (Chorwacja, Słowenia, Włochy) zatrzymaliśmy się na co najmniej kilka dni, pokonaliśmy łącznie 4500 kilometrów samochodem i dodatkowo około 250 kilometrów piechotą, gościliśmy na dwóch wyspach (Pag i Elba), zwiedzaliśmy, chłonęliśmy, smakowaliśmy. Staraliśmy się znaleźć złoty środek między tak potrzebnym nam odpoczynkiem a tak oczywistą dla nas aktywnością. Było, jak zwykle, upojnie. Dużo dobrych, słonecznych chwil, do których pewnie będziemy wracać w przyszłości nie raz. Zanim jednak ostatecznie przebrniemy przez zasoby kart pamięci naszych aparatów, zanim wyselekcjonowane zdjęcia zaczną układać się w jakąś w miarę spójną, wartą opowiedzenia narrację, minąć musi trochę czasu. Chcąc tymczasem jeszcze przez moment w klimacie wakacji pozostać postanowiliśmy już teraz w naszym „albumie” opublikować pierwszy zestaw świeżo przywiezionych z południa obrazków.

Włochy, Słowenia, Chorwacja, wrzesień-październik 2016.

Chorwacki rekonesans, czyli trzy dni w Medulin

W 2012 roku zapuściliśmy się na trzy doby na chorwacką Istrię. Trochę z ciekawości, trochę szukając odpoczynku po intensywnym wspinaniu w Ospie, trochę uciekając od kaprysów słoweńskiej pogody. Sporo leniwych godzin w pełnym adriatyckim słońcu. A później intensywne leczenie posłonecznych oparzeń :)

Chorwacja 2012.