Piachy i lód

Kiedy na początku lutego odwiedziliśmy czeskie Adršpašskoteplické skály, słynne skalne miasta otulała gęsta, wielowarstwowa szarość, pięknych piaskowców nie głaskała nawet wiązka sprzyjającego fotografii światła, a większość zakątków wyścielały dywany lodu czyniąc ze spacerowych zwykle szlaków całkiem solidny, momentami nawet niebezpieczny, a przez to komplikujący trochę nasze plany, tor przeszkód. Pomimo tego w cudnie zapomnianym przez turystów o tej porze roku Adršpachu warto było zagościć. Chociażby po to, by się przekonać, w jak piękne twory przemieniają się zimą tamtejsze wodospady.

P.S. Drobna, dobra rada. Kto zechce się do Adršpachu wybrać, niech nie zapomni w program swojej wycieczki wpisać wizytę w lokalu Café Bar Kalírna, bo to atrakcja sama w sobie, nie mniejsza niż okoliczna przyroda. Sielska atmosfera, przemiły, pogodny personel oraz stali bywalcy zarażający wszystkich przybyszów uśmiechem od ucha do ucha, znakomita muzyka, jedna z najlepszych pizz w tej części Europy, smakowite desery, pyszne destylaty i piwa. Bez najmniejszego zawahania reklamujemy.

Luty 2018.

W stronę Małego Krywania

Solidnie już stęsknieni za bielą zimy ruszyliśmy niedawno w stronę słowackiej Małej Fatry, by na jej głównej grani, z dala od codziennego zgiełku posłuchać, jak pada śnieg. Urodziła się z tego całkiem owocna, przyjemnie męcząca przygoda, która swoją kulminację osiągnęła na nieznanym nam dotychczas Małym Krywaniu. Poniżej skromna galeria – trochę portretów z drogi i kilka zimowych panoram.

Słowacja 2018.

Powitanie zimy

Beskid Śląsko-Morawski, a precyzyjniej rzecz ujmując – rozciągnięta między przełęczą Pustevny i szczytem Radhoszcz (Radhošť) spacerowa grań. Nasze pierwsze w tym roku górskie spotkanie z zimą, która, trzeba przyznać, od razu ujawniła swoją najprawdziwszą twarz, nie szczędząc nam ani śniegu, ani kilkunastostopniowego mrozu, ani huraganowego wiatru. Krótka to była przygoda, ale niezwykle intensywna. Dawno już tak solidnie nie przemarzliśmy.

Czechy 2017.

Na szwajcarskich szlakach vol.2

Zamykająca chyba ostatecznie temat naszego tegorocznego wypadu do przepięknej Szwajcarii, druga galeria obrazków z alpejskich szlaków kantonu Valais.

Wrzesień 2017.

Na szwajcarskich szlakach vol.1

Wyruszając do Szwajcarii wiedzieliśmy, że tydzień to zdecydowania za mało, by bliżej poznać tą cudnie pofałdowaną krainę. Postanowiliśmy więc, ignorując wszelkie kaprysy alpejskiej pogody i pomruki naszych niedoleczonych kontuzji, dobrze wykorzystać każdy dzień, każdą godzinę, każdą minutę. Na górskich szlakach spędziliśmy naprawdę dużo czasu, a na kartach naszych aparatów zapisało się całkiem sporo tułaczych pamiątek. Poniżej pierwsza ich część.

Valais, wrzesień 2017.

Skarby szwajcarskiego Valais

W graniczącym z Włochami i Francją, przepięknym krajobrazowo, szwajcarskim kantonie Valais na każdym niemal kroku spotkać można jakieś „naj”. Na powierzchni prawie dwa razy mniejszej niż najmniejsze polskie województwo znajdziemy między innymi: najdłuższy alpejski lodowiec, największą na świecie grotę lodowcową, najwyżej w Europie położoną stację kolejki linowej, największy na kontynencie kompleks termalnych kąpielisk, największe europejskie podziemne jezioro, najwyższą zaporę grawitacyjną, prawie pięćdziesiąt czterotysięczników, a wśród nich najłatwiejszy w Alpach – Breithorn i oczywiście najpiękniejszy – Matterhorn. A do tego wszystkiego standardowy zestaw górskich atrakcji, lazurowe jeziorka, estetyczne miasteczka, sielskie wioski, sporo śladów historii i hektary bujnej winorośli ślicznie zdobiącej zbocza mocno nasłonecznionych dolin. Nic dziwnego, że tydzień, który spędziliśmy w tym arcybogatym świecie wydał się nam wyjątkowo niepojemny.

