Jak w temacie. Park Północny w listopadowej szacie. Trzy dość przypadkowe fotografie.
Tychy 2017.
Jak w temacie. Park Północny w listopadowej szacie. Trzy dość przypadkowe fotografie.
Tychy 2017.
Jeszcze do niedawna zaśmiecone, zarośnięte, oszpecone prymitywnymi bohomazami wzgórze Kromołowiec uchodziło za jeden z najbardziej ewidentnych przykładów dewastacji naszych jurajskich ostańców. Na szczęście dzięki wytężonej pracy grupy ludzi (wycinka, sprzątanie, czyszczenie, piaskowanie, itp.) położone na terenie Niegowonic skały znów odzyskały swój turystyczny i wspinaczkowy walor. A że jakiś czas temu na całkiem estetycznych, wapiennych ścianach pojawiły się również nowe stanowiska zjazdowe i ringi, postanowiliśmy w końcu przetestować potencjał tego położonego ledwie 50 kilometrów od naszego domu sektora. Pomysł przerodził się w dobry dzień. Zaskakująco przyjemne drogi nie stawiały większego oporu. No i pogoda dopisała – przesadny upał ani przez moment nas ze skał nie przeganiał ;)
Listopad 2017.
Wyruszając do Szwajcarii wiedzieliśmy, że tydzień to zdecydowania za mało, by bliżej poznać tą cudnie pofałdowaną krainę. Postanowiliśmy więc, ignorując wszelkie kaprysy alpejskiej pogody i pomruki naszych niedoleczonych kontuzji, dobrze wykorzystać każdy dzień, każdą godzinę, każdą minutę. Na górskich szlakach spędziliśmy naprawdę dużo czasu, a na kartach naszych aparatów zapisało się całkiem sporo tułaczych pamiątek. Poniżej pierwsza ich część.
Valais, wrzesień 2017.
Pomysł, by odwiedzić słoneczną Aostę – stolicę najmniejszego, ale i najbardziej górzystego z włoskich regionów – kiełkował w naszych głowach już od wielu lat. Wreszcie stało się. Całkiem niedawno, wioząc do domu z Prowansji ciężki ładunek wakacyjnych wrażeń, urządziliśmy sobie w tym atrakcyjnym zakątku, ukrytym za szczelnym murem najwyższych alpejskich ścian, dwudniową pauzę. Poniżej kilka stamtąd obrazków.
Włochy 2017.
Z przyjemnie sielskiego, trzydniowego pobytu w urokliwym Roussillon – popularnej wśród turystów, prowansalskiej stolicy ochry – w pamięci przede wszystkim została charakterystyczna dla tych stron, niezwykła, miejscami niemal nadrealna mozaika kilku ognistych barw: czerwieni, różu, żółci i oranżu.
Francja 2017.
W Prowansji szukaliśmy przede wszystkim ciszy, spokoju oraz przestrzeni zdolnej pomieścić nasze przywiezione z ojczyzny zmęczenie. Omijaliśmy duże osiedla, a najlepiej czuliśmy się w kameralnych miasteczkach i niewielkich wioskach pięknie wkomponowanych przez jakiegoś zmyślnego architekta w ten jakże charakterystyczny, wzniesiony na bazie skały i słońca krajobraz. Aż chciałoby się gdzieś tam, któregoś dnia zamieszkać.
Francja, wrzesień 2017.
W graniczącym z Włochami i Francją, przepięknym krajobrazowo, szwajcarskim kantonie Valais na każdym niemal kroku spotkać można jakieś „naj”. Na powierzchni prawie dwa razy mniejszej niż najmniejsze polskie województwo znajdziemy między innymi: najdłuższy alpejski lodowiec, największą na świecie grotę lodowcową, najwyżej w Europie położoną stację kolejki linowej, największy na kontynencie kompleks termalnych kąpielisk, największe europejskie podziemne jezioro, najwyższą zaporę grawitacyjną, prawie pięćdziesiąt czterotysięczników, a wśród nich najłatwiejszy w Alpach – Breithorn i oczywiście najpiękniejszy – Matterhorn. A do tego wszystkiego standardowy zestaw górskich atrakcji, lazurowe jeziorka, estetyczne miasteczka, sielskie wioski, sporo śladów historii i hektary bujnej winorośli ślicznie zdobiącej zbocza mocno nasłonecznionych dolin. Nic dziwnego, że tydzień, który spędziliśmy w tym arcybogatym świecie wydał się nam wyjątkowo niepojemny.
Szwajcaria 2017.
Zacznijmy od końca, czyli od tego, że całkiem niedawno, po trzech tygodniach nieobecności w rodzimych stronach, zaparkowaliśmy wreszcie pod domem wyraźnie sfatygowany liczącą sobie grubo ponad pięć i pół tysiąca kilometrów drogą, mocno przeładowany wakacyjnymi wrażeniami samochód, co było kropką wieńczącą naszą wrześniową przygodę. Urlop A.D. 2017 zapamiętamy jako jeden z najintensywniejszych epizodów w z roku na rok coraz bogatszej historii naszych kontaktów z mniej lub bardziej obcymi krainami. Tym razem nasz szlak wiódł przez terytorium aż siedmiu państw, a w trzech z nich (Szwajcaria, Francja, Włochy) zdecydowaliśmy się zacumować na dłużej. Ustroniom znanym nam dotychczas tylko z opowieści i z literatury przyglądaliśmy się zarówno z dołu, jak i z góry, karmiliśmy zmysły sielanką alpejskich dolin, spacerowaliśmy między lodowcami, pierwszy raz na naszym kontynencie „cieszyliśmy się” dolegliwościami związanymi z wysokością 4000 m n.p.m., ale także wygrzewaliśmy kości w prowansalskim słońcu, a nawet zostawiliśmy kilka śladów na śródziemnomorskich plażach. Włóczyliśmy się, wspinaliśmy się, radowaliśmy się towarzystwem serdecznych ludzi. Odkąd drugiego dnia, po krótkim przystanku w Północnym Tyrolu, wylądowaliśmy w szwajcarskim kantonie Valais, w naszej drodze zaskakująco często towarzyszył nam Rodan. Poznaliśmy go jako niewielki ciek biorący swój początek w lodowcach Alp Urneńskich, przyglądaliśmy się, jak nabiera mocy i nawadnia bogate w wino okolice Sion i Martigny, jak wita oraz opuszcza Jezioro Genewskie, by po chwilowej rozłące spotkać go ponownie w pobliżu Arles i dać się mu poprowadzić do dzikiego Camargue, gdzie zmęczona ponad ośmiusetkilometrową tułaczką rzeka ostatecznie umyka do morza. Lepszych i gorszych zdjęć dokumentujących ten błogi czas powstało oczywiście sporo. Na początek ogólna galeria…
Szwajcaria, Francja, Włochy, wrzesień 2017.
Jeszcze jesteśmy zbyt daleko, jeszcze zbyt bardzo szumi nam w uszach, zbyt bardzo wzrok upośledzają permanentnie wyświetlane w głowach, gęste od kolorów i doznań festiwalowe sceny – zdecydowanie za wcześnie, by się zdobyć na podsumowania albo chociaż jakimś sensownym słowem podzielić. Muszą więc póki co wystarczyć obrazy. Może one choć odrobinę pokażą, jak piękne muzyczne święto zaserwowano nam ostatnio w Katowicach. Poniżej OFF Festival A.D. 2017 w naszych obiektywach. Galeria pierwsza.
Sierpień 2017.
Dziesięć teatralnych grup z pięciu krajów, dwanaście przedstawień, trzy dni emocji w zakątku o niebanalnej urodzie, czyli z 35. Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Ulicznych w Jeleniej Górze galeria druga. Na zdjęciach: cztery akcenty polskie – Teatr Biuro Podróży, Teatr Falkoshow, Teatr Snów i Teatr A, jeden czeski – Theatre Kvelb Atelier, goście z Niemiec w dwóch odsłonach, czyli trupa Grotest Maru, Anglicy z rodzinnego Bash Street i trzy projekty włoskie – Associazione Eccentrici Dadaro, efektowni The Black Blues Brothers oraz niekwestionowany gwóźdź programu, czyli Ondadurto Teatro w porywającym, kapitalnie wymyślonym, obłędnie zagranym, dynamicznym, dopieszczonym po ostatni gest, ostatni dźwięk, ostatnią wiązkę światła przedstawieniu „Feliniana”, przepięknym hymnie ku czci jednego z najwybitniejszych mistrzów światowego kina.
Jelenie Góra, lipiec 2017.
Kiedy dwanaście miesięcy temu wracaliśmy do domu z Jeleniej Góry w głowach odtwarzając najlepsze momenty z dopiero co zakończonego Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Ulicznych, obiecaliśmy sobie, że w stolicy Karkonoszy, w poszukiwaniu podobnych emocji, zjawimy się ponownie za rok. Słowa dotrzymaliśmy, za co nas artyści oraz organizatorzy tegorocznej, jubileuszowej edycji pięknie i hojnie nagrodzili. O szczegółach 35. MFTU opowiemy może później, a póki co trochę na szybko wyselekcjonowanych zdjęć.
Jelenia Góra 2017.
Chociaż Słowację odwiedzaliśmy w ostatnich latach regularnie, jej wschodnie krańce wciąż pozostawały dla nas zupełnie nieznane. Uznaliśmy, że ten stan rzeczy dłużej trwać nie powinien. Na oswojenie Koszyc, drugiego co do wielkości i liczby mieszkańców miasta naszych południowych sąsiadów, wygospodarowaliśmy pełne trzy doby, a celem głównym stała się, rzecz jasna, starówka zaskakująca swoim rozmiarem i przepychem.
Zabytkowemu sercu miasta poświęciliśmy długie godziny, co nie znaczy, że na kierunki mniej oczywiste czasu zabrakło. Pośród sennych, koszyckich blokowisk znaleźliśmy między innymi kilka niebanalnych przykładów współczesnego street artu.
Słowacja, czerwiec 2017.
Oj, zestarzały się nasze stawy. Czas niestety intensywnie trawi nasze kolanowe chrząstki, nadgryza wiązadła. Zawsze chętnie wracamy w góry, ale nie da się nie zauważyć, że z każdym kolejnym wypadem coraz bardziej bolesne to przygody. Nawet jeśli mówimy o skromnej, dwudziestokilometrowej beskidzkiej pętelce. Będzie nam brakowało górskich pejzażów i tego cudnego odosobnienia, gdy kiedyś zdrowie ostatecznie odmówi posłuszeństwa. Póki co mocno ćwiczymy się w zagryzaniu zębów. Poniżej kilka pamiątek z ostatniego, dusznego, przesyconego słońcem spaceru głównym grzbietem Beskidu Śląskiego.
Lipiec 2017.
W słowackim Bardejowie podczas przedłużonego czerwcowego weekendu znaleźliśmy między innymi: przepiękny, zaskakująco obszerny, prostokątny rynek z niezwykle fotogenicznym ratuszem oraz strzegącym miasteczka piętnastowiecznym kościołem św. Idziego Biskupa, kamieniczki tak urocze, że byłyby niewątpliwą ozdobą każdego ośrodka na świecie, całą mnogość śladów historii, znakomicie zachowany system murów obronnych, uliczkę Johna Lennona, niebo przesycone niesamowicie czystym błękitem, gęste strumienie słońca i spokój, przecudny spokój.
Słowacja, czerwiec 2017.
Świeżusieńka galeria z zaskakująco sielskiego, cudnie pogodnego epizodu na Rzędkowickich Skałach. W rolach głównych: stęskniona wspinania Barbara, łapczywie spijające słoneczne światło wapienie i rozszalała jurajska zieleń. Na dalszym, nieuchwytnym dla oka planie Jakub dzierżący w dłoniach linę i aparat.
Rzędkowice, czerwiec 2017.
W Oświęcimiu z przeróżnych, zwykle dość prozaicznych powodów bywamy stosunkowo często. Niedawno, korzystając z wyjątkowo sprzyjającej aury, ruszyliśmy na dłuższy spacer w poszukiