Koszyce – stolica wschodniej Słowacji

Chociaż Słowację odwiedzaliśmy w ostatnich latach regularnie, jej wschodnie krańce wciąż pozostawały dla nas zupełnie nieznane. Uznaliśmy, że ten stan rzeczy dłużej trwać nie powinien. Na oswojenie Koszyc, drugiego co do wielkości i liczby mieszkańców miasta naszych południowych sąsiadów, wygospodarowaliśmy pełne trzy doby, a celem głównym stała się, rzecz jasna, starówka zaskakująca swoim rozmiarem i przepychem.

Zabytkowemu sercu miasta poświęciliśmy długie godziny, co nie znaczy, że na kierunki mniej oczywiste czasu zabrakło. Pośród sennych, koszyckich blokowisk znaleźliśmy między innymi kilka niebanalnych przykładów współczesnego street artu.

Słowacja, czerwiec 2017.

 

 

Beskidzka pętelka

Oj, zestarzały się nasze stawy. Czas niestety intensywnie trawi nasze kolanowe chrząstki, nadgryza wiązadła. Zawsze chętnie wracamy w góry, ale nie da się nie zauważyć, że z każdym kolejnym wypadem coraz bardziej bolesne to przygody. Nawet jeśli mówimy o skromnej, dwudziestokilometrowej beskidzkiej pętelce. Będzie nam brakowało górskich pejzażów i tego cudnego odosobnienia, gdy kiedyś zdrowie ostatecznie odmówi posłuszeństwa. Póki co mocno ćwiczymy się w zagryzaniu zębów. Poniżej kilka pamiątek z ostatniego, dusznego, przesyconego słońcem spaceru głównym grzbietem Beskidu Śląskiego.

Lipiec 2017.

 

 

Bardejów – duma Szarysza

W słowackim Bardejowie podczas przedłużonego czerwcowego weekendu znaleźliśmy między innymi: przepiękny, zaskakująco obszerny, prostokątny rynek z niezwykle fotogenicznym ratuszem oraz strzegącym miasteczka piętnastowiecznym kościołem św. Idziego Biskupa, kamieniczki tak urocze, że byłyby niewątpliwą ozdobą każdego ośrodka na świecie, całą mnogość śladów historii, znakomicie zachowany system murów obronnych, uliczkę Johna Lennona, niebo przesycone niesamowicie czystym błękitem, gęste strumienie słońca i spokój, przecudny spokój.

Słowacja, czerwiec 2017.

Obrazki z Rzędkowic…

… czyli jeszcze troszkę okołowspinaczkowych zdjęć z wabiącej wyjątkowej urody wapieniem Jury Krakowsko-Czestochowskiej.

Rzędkowice 2017.

 

Kobieta i skały

Świeżusieńka galeria z zaskakująco sielskiego, cudnie pogodnego epizodu na Rzędkowickich Skałach. W rolach głównych: stęskniona wspinania Barbara, łapczywie spijające słoneczne światło wapienie i rozszalała jurajska zieleń. Na dalszym, nieuchwytnym dla oka planie Jakub dzierżący w dłoniach linę i aparat.

Rzędkowice, czerwiec 2017.

Szlakiem oświęcimskich murali

W Oświęcimiu z przeróżnych, zwykle dość prozaicznych powodów bywamy stosunkowo często. Niedawno, korzystając z wyjątkowo sprzyjającej aury, ruszyliśmy na dłuższy spacer w poszukiwaniu śladów street artu, który staje się w ostatnich latach jedną z wizytówek tego niewielkiego, ale rozpoznawalnego niemal na całym świecie, mocno doświadczonego przez dwudziestowieczne dzieje miasta.

Oświęcim 2017.

