
Dawno już nie było o naszej „sypialni”… Czas zatem najwyższy nadrobić zaległości. Tychy. Trochę obrazków z letnich, niezobowiązujących przechadzek. Sierpień-wrzesień 2018.
Author Archives: Fototropie
Wielka Fatra: Ostrá, Lubená i Tlstá
Przyjemna przechadzka szlakiem dotąd nam nieznanym, jednym z klasyków słowackiej Wielkiej Fatry: z Błatnicy, przez Konský dol i Murań na Ostrą, następnie przez Zadną Ostrą i Báglov kopec (Lubená) na rozległy wierzchołek Tlstej, w końcu dolinami Wapienną i Gaderską, mijając po drodze Jaskinię Mažarną, z powrotem do Błatnicy. Osiem godzin absolutnego spokoju, niezmąconego obecnością innych osób. No i ta pogoda. Połowa września, 28 stopni Celsjusza.
Słowacja 2018.
On the trail again
Fotograficzne łowy
Osp: wapień i słońce
Leżący w cieniu pomarańczowej, prawie 150-metrowej Wielkiej ściany (Velká stěna) Osp i jego najbliższe okolice (Mišja Peč, Črni Kal), uchodzące za słoweńską stolicę wspinaczki skałkowej, oswoiliśmy już dawno temu. Od tego czasu zawsze chętnie wracamy do tej urodziwej, wapiennej krainy obficie karmionej przez śródziemnomorskie słońce.
Słowenia, sierpień 2018.
Słoneczna Muggia
Powrót na słoweńską Istrię
Po prawie dwuletniej, zbyt już wyraźnie stymulującej naszą tęsknotę przerwie wróciliśmy na słoweńską ziemię, a precyzyjniej rzec ujmując – na wapienne, słoweńsko-włoskie pogranicze, gdzie czas sprawiedliwie podzieliliśmy między wspinanie, „próby kolarskie”, spacery, zwiedzanie i kulinarne degustacje. Domem był Osp, ale w zasięgu rowerowej przejażdżki mieliśmy Koper, Izolę, Muggię i Triest. Tydzień minął błyskawicznie.
Sierpień 2018.
Cat in the rain
OFF Festival A.D. 2018
Kolejny, trzeci dla nas z rzędu OFF Fesival już niestety za nami. Tak jak w poprzednich latach wykwintnych i pożywnych specjałów dla wygłodniałych melomanów nie brakowało i tylko już po wszystkim nie podoba nam się fakt, że na kolejny taki weekend musimy teraz poczekać całe dwanaście miesięcy. A w edycji A.D 2018 najbardziej chcieliśmy wyróżnić:
- Shortparis – za to, że choć do OFF-owego programu zostali włączeni w zastępstwie, dosłownie w ostatniej chwili i przyszło im zagrać w naprawdę mało sprzyjającej scenerii (wczesna, piątkowa pora, nieliczna jeszcze publiczność, upał, ostre, odparowujące klimat mrocznych koncertów słońce), zaprezentowali swoją trudną do zaklasyfikowania twórczość wybornie, zasługując naszym zdaniem na kilka festiwalowych „Oscarów”, w tym za „największe odkrycie”, „choreografię”, a może nawet za „najlepszy spektakl” całego weekendu.
- Oxbow – za miło odbiegający od sztywnych norm występ, za ogrom miażdżących obojętność słuchaczy riffów, i za to, że mieliśmy niepowtarzalną okazję posłuchać, jak na żywo brzmią kompozycje ze znakomitego albumu „Thin Black Duke” z „Cold & Well-Lit Place” na czele.
- The Mystery Lights – za to, że energią, którą niewątpliwie daje im przyjaźń z muzyką, tak chętnie i szczodrze dzielą się z publicznością udowadniając przy okazji, że mocno osadzone w tradycji rockowej granie ciągle może brzmieć świeżo i oryginalnie, zwłaszcza jak się je okrasi odrobiną folku, bluesa oraz wysokogatunkowej psychodelii.
- Moses Sumney – za piękny, idealnie wyważony, niezwykle intymny występ, zdaniem wielu najlepszy pod względem wokalnym koncert festiwalu.
- Charlotte Gainsbourg – za to, że jako jedyna z trójki headlinerów, dość nieoczekiwanie zdołała nas całkiem poważnie zahipnotyzować i uwięzić w pierwszym rzędzie pod sceną przez calutki koncert, za oszczędny, ale precyzyjny w swoim zamyśle, niezwykle smaczny występ.