 

Szwajcaria 2017.

Beskidzka pętelka

Oj, zestarzały się nasze stawy. Czas niestety intensywnie trawi nasze kolanowe chrząstki, nadgryza wiązadła. Zawsze chętnie wracamy w góry, ale nie da się nie zauważyć, że z każdym kolejnym wypadem coraz bardziej bolesne to przygody. Nawet jeśli mówimy o skromnej, dwudziestokilometrowej beskidzkiej pętelce. Będzie nam brakowało górskich pejzażów i tego cudnego odosobnienia, gdy kiedyś zdrowie ostatecznie odmówi posłuszeństwa. Póki co mocno ćwiczymy się w zagryzaniu zębów. Poniżej kilka pamiątek z ostatniego, dusznego, przesyconego słońcem spaceru głównym grzbietem Beskidu Śląskiego.

Lipiec 2017.

 

 

Śnieg, mróz, Trzy Korony…

… czyli pięć świeżutkich, zimowych portretów najbardziej fotogenicznego i rozpoznawalnego szczytu w polskich Pieninach.

Styczeń 2017.

Powrót na ośnieżone szlaki

Dawno nie byliśmy razem zimą w górach. Tak się niestety złożyło, że dwa ostatnie „białe sezony” w całości skradły nam problemy zdrowotne. I choć kontuzje ciągle nie pozwalają o sobie zapomnieć, a naszym kończynom daleko do optymalnej formy, postanawiamy zacisnąć zęby i uprzedzając Nowy Rok zakończyć tą zbyt długo trwającą już rozłąkę. Wybór dość spontanicznie pada na dobrze nam znaną Małą Fatrę. Bez zwłoki pakujemy graty i ruszamy. Na rozciągniętej między Wielkim Krywaniem a Wielkim Rozsutcem grani cieszymy się zimowym słońcem, intensywnie odczuwalnym mrozem, obficie ośnieżonymi szlakami, wspaniałymi panoramami, a przede wszystkim swoim towarzystwem. I takim oto sposobem pogodnie żegnamy mocno niesforny rok dwutysięczny szesnasty.

Słowacja 2016.

Trekkingowy Kyanjin Ri

Dziś mała rocznica. Właśnie się bowiem zorientowaliśmy, że dokładnie 5 lat temu, 12 października 2011 roku, razem z Dorotką i Witkiem – współtowarzyszami naszej drugiej nepalskiej przygody, mieliśmy przyjemność stać na wierzchołku Kyanjin Ri (4773 m n.p.m.) i w pełnym, himalajskim słońcu podziwiać naszpikowaną białymi ścianami panoramę rejonu Langtang. Ależ ten czas zleciał. A teraz znowu jesteśmy w drodze. Tylko odrobinę mniej odległej. Właśnie spłynęliśmy z nieskąpiącej nam ciepła wyspy Elby, by zapuścić się w nieznane nam dotąd zakątki południowej Toskanii. Dla wszystkich kompanów naszych dawnych wojaży ślemy pozdrowienia z miasta na skale – Pitigliano.

Razem

Osobno czy razem? – dla podróżujących przez życie odwieczne pytanie. A odpowiedź wcale nie oczywista. Wszakże nawet najbardziej nieskalana toksycznością bliskość bywa czasem przeszkodą, która jest w stanie niebezpiecznie przesłonić horyzont. Z drugiej jednak strony, autentyczna obecność innej osoby, wzajemne z nią dzielenie drogi okazuje się nieraz wartością samą w sobie. Nieocenionym darem od losu. Kto choć raz w swojej tułaczce poczuł smak tej cudnej symbiozy ten wie, że nie sposób pewnych spraw doświadczyć, kiedy się z bratnią duszyczką nie splata dłoni, nie sposób pewnych detali dostrzec, kiedy się na świat nie patrzy przez pryzmat czyichś oczu. Jest taki szczególny rodzaj piękna, który rodzi się wyłącznie na styku dwóch odmiennych rzeczywistości. W tym sensie współegzystowanie, współpodróżowanie bliskie jest twórczości.