Jurajskie wspominki

Once upon a time…

Znowu zebrało nam się na wspomnienia, a pamięć tym razem porwała nas do odległych czasów, gdy na jurajskich wapieniach zdobywaliśmy pierwsze wspinaczkowe szlify, pod czujnym, surowym, ale też autentycznie życzliwym okiem Jacka Czecha – człowieka, który w swojej bogatej instruktorskiej karierze wyszkolił i wytrenował całą rzeszę solidnych, a nieraz wybitnych wspinaczy, taterników, himalaistów. Niewiele w okresie naszego skałkowego kursu powstało zdjęć, jednak trzy rzędkowickie obrazki z mniej więcej tego czasu udało się odnaleźć. Prezentujemy je poniżej. Nie wiemy Jacku, czy nasz niezbyt donośny głos do Ciebie czasem dociera, ale jeśli tak, to ślemy serdeczności, uśmiechy oraz pozdrowienia. Siła i honor.

Żegnaj Lizbono…

 

Ciekawość nas męczyła, więc sprawdziliśmy dokładnie – przez cztery doby, które poświęciliśmy niedawno lizbońskiej aglomeracji, na piechotę przemierzyliśmy ponad osiemdziesiąt pięć kilometrów! Tyle przynajmniej wskazała komórkowa aplikacja. Sporo, nawet jak dla nas, czyli bytów wyjątkowo chętnie poruszających się na własnych kończynach. Co więcej, jeśli dodalibyśmy do tego przejazdy środkami komunikacji miejskiej – tramwajami, autobusami, pociągami i metrem – pokonany dystans wyniósłby pewnie dwa razy więcej. Nieźle. Jak to możliwe? No cóż, mimo, że naszym krótkim portugalskim wypadem nie rządził żaden przesadnie napięty grafik, ani lista obowiązkowych do odhaczenia pozycji, były to dni bardzo obfite i intensywne. To zresztą dla nas norma, gdy celem czynimy poznanie jakiegoś nowego ośrodka. Doskonale wiemy, że odnajdywanie w labiryntach ludzkich osiedli swoich własnych miejsc i wyjątkowych zaułków wymaga trochę energii oraz poświęcenia. Zatem w Lizbonie budziliśmy się grzecznie skoro świt, cały dzień skrupulatnie badaliśmy miejską tkankę momentami tylko odpoczywając od nadmiaru południowego słońca w chłodnych muzealnych wnętrzach, pozwalaliśmy wygłodniałym receptorom bez umiaru chłonąć przestrzeń, próbowaliśmy, smakowaliśmy, a do naszego wygodnego apartamentu w sercu kolorowej Mourarii wracaliśmy dopiero późnym wieczorem albo nocą bardzo już ciemną. Snu zażywaliśmy tylko niezbędne dawki. Dzięki tym intensywnym zabiegom udało nam się portugalską stolicę odrobinę oswoić i poznać, chociaż nie ukrywamy, że czasu na co najmniej kilka planowanych projektów ostatecznie zabrakło. Trudno, zostawiamy je sobie na inną okazję. A póki co mówimy – żegnaj Lizbono, albo raczej – do zobaczenia. Bo to, że się jeszcze zobaczymy jest sprawą przesądzoną.

A poniżej, jako zakończenie wątku, ostatnia już lizbońska galeria.

Kwiecień 2017.

 

Carcavelos – lizbońska „patelnia”

Nawet od najpiękniejszych miast trzeba czasem troszeczkę odpocząć. Na szczęście z centrum Lizbony na piaszczystą plażę nie jest wcale daleko. Wystarczy kilka chwil w wygodnym pociągu i docieramy do celu. Carcavelos – jedno z najpopularniejszych wśród lizbończyków kąpielisk. W lecie podobno pęka w szwach, ale w kwietniu bez problemu na brzegu znajdziemy dla siebie przestrzeń i spokój. Wiemy to z doświadczenia. W tym roku, mimo znakomitej pogody, długi i szeroki pas przyjemnego piasku prócz nas okupowała ledwie garstka osób: nieliczne rodziny wypasające swoje małe pociechy, trochę młodzieży, kilka niekryjących swych gorących uczuć par, no i zwarta grupa cierpliwie ćwiczących fach surferów.

Kwiecień 2017.