- Marlon Williams – za to, że mimo kłopotów i sporych opóźnień w podróży, zdołał w porę wyskoczyć prosto z busa na scenę, by zdobyć nową kolekcję być może nie tylko niewieścich serduszek, tym razem przebierając się nie za wampira, lecz autentycznie sympatycznego Nowozelandczyka, a przede wszystkim znakomitego wokalistę, czego najlepszym dowodem było wieńczące występ, mistrzowskie wykonanie coveru „Portrait of a Man”.
Poniżej nasza skromna dokumentacja z wyżej wymienionych występów oraz kilka obrazków z innych OFF-owych wydarzeń.
36. MFTU, czyli Theater Gajes, Teatr HoM i cała reszta
Ślad po ostatniej, trzydziestej szóstej, a zarazem trzeciej z rzędu, w której wzięliśmy udział, edycji Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Ulicznych w Jeleniej Górze. Trzy dni, jedenaście grup teatralnych, piętnaście spektaklów. Theater Gajes, Teatr HoM, V.O.S.A. Theatre, Teatr Ósmego Dnia, Theater Irrwisch, Theater PasParTout, Luigi Ciotta oraz Flow Fireshow w naszych obiektywach. Całkiem obszerna galeria.
A nasze zdjęcia z poprzednich edycji Festiwalu można znaleźć tutaj:
- Jeleniogórskie święto teatrów ulicznych
- 34. MFTU w Jeleniej Górze – galeria druga
- 35. Festiwal Teatrów w Jeleniej Górze
- O 35. MFTU w Jeleniej Górze po raz drugi
Lipiec 2018.
Pożegnanie z Sardynią
Wspinaczkowa przygoda w Ulassai
Ulassai – niepozorne miasteczko, które przycupnęło sobie około dwudziestu kilometrów od wschodniego wybrzeża Sardynii, czyli na tyle blisko, by przy dobrej pogodzie móc beztrosko wpatrywać się w morze, i wystarczająco daleko, by na co dzień nie zmęczyć się nadmiernym kontaktem z turystą, gościło nas przez pięć dni. Wybierając ten kierunek mieliśmy nadzieję na jakąś poważniejszą zażyłość ze skałą, ale nie spodziewaliśmy się, że czuwające nad okolicą okazałe, wapienne ściany okażą się jedną z najlepszych wspinaczkowych aren, jakie kiedykolwiek poznaliśmy. Potencjał całego rejonu trudno opisać. Przyjaźni tubylcy, zaskakujące swoim rozmachem widoki, całkiem spore spektrum opcji trekkingowych i pokaźna liczba przystępnych, niezwykle estetycznych wspinaczkowych linii (od łatwych „trójek” aż po stopień 8c, a nawet 9a, jeśli brać pod uwagę kilka otwartych projektów), których, co ważne, z roku na rok przybywa, dzięki intensywnej pracy grupy zapalonych społeczników. W samym tylko kanionie Sa Tappara, oddalonym ledwie 10-15 minut piechotą od centrum Ulassai, znajdziemy około 150 dróg, w tym ponad osiemdziesiąt nie trudniejszych niż 6c, co sprawia, że nawet tacy wspinaczkowi emeryci jak my mają całkiem spore pole do działania. Dawno już nie spędziliśmy na skałach tak przyjemnych chwil.
Sardynia 2018.
Między Portixeddu a Fontanamare
Nie spodziewaliśmy się, że przy całym bogactwie Sardynii, najbardziej zbliżony do naszego subiektywnego ideału kawałek ziemi znajdziemy na najmniej docenianym przez przewodniki, zachodnim wybrzeżu. Na poznanie około dwudziestokilometrowego odcinka ciągnącego się od Portixeddu, przez Buggerru, Mesuę, Nebidę, do Fontanamare zarezerwowaliśmy łącznie ponad cztery doby, czyli, jak się okazało, dużo za mało, żeby nacieszyć się niezwykle oryginalną ofertą tego zapomnianego przez turystyczne biura rejonu. Z napęczniałych od wrażeń dni najbardziej zapamiętamy: niesamowicie urozmaicony, często zupełnie dziki krajobraz, kapitalne skały i niezaprzeczalny walor miejscowego wspinania oraz długie godziny na przepięknych, pustych, czasami wręcz prywatnych plażach, gdzie intensywnie spółkowaliśmy z mocno nadpobudliwym morzem i momentami aż nazbyt łaskawym słońcem.
Sardynia 2018.
Włoska stolica wspinaczki skałkowej
Orgosolo, czyli miasto-galeria
Orgosolo – przed laty owiana złą sławą stolica sardyńskiego bandytyzmu, dziś pełne specyficznego klimatu, wyjątkowo barwne miasto-galeria. Takiego zagęszczenia najróżniejszych, niezwykle oryginalnych form street artu nie spotkaliśmy na swojej drodze nigdy wcześniej. Nawet gdy naszym domem była Dozza. Nawet gdy szlakiem murali przemierzaliśmy portugalską Lizbonę.
