Słoweńskie skarby

Ma Słowenia setki różnorakich przyrodniczych skarbów, a wśród nich jednym z największych jest woda. I wcale nie chodzi tylko o reklamowany dumnie Bled, lecz o ogół przepięknych, krystalicznie czystych jezior, stawów, górskich oczek, cieków i rzek. Poniżej skromniutka ich część: rzeki Socza i Sawa, jeziora Jasna i Bohinj oraz rezerwat Zelenci.

Słowenia, czerwiec-lipiec 2021.

Forza Radol’ca

Radol’ca to niewielki region między Alpami Julijskimi i Karawankami reklamowany jako „słodka” kraina, gdzie pokryte patyną czasu miasteczka i wioski, szczycące się długą tradycją doskonałej kuchni, pszczelarstwa, kowalstwa oraz muzyki ludowej, pięknie współgrają z idylliczną przyrodą. A stolicą tego zakątka jest kameralna, ale pełna zabytków, urokliwa Radovljica, w której na świat przyszedł Anton Tomaž Linhart – dramaturg, historyk, muzyk, pedagog czasów oświecenia, ojciec słoweńskiego teatru.

Słowenia, czerwiec-lipiec 2021.

Perła Krasu

Mimo, że w Słowenii bywamy regularnie, siedem już lat mijało od naszej poprzedniej wizyty w wiosce Štanjel. Postanowiliśmy zatem nadrobić zaległości i w czerwcu tego roku zatrzymaliśmy się w tej jedynej w swoim rodzaju perełce słoweńskiego Krasu aż na cztery doby, przy okazji czyniąc ją bazą do wspinaczek na zboczach masywu Nanos oraz dalszej eksploracji znanych nam już całkiem nieźle, pięknie pofałdowanych, miejscami do złudzenia przypominających Toskanię okolic Doliny Vipavy.

Słowenia, czerwiec-lipiec 2021.

Alpejskie epizody

Udając się w czerwcu do Słowenii mieliśmy całkiem sporo górskich planów, ale warunki jakie zastaliśmy na miejscu mocno nasze zamierzenia zweryfikowały. Nie było łatwo. W niższych partiach Alp nienormalny, potężny, sięgający trzydziestu pięciu kresek upał i nieustępliwe, ścinające z nóg słońce, u góry, dla odmiany, zaskakujące ilości śniegu, mocno utrudniające poruszanie się po wielu szlakach, a także dostęp do interesujących nas via-ferrat. Trochę się nam odechciało. Ostatecznie zadowoliliśmy się przyjemnym epizodem w nieznanym nam wcześniej masywie Kanina, hikingiem na Prestreljenik, czy jak kto woli Monte Forato, fantastyczną wędrówką na niewysoki, ale niezwykle wybitny i fenomenalny widokowo Svinjak oraz kilkoma krótkimi spacerami w Dolinie Soczy i w okolicach przełęczy Vršič.

Słowenia, czerwiec-lipiec 2021.

Upalny Piran

Piran – wizytówka Słowenii, a jednocześnie, zdaniem wielu, jedno z najpiękniejszych miast na całym adriatyckim wybrzeżu. Znany nam już wcześniej, ale tylko z krótkich, jednodniowych spotkań. W tym roku, korzystając ze znacznie mniejszej niż zwykle aktywności zagranicznych turystów, a co za tym idzie, większej dostępności rozsądnych cenowo noclegów, mogliśmy się nim cieszyć przez kilka dni. Niezwykle wciągający zakątek, nawet dla stworzeń na co dzień zdecydowanie preferujących odludzia. Żywy, kolorowy, słoneczny. Bardzo hojny, jeśli mu się poświęci odpowiednio dużo czasu i uwagi.

Słowenia, czerwiec-lipiec 2021.

Słowenia: powrót

Po niezdrowo długim poście, dzierżąc już wreszcie w dłoniach zaświadczenia o spełnieniu wszelkich koronawirusowych konieczności, zerwaliśmy się z pandemicznej uwięzi i, jak dawniej, ruszyliśmy do jednej z naszych ulubionych krain. W maleńkiej Słowenii zawitaliśmy już po raz siódmy, a wedle naszych wyliczeń poznawaniu jej licznych skarbów poświęciliśmy łącznie w ostatnich dziesięciu latach ponad trzy miesiące. Całkiem sporo, ale ciągle mamy wrażenie, że nie wyczerpaliśmy jej potencjału nawet w kilku procentach. Oczywiście i tym razem przywieźliśmy sobie stamtąd na pamiątkę obszerną dokumentację. Na początek, zanim przejdziemy do konkretów, trzydzieści przykładowych obrazków.