Stolica street artu

O tym, że w Lizbonie nietrudno natrafić na interesujące murale wiedzieliśmy jeszcze przed wyjazdem, ale absolutnie nie przypuszczaliśmy, że szeroko rozumiany street art aż do tego stopnia współtworzy krajobraz portugalskiej stolicy. Lizbona to w zasadzie jedna wielka galeria, w której obok ogromu amatorskich prób znajdziemy prawdziwe uliczne dzieła sztuki. Poniżej skromny, biorąc pod uwagę całkowitą ilość podobnych form, wybór przykładów, głownie z Alfamy, Mourarii, stacji Alcântara-Mar i kompleksu LX Factory.

Lizbona 2017.

Lizbona vol. 2 – spacer w głąb miasta

 

Czerwone dachy, pastelowe fasady, ukryte w miejskim gąszczu zabytki i muzea, misterne azulejos, zraszające czoło stromizny, wszechobecny street art, rzeka Tag, ryby, prężące się w strumieniach ostrego światła brukowane chodniki, żółte tramwaje, windy, tuk-tuki, lizbończycy i turyści… czyli ze słonecznej portugalskiej stolicy galeria druga. Upojne spacery ulicami dzielnic: Alcantara, Alfama, Bairro Alto, Baixa, Belem, Chiado, Graca oraz naszej ulubionej, barwnej, cudnie multietnicznej Mourarii.

Lizbona 2017.

 

Pierwsze spotkanie z Lizboną

Staliśmy się ostatnimi laty wyjątkowo kochliwi, nieodporni na wdzięki krain i w zasadzie każdy wypad kończymy solidnie zakochani. Tym razem wcale nie przelotną miłość znaleźliśmy dość daleko, bo w najbardziej zachodnim zakątku kontynentalnej Europy. Z doświadczoną, niemłodą już, ale pięknie starzejącą się Lizboną spółkowaliśmy intensywnie przez cztery doby i wciąż z nadmiaru doznań nie potrafimy się otrząsnąć. Obiecujemy sobie, że nie był to epizod jednorazowy. Na początek w naszym albumie, zanim przeanalizujemy cały materiał dowodowy, dość ogólna galeria…

Portugalia, kwiecień 2017.

Bańska Szczawnica – błyskotka ze srebra i złota

Lata swej wielkiej świetności, wzniesionej niegdyś na bazie bogatych złóż srebra i złota, ma już Bańska Szczawnica dawno za sobą, co nie znaczy absolutnie, że jej blask zupełnie przygasł. Aż trudno sobie wyobrazić, jak niezwykły musiał być to ośrodek w momencie najbujniejszego rozkwitu skoro i dziś, długo po wyeksploatowaniu szlachetnych zasobów, potrafi niejednego odwiedzającego niemal od pierwszego wejrzenia zauroczyć. Dla pragnących poznać największe skarby naszych południowych sąsiadów punkt obowiązkowy.

Słowacja, kwiecień 2017.

Čičmany – wioska piękniejsza niż inne

Nazwa Čičmany (Cziczmany) od dłuższego już czasu nie była nam obca, ale żeby wreszcie przekonać się, jak też w rzeczywistości wyglądają charakterystyczne, zdobione białymi ornamentami domostwa tej maleńkiej słowackiej wioski, potrzebny był przypadek. Remont kilku głównych dróg w okolicach Małej Fatry wstrzymał na dłuższą chwilę naszą samochodową podróż do Bańskiej Szczawnicy, a skomplikowany system objazdów niespodziewanie zaprowadził nas w Góry Strażowskie. U ich stóp w pełnym, ale jeszcze przyjemnie łagodnym, wiosennym słońcu wylegiwały się właśnie Čičmany. Uznaliśmy to za niepowtarzalną szansę, by ten uroczy zakątek w końcu odrobinę oswoić.

Słowacja, kwiecień 2017.

Kremnica – pożegnanie zimy

Absolutnie nie spodziewaliśmy się, że nasz ostatni w tym roku kontakt ze śniegiem będzie miał miejsce nie w górach, lecz w samym sercu rozgrzanego do ponad dwudziestu stopni Celsjusza słowackiego miasteczka Kremnica. Nie mamy pojęcia, skąd na środku głównego placu tego historycznego, urodziwego ośrodka wzięła się na początku kwietnia tak pokaźna biała góra, ale jej obecność na pewno nasz krótki tam pobyt ubarwiła. Oczywiście nie omieszkaliśmy tego wyrastającego o dobre kilka metrów ponad poziom Kremnicy wierzchołka zdobyć, co zgodnie uznaliśmy za symboliczne pożegnanie tegorocznej zimy.  I tak oto powstało kilka dość nietypowych kremnickich ujęć.