Sardynia 2018.
Sardyńskie piaski
O tym, że sardyńskie wybrzeża charakteryzuje niezwykle sprzyjający rekreacji walor nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Nie jesteśmy typowo plażowymi zwierzętami, ale obok pięknych języków pieszczonego intensywnie przez morze piasku – idealnie białego, żółciutkiego, czasem pomarańczowego – nie mieliśmy szans ani zamiaru przechodzić obojętnie. Trudno powiedzieć, które z kąpielisk podobało nam się najbardziej. W przedsezonowej szacie każde wyglądało jak pocztówka z jakiegoś obiecanego raju.
Sardynia 2018.
ABC sardyńskich miasteczek, odc. III
ABC sardyńskich miasteczek, odc. II
ABC sardyńskich miasteczek, odc. I
ABC sardyńskich miasteczek, odcinek pierwszy. „A” jak Alghero. Kataloński przyczółek na włoskiej wyspie, nieprzypadkowo zwany „Barcelonetą”, czyli małą Barceloną.
Sardynia 2018.
Maki, makia i cała reszta, czyli Sardynia w wydaniu majowym
Tak się dziwnie składa, że nieraz, z przyczyn nie całkiem jasnych, byt ludzki zamiast wzrastać, niebezpiecznie wrasta w powszedniość, kurczy się. Dlatego też, raz na jakiś czas, potrzebna jest mu solidna kuracja, odpowiednio długa pauza od rutynowych gimnastyk i schematów, radykalna zmiana – rytmu, dystrybucji energii, sposobu myślenia, perspektywy, a najlepiej również krajobrazu, otoczenia. Świadomi tego, postanowiliśmy udać się w tym roku na „rehabilitację” do Italii, a dokładniej na słoneczną Sardynię, gdzie w warunkach śródziemnomorskiej wiosny, gdy cała niemal wyspa przemienia się w bujny ogród, mieliśmy nadzieję rozkwitnąć jak tamtejsze maki, rozkrzewić się jak tamtejsza makia. Z tego początkowo dość mizernie skonkretyzowanego pomysłu urodziła się całkiem pokaźna, gęsta od wrażeń podróż (powyżej prowizoryczna, ukazująca naszą trasę mapka), którą teraz, w kilku kolejnych odcinkach spróbujemy zilustrować. Najpierw trochę zdjęć sardyńskiej wiosny – naszym zdaniem, na spotkania z południowoeuropejskimi wyspami najlepszej z pór roku. Wielka szkoda, że nam już zdążył ulecieć z nozdrzy jej niezwykle intensywny zapach.
Sardynia 2018.
Dozza – dom street artu
W najbliższych tygodniach nasz album zdominuje pewnie temat Sardynii, ale zanim tak się stanie, wpierw jeszcze mały przystanek. Dozza – jedna z perełek włoskiego regionu Emilia-Romania słynąca z niebanalnego street artu, który powstaje tu zupełnie legalnie w ramach szczycącego się już prawie sześćdziesięcioletnią tradycją festiwalu i z roku na rok w coraz większym stopniu tworzy krajobraz tego uroczego, kameralnego miasteczka. Mieliśmy sporo szczęścia, że między kolorowymi murami mogliśmy spędzić całe dwie doby.
Włochy 2018.
21 dni, 21 zdjęć…
Gdybyśmy się kiedyś zastanawiali, w co się nasze oczy wgapiały na przełomie maja i czerwca w roku dwutysięcznym osiemnastym, zostawiamy sobie na pamiątkę ślad po kolejnym, zakończonym zaledwie wczoraj, pod każdym względem udanym wypadzie na słoneczne południe. Oczywiście, dwadzieścia jeden na szybko wybranych zdjęć to zdecydowanie za mało, żeby zilustrować te arcybogate trzy tygodnie, ale od czegoś zacząć trzeba :)
Włochy 2018.
Wspinaczkowa majówka
Z roku na rok wspinamy się coraz rzadziej, a co za tym idzie – cała zabawa staje się coraz trudniejsza. Na szczęście czasem jeszcze odnajdujemy w sobie dawny upór i dzielność. W urokliwych okolicach Mzurowa, na ukrytych pośród gęstej majowej zieleni wapiennych ostańcach prezentowaliśmy się ostatnio całkiem nieźle.
Maj 2018.
Štramberk
Czeski Štramberk wydał nam się odrobinę podobny do Bańskiej Szczawnicy – słowackiej perełki, której miejską tkankę starannie badaliśmy niemal dokładnie rok temu (patrz tutaj). Pewnie przez swój podłużny plac centralny i kapitalne położenie między ślicznie zalesionymi pagórkami.