Na beskidzkich szlakach, listopad 2015.

 

Zimowe wspominki

Scenariusz niestety się powtarza. Początek roku i znowu zabieg sfatygowanego życiem kolana nie pozwala nam wspólnie cieszyć się zimą. Chociaż prawdę mówiąc aktualną aurę za autentyczną zimę trudno w ogóle uznać. Z egoistycznego punktu widzenia może to i dobrze – mniej żal, że nas coś omija, z drugiej strony jednak intensywnie pnące się za oknem, zniechęcające do jakiegokolwiek wysiłku, szare „nie wiadomo co” wcale powszedniego znoju nie umila. Zamknięci w naszym, przerobionym tymczasowo na leczniczo-rehabilitacyjny zakład gniazdku cieszymy się bliskością, nadrabiamy kinematograficzne zaległości oraz wspominamy czasy, kiedy zimowe spacery i wspinaczki były codziennością.

Tatry 2009-2013.

Jesienny spacer na Trzy Korony

W Pieninach bywaliśmy w przeszłości wielokrotnie, ale obrazki ze szlaków penetrujących zbocza tych urodziwych, kameralnych gór publikujemy po raz pierwszy. Późny październik, przyjemnie głaszczące policzki słońce, na termometrze kilkanaście stopni. Nieśpieszny spacer na skalisty wierzchołek Trzech Koron i krótki odpoczynek w Sromowcach. Złota polska jesień w całej okazałości.

Pieniny 2015.

Babiogórskie portrety

Wzięło nas na wspominki. Pokaźna porcja „archiwalnych” fotografii z naszych potyczek z humorzastą Królową Beskidów. Tym razem jednak masyw Babiej Góry nie wystąpi w roli głównej, lecz będzie tłem dla postaci ludzkiej. W sumie ponad dwadzieścia niepublikowanych jeszcze w naszym internetowym albumie, portretowych ujęć.

Masyw Babiej Góry 2010-2014.

Wizyta w Karawankach

Karawanki to jedno z trzech największych pasm górskich Słowenii. W odróżnieniu od Alp Julijskich i Alp Kamnicko-Sawińskich ma odrobinę mniej wysokogórski charakter, ale i tak z eksplorujących go tras nawet mało wrażliwi na piękno natury turyści wracają poruszeni. Główny grzbiet Karawanek ma długość aż 120 kilometrów i w wielu miejscach wyraźnie przekracza granicę 2000 metrów (najwyższy szczyt – Stol – liczy sobie 2236 m n.p.m.), zatem pomysłów na jednodniowe wycieczki na pewno nikomu tu nie zabraknie. Bazy noclegowej najlepiej szukać w okolicach Dovje i Jesenice, gdzie swój początek mają najbardziej atrakcyjne szlaki. Polecamy zwłaszcza niezbyt wymagającą, choć w górnych partiach miejscami eksponowaną i, zwłaszcza przy złej pogodzie, dość niebezpieczną, wspinaczkę na Kepę (2143 m n.p.m.), ze szczytu której można podziwiać niesamowitą panoramę okolic Triglava, a przy odrobinie szczęścia dojrzeć nawet Wysokie Taury.

Słowenia 2012.

Babia Góra. Zima 2015.

Zimowe spacery granią Babiej Góry to nasza niepisana coroczna tradycja. Niestety w tym sezonie męską część naszego zespołu niewątpliwej przyjemności obcowania z otuloną śniegiem Królową Beskidów pozbawiła operacja kolana. Na szczęście znalazło się zastępstwo. Jego ciężar wzięła na swoje barki stęskniona górskich wrażeń koleżanka Dorotka. I tak oto pewnego pogodnego, chociaż bardzo mroźnego poranka na wierzchołek Diablaka ruszyła „babska ekspedycja”. :)

Luty 2015.

Nepal 2009. Zapiski.