I jeszcze ciut bardziej tradycyjna galeria z wiosennej Kremnicy.

Słowacja 2017.

Cieszyn – po obu stronach Olzy

Do Cieszyna postanowiliśmy wyskoczyć, by sprawdzić, czy czasem naszego ulubionego na polsko-czeskim pograniczu miasteczka nie dopadły ostatnio jakieś „dobre zmiany”, by przedeptać dawno niewidziane zaułki starówki i Cieszyńskiej Wenecji”, trochę pospacerować po południowej stronie Mostu Przyjaźni, no i rzecz jasna zaopatrzyć się w zapas wybornych piw oraz z roku na rok coraz doskonalszych morawskich win. Niestety, dosyć ciężki, szary i ponury dzień nie sprzyjał ani motywacji do sięgania po aparaty ani samej fotografii, stąd tylko skromniutka galeria. Trochę pochmurnych obrazków z Czeskiego Cieszyna, a z polskiego brzegu Olzy dwa wieczorne pejzaże.

Marzec 2017.

Lewocza – perełka słowackiego Spiszu

Kolejna wizyta u naszych południowych sąsiadów. Tym razem przez trzy dni gościła nas Lewocza – mieścina na tyle urocza, że do twarzy jej nawet w zleżałym, topniejącym, niespecjalnie już estetycznym śniegu. Zabytkowa, wpisana na listę UNESCO starówka, prześliczny rynek, pokryte patyną wieków mury i ostre strumienie nisko spacerującego po zimowym niebie słońca. Zaskakująco sprzyjająca fotograficznym zabawom sceneria.

Słowacja, luty 2017.

Śnieg, mróz, Trzy Korony…

… czyli pięć świeżutkich, zimowych portretów najbardziej fotogenicznego i rozpoznawalnego szczytu w polskich Pieninach.

Styczeń 2017.

Sant’Andrea, znaczy raj

Trudno powiedzieć, co dokładnie kazało nam przyjechać do Sant’Andrea. Przypadek? Szczęśliwy traf? Intuicja? Nie wiadomo. Pewnym jest tylko to, że pomysł, by na kilka październikowych dni ten nadmorski zakątek okrzyknąć domem okazał się strzałem w dziesiątkę. A trzeba podkreślić, że chociaż niewiele jest na Elbie miejsc równie magicznych, Sant’Andrea dla większości osób przybywających na wyspę ciągle nie jest kierunkiem oczywistym. Pierwszeństwo niemal zawsze mają reklamowane głośno Portoferraio, Porto Azzurro, Marciana, Marina di Campo, Cavoli czy tez Fetovaia. I bardzo dobrze. Dzięki temu, że nie ciągną tu tłumy, mała nadmorska wioska wciąż zachowuje swój subtelny urok.

W Sant’Andrea naprawdę nietrudno poczuć się dobrze. Aura w październiku jest przewidywalna i hojna. Błękitną płachtę nieba rzadko przesłania jakikolwiek opar, a wiatr lubi spać do późna. Poranki są ciche i leniwe – typowe dla śródziemnomorskiego świata. Sygnał do śniadania daje zwykle słońce, gdy między bryły domów zaczyna wlewać strumienie miękkiego światła. Ogrody oraz balkony szybko wypełniają aromaty świeżo parzonej kawy i słodkości. Jesienny chłód miło liże odsłonięte stopy. W koronach drzew intensywnie stroi się do swych symfonii ptactwo. Ołtarze przyrody w milczeniu oczekują gości.