Słowenia, czerwiec-lipiec 2021.

Zimowe ostatki

Już prawie połowa kwietnia, od kilku tygodni kalendarzowa wiosna, ale tegoroczna zima najwyraźniej nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. W Tatrach wciąż mroźno i nie brakuje dostaw świeżego śniegu. Sporo słońca, ale warunki miejscami zaskakująco wymagające. Kilka dni temu nasze plany niespodziewanie pokrzyżowała lawinowa „trójka”. Zdrowy rozsądek kazał nam porzucić myśl o bardziej ambitnych celach, w zamian za to mieliśmy mnóstwo czasu, by bliżej poznać zimową postać pięknego krajobrazowo odcinka głównej grani Tatr Zachodnich między Goryczkową Czubą i przełęczą Liliowe. Na zakończenie zdążyliśmy jeszcze wpaść na moment do dawno przez nas nieodwiedzanej Doliny Gąsienicowej. Całodniowa, całkiem upojna słoneczna kąpiel :)

Kwiecień 2021.

W Małych Pieninach

W Tatrach ciągle jeszcze rządzi zima, za to w Pieninach już całkiem przyjemna wiosna. W „lany poniedziałek” na panoramicznych balkonach Wysokiego Wierchu, Durbaszki, Wysokiej oraz Rabsztyna zlewały się na nas z nieba gęste strumienie słońca. Bardzo przyjemny dzień na jednym z najpiękniejszych pienińskich szlaków.

Kwiecień 2021.

Nowy sezon

Uciekła nam niestety tegoroczna zima. Ostatnie trzy miesiące przykryła gruba pierzyna remontowych spraw. Gdy w końcu zdołaliśmy wyrwać dla siebie jeden wolny dzień, niespodziewanie spotkaliśmy wiosnę. Pełne słońce i prawie dwadzieścia stopni. Idealne warunki na krajoznawczy wypad na Jurę. A przy okazji znacznie wcześniejszy niż zwykle początek nowego wspinaczkowego sezonu.

Luty 2020.

Przedzimie

Cięgnie się tegoroczne przedzimie nieznośnie niczym jakaś pandemia. Mało światła, mało śniegu, mało estetycznych pożywek i bodźców. Chociaż trzeba przyznać, że niektórym krainom nawet w takim odrobinę przygnitym odzieniu całkiem dobrze. Na przykład naszej pofałdowanej Jurze

Grudzień 2020.

„Niegóry” 2020

Na zakończenie roku skromne podsumowanie naszych fotograficznych łowów w ostatnich dwunastu miesiącach. Galeria górska już była, zatem czas na wybór obrazków z wyżyn, nizin oraz kotlin. Tak się jakoś złożyło, że niegórskim motywem przewodnim A.D. 2020, niezależnie od pory roku, były pola, czasem w kadr wchodziła jakaś woda albo architektura…

Jurajskie ostatki

Cała masa przyziemnych czynników każe nam niestety zakończyć tegoroczny, całkiem obfity mimo pandemicznych przeszkód, wspinaczkowy sezon. Jurajskie ostańce żegnają nas komfortową temperaturą, feerią jesiennych barw i przyjemnym, miękkim światłem…

Listopad 2020.

Šíp

Nie rozpieszcza nas ostatnimi dniami tegoroczna jesień. Leje, na termometrze ledwie kilka kresek, a za oknem zamiast orgii kolorów gnijąca szarość. Tym bardziej jesteśmy szczęśliwi, że na moment przed załamaniem pogody zdążyliśmy jeszcze wyskoczyć na Słowację, by pierwszy raz w życiu postawić stopę na szlakach Szypskiej Fatry. Šíp – najwyższy szczyt masywu, nie imponuje może swoimi rozmiarami (1169 m n.p.m.), ale panoramy oferuje naprawdę nie byle jakie, co sprawia, że nawet przy pozbawionej słońca, mocno pochmurnej i wilgotnej aurze warto się na niego wdrapać.

Słowacja, październik 2020.

 

Karynckie ostatki

Ostatnia już porcja pamiątkowych obrazków z naszego niedawnego, karynckiego wyjazdu…

Austria, sierpień 2020.