Kwiecień 2018.
Z Nowym Jiczynem spotkanie prywatne
To niezwykłe, jak poza głównym sezonem, w pogodne, wolne od pracy dni pustoszeją czeskie miasteczka. Trudno uwierzyć, ale nieraz łatwiej znaleźć w nich spokój i zdrową dawkę odosobnienia niż w pobliskich, coraz bardziej zatłoczonych górach. Na obszernych placach aktywność ludzka niemal całkowicie zamiera. Między pastelowymi frontami kamienic lekko falują masy rozgrzanego słońcem powietrza, a zabytkowe zaułki oraz ciasne uliczki pięknie udekorowane mozaiką światła i cienia zapraszają zabłąkanych przybyszów do jakiejś onirycznej gry. Bardzo odpowiada nam ten senny, odrobinę prowincjonalny klimat.
Nowy Jiczyn, kwiecień 2018.
Wiosna na Jurze
Robótki Barbary vol. 3
Nieczęsto dzielę się zdjęciami swoich udziergów, co absolutnie nie znaczy, że z jakichś niewyjaśnionych powodów dziewiarski fach porzuciłam. Wręcz przeciwnie, wraz z upływem czasu kolejne motki włóczek znikają coraz szybciej. Nie wszystko zawsze się udaje, ale akurat chusty własnej produkcji noszę dumnie :)
Poniżej trzy przykłady: „Lost in time” (projekt Mijo Crochet), „Ozella” (płatny wzór dostępny tutaj) oraz „Shawl for Rachel” (autor Hilda Steyn).
„Lost in time”
„Ozella”
„Shawl for Rachel”
Spring is coming
Alpejskie wspominki
Piachy i lód
Kiedy na początku lutego odwiedziliśmy czeskie Adršpašskoteplické skály, słynne skalne miasta otulała gęsta, wielowarstwowa szarość, pięknych piaskowców nie głaskała nawet wiązka sprzyjającego fotografii światła, a większość zakątków wyścielały dywany lodu czyniąc ze spacerowych zwykle szlaków całkiem solidny, momentami nawet niebezpieczny, a przez to komplikujący trochę nasze plany, tor przeszkód. Pomimo tego w cudnie zapomnianym przez turystów o tej porze roku Adršpachu warto było zagościć. Chociażby po to, by się przekonać, w jak piękne twory przemieniają się zimą tamtejsze wodospady.
P.S. Drobna, dobra rada. Kto zechce się do Adršpachu wybrać, niech nie zapomni w program swojej wycieczki wpisać wizytę w lokalu Café Bar Kalírna, bo to atrakcja sama w sobie, nie mniejsza niż okoliczna przyroda. Sielska atmosfera, przemiły, pogodny personel oraz stali bywalcy zarażający wszystkich przybyszów uśmiechem od ucha do ucha, znakomita muzyka, jedna z najlepszych pizz w tej części Europy, smakowite desery, pyszne destylaty i piwa. Bez najmniejszego zawahania reklamujemy.
Luty 2018.
















































































































































































































































































































































































































































































































































































































