Poniższą, bardzo wiekową już relację umieszczamy nie dlatego, że posiada jakąkolwiek wartość literacką, lecz z czystego sentymentu. To był w końcu nasz długo wyczekiwany debiut w Nepalu, a zarazem pierwsza pozaeuropejska podróż. Chyba żadnego innego wyjazdu nie opisaliśmy z porównywalną dokładnością. Dużo, dużo czytania :)

Nepal 2009 – zapiski z  podróży

30.09.2009 – „Namaste Katmandu”

Wschodzi słońce, kiedy nasz lot z Katowic do Katmandu via Monachium via Doha nareszcie dobiega końca. Jesteśmy wycieńczeni. Nic dziwnego – dwie przesiadki, trudna do zliczenia liczba kontroli i odpraw, niedobór spokojnego snu. Każda trwająca niemal dobę podróż musi dać się człowiekowi we znaki, nawet jeśli przebiega pod opieką tak przyjaznych i komfortowych w swoim standardzie linii jak Qatar Airways.

Lekko zamroczeni przemierzamy kolejne korytarze ramię w ramię z całymi zastępami przybyszów. Są Anglicy, Czesi, Francuzi, Niemcy, Hindusi, Amerykanie, ale olbrzymia większość to, jak się nam przynajmniej wydaje, rodowici mieszkańcy Nepalu. Ten gigantyczny tłum jest dla nas sporym zaskoczeniem. Spodziewaliśmy się co prawda, że trwające właśnie Dasain – wielkie święto, podczas którego Nepalczycy wędrują do miejsc swoich urodzin i odwiedzają bliskich – mocno odbija się na komunikacji wewnętrznej, nie sądziliśmy jednak, że jest również tak dużym wyzwaniem dla transportu międzynarodowego. Nie robimy jednak z tego większego problemu i próbujemy w tej sytuacji szybko się odnaleźć.

Czytaj dalej →

Mokre dni w Pirenejach

Pięć lat temu zapragnęliśmy poznać Pireneje. No i niedługo później poznaliśmy. Niestety, głównie ich bardzo kapryśną pogodowo, czerwcową naturę. Spędziliśmy kilka nocy pod namiotem w przeuroczej wiosce Torla i trzy doby w wygodnym, zupełnie pustym o tej porze roku schronisku w Bujaruelo. Los jednak sprawił, że przez większość pobytu zmagaliśmy się nie z przepięknymi górskimi ścianami, lecz ze ścianami deszczu. Lało okrutnie. Zabezpieczone przed wilgocią aparaty rzadko opuszczały plecaki, a co za tym idzie, zdjęć powstało jak na lekarstwo. Kilka skromnych obrazków, dokumentujących nieliczne momenty przejaśnień, można obejrzeć poniżej.

Hiszpania 2010.

Z Aten nad Morze Czarne

Historia z cyklu „Dawno, dawno temu…” – nasza druga po irlandzkiej odysei, wspólna zagraniczna przygoda. Byliśmy jeszcze piękni i młodzi, serca mieliśmy wyjątkowo chłonne, receptory otwarte na oścież, a umysły mięsiste. Dopiero uczyliśmy się sztuki podróżowania. Z kilkoma z trudem zdobytymi groszami w kieszeni ruszyliśmy na południe. Z Katowic samolotem do Aten, a potem nieśpiesznie w stronę Morza Czarnego, aż pod samą granicę z Turcją. Trochę pociągami i wąskotorową kolejką, trochę autobusami, w tym nawet autokarem szkolnym, trochę „na stopa”, trochę na własnych nogach. Powrót jakimś absurdalnie tanim lotem z Bułgarii do Bratysławy, następnie znów pociągiem, przez Zwardoń do rodzimych Tychów. Po drodze między innymi: trudny do zniesienia ateński upał, biwak nad samym morzem i upojne kąpiele w słońcu na Wybrzeżu Tesalskim, ekscytująca nocna podróż w pełnym Romów pociągu relacji Saloniki–Sandanski, kilkudniowy pobyt w Melniku – pięknie ulokowanej, bułgarskiej stolicy wina, odpoczynek w uroczym Bańsku, wędrówki szlakami Pirynu, wspinaczka na Wichren, długa tułaczka wybrzeżem Morza Czarnego przez Burgas, Carevo i Achtopol w poszukiwaniu odludnej plaży, gastronomiczna uczta w kameralnym Sinomorcu, w końcu krótka wizyta w Warnie. Obfite dni pod znakiem wyłącznie pozytywnych doznań. Niestety nie posiadaliśmy wtedy żadnego sensownego aparatu, ani tym bardziej odpowiedniego warsztatu, stąd tak uboga i licha fotograficzna dokumentacja.

Grecja i Bułgaria 2007.