Z wizytą w Villach

Naprawdę niewiele wiemy o większych karynckich ośrodkach miejskich, bo podczas niedawnego, jedynego jak dotąd, pobytu w austriackiej krainie polodowcowych jezior naszą uwagę niemal całkowicie pochłonęła przyroda. Wyjątkiem jest Villach, w którym spędziliśmy na tyle dużo czasu, by móc powiedzieć przynajmniej, że to przyjemnie kameralne, przystojne, nawet przy niepogodzie, miasto, że jego mieszkańcy to ludzie gościnni, otwarci, a na ich twarzach maluje się radość, że położona nad Drawą starówka ma swój warty uwagi charakter oraz że tamtejsze piwo, które najlepiej nieśpiesznie wypić w cieniu pokaźnej, gotyckiej wieży Kościoła Św. Jakuba, jest bardzo pożywne i smaczne ;)

Austria, sierpień 2020.

Weissensee

Kiedy w sierpniu szlak nad Adriatyk zablokowały nam koronawirusowe przeszkody, nie spodziewaliśmy się, że równie lazurowe wody znajdziemy w niemalże połowie drogi, w Austrii. Wszystkie jeziora Karyntii, a jest ich naprawdę mnogość, warte są uwagi, ale najbardziej oczarowało nas Weissensee – chyba najcieplejsze (w lecie 23-24 stopnie) tak wysoko położone (930 m n.p.m.) alpejskie kąpielisko. Najbardziej odpowiadało nam to, że 2/3 akwenu jest obszarem chronionym, a co za tym idzie, wolnym od nadmiaru infrastruktury turystycznej, pozostawiającym gościom mnóstwo przestrzeni i swobody.

Austria, sierpień 2020.

W Wysokich Taurach

Karyntii ciąg dalszy. Grossglockner, Ankogel, Hochalmspitze, Johannisberg, lodowiec Pasterze i my na cudnie pustych szlakach, czyli Wysokie Taury – najwyższe pasmo górskie Austrii – w naszych obiektywach. Całkiem obszerna galeria.

Austria, sierpień 2020.

Z Karyntią pierwszy raz

Urokliwe pagórki oraz wybitne góry, krzyże zdobiące najważniejsze szczyty, odważnie pnące się samochodowe drogi, przystojne miasteczka i wioski, soczysta zieleń alpejskich hal, urodzaj krystalicznie czystej wody, rwące potoki, wodospady, wspaniałe, lazurowe, zaskakująco ciepłe jeziora, lodowczyki i lodowce, wszechobecna zwierzyna, zarówno ta udomowiona, jak i dzika… Karyntia. Pierwszy, odrobinę przypadkowy wybór świeżutkich obrazków z tej urokliwej austriackiej krainy, w której niedawno, przez dziewięć sierpniowych dni uwalnialiśmy swoje barki od ciężaru bieżącego, dość problematycznego, mocno ograniczającego naszą swobodę, koronawirusowego roku. To nie był w naszej podróżniczej karierze ani najdłuższy, ani najdalszy z wyjazdów, co nie znaczy, że nie dostarczył nam mocnych, pozytywnych wrażeń. Wręcz przeciwnie. Tylu przepięknych, tak różnorodnych krajobrazów upchniętych na tak niewielkim (porównywalnym z najmniejszym z polskich województw) obszarze nie widzieliśmy już dawno.

Austria, sierpień 2020.

Wielki Chocz

Wielki Chocz (Veľký Choč) – chociaż niezbyt wysoki, bo osiągający ledwie 1611 m n.p.m., powszechnie uchodzi za jeden z najlepszych, a zdaniem niektórych za zdecydowanie najlepszy punkt widokowy na mocno pofałdowanych słowackich ziemiach. Z charakterystycznej, niezwykle jak na swoje niewielkie rozmiary wybitnej piramidy przerastającej okalające ją doliny o ponad kilometr rozciąga się niesamowita, niczym nieprzysłonięta panorama. Z każdej strony przystojne góry – Tatry Wysokie, Zachodnie i Niżne, Wielka i Mała Fatra, Beskidy z ich królową Babią Górą oraz dziesiątki innych pasm. Pozbawiona trudności technicznych, ale dość forsowna, bo wymagająca pokonania ponad tysiąca metrów przewyższenia tułaczka zajęła nam łącznie około pięć i pół godziny, na które złożyły się: dwugodzinna droga na szczyt, dobre osiem słonecznych kwadransów na wierzchołku oraz półtoragodzinny spacer powrotny do samochodu pozostawionego na niewielkim, przydrożnym parkingu powyżej kameralnej miejscowości Lúčky. Kolejny całkiem przyjemny słowacki wypad.