Środek dnia najlepiej spędzić nad morzem. Plaża w Sant’Andrea jest wąska i niezbyt długa, ale urocza. Między pomarańczowawe skały łaskawa natura wcisnęła niewielką zatoczkę i wyłożyła brzeg wygodnym dywanem jasnego piasku. Po sezonie nie spotkamy tu wielu ludzi. Może kilka młodych ciał bezwstydnie spółkujących ze słońcem, może jakąś grupkę uszczęśliwionych kontaktem z wodą dzieciaków, może kilku staruszków z kontynentu cieszących się tu swoją emeryturą. Kąpielisko wielu nazwałoby idealnym. Nie jest co prawda, jak lubimy najbardziej, dzikie, ale całe zaplecze zorganizowano z należytym umiarem. Krajobrazu nie przeładowano nadmiarem parasolek i leżaków. Kilka metrów od brzegu furkoczą na wietrze banery dwóch przytulnych knajpek. Jedzenie jest tu wyśmienite. Nie ma wątpliwości, że nawet najbardziej wymagające podniebienia poczują się w Sant’Andrea szczęśliwe.

Popołudniami wioska odpoczywa od upału w chłodnym cieniu rzucanym przez masyw Monte Capanne. Plaża całkiem pustoszeje. Wtajemniczeni nie uciekają jednak do swoich apartamentów i hotelów, lecz obierają kierunek na Capo Sant’Andrea, by w porę zająć na skalistych trybunach wygodne miejsce. Czas na codzienne przedstawienie. Przez kilka kwadransów publikę hipnotyzują najpierw fale miotające się dziko w zatoczkach klifu, a następnie festiwal kolorów żegnający zmęczone całodzienną harówką słońce. Spektakl się kończy, gdy na ogorzałych twarzach gasną ostanie światła. Wszyscy zgodnie ruszają na kolację. W knajpkach już czuć zapach owoców morza, pizzy, risotta i pasty.  Chłodzą się lekkie, przyjemnie owocowe wina. Upojna biesiada potrwa do późna. O lepsze zwieńczenie udanego dnia naprawdę trudno.

Włochy 2016.

Powrót na ośnieżone szlaki

Dawno nie byliśmy razem zimą w górach. Tak się niestety złożyło, że dwa ostatnie „białe sezony” w całości skradły nam problemy zdrowotne. I choć kontuzje ciągle nie pozwalają o sobie zapomnieć, a naszym kończynom daleko do optymalnej formy, postanawiamy zacisnąć zęby i uprzedzając Nowy Rok zakończyć tą zbyt długo trwającą już rozłąkę. Wybór dość spontanicznie pada na dobrze nam znaną Małą Fatrę. Bez zwłoki pakujemy graty i ruszamy. Na rozciągniętej między Wielkim Krywaniem a Wielkim Rozsutcem grani cieszymy się zimowym słońcem, intensywnie odczuwalnym mrozem, obficie ośnieżonymi szlakami, wspaniałymi panoramami, a przede wszystkim swoim towarzystwem. I takim oto sposobem pogodnie żegnamy mocno niesforny rok dwutysięczny szesnasty.

Słowacja 2016.

Capoliveri – wizytówka toskańskiej Elby

Wygrzewające się w ostrym śródziemnomorskim słońcu na zboczach Monte Calamita, od wieków wpatrujące się w morze, trochę senne i leniwe Capoliveri to chyba najbardziej toskańskie z elbańskich miasteczek. Wystarczy spojrzeć na położenie, zabudowę, architekturę oraz szeroko rozumianą atmosferę. Nic więc dziwnego, że poczuliśmy tam to samo co w Pizie, Pitigliano czy Sienie – od pierwszego wejrzenia szybko wzrastało w nas zauroczenie.

Włochy 2016.

Portoferraio – pastelowa stolica Elby

Krajobraz raczej typowy dla śródziemnomorskich osiedli: urokliwa marina, masywne mury obronne, tarasowo ułożona starówka, liczne, pnące się między zabytkowymi budynkami schody, trochę nadgryzione przez czas, pastelowe tynki, zielone okiennice, wszechobecne sznury z suszącym się praniem, urokliwe skwery i zaułki. Portoferraio – dwunastotysięczna stolica toskańskiej Elby. Kiedyś odstraszający najeźdźców port-forteca, dzisiaj barwne, żywe, niezwykle gościnne dla turystów miasto słońca i morza.

Włochy 2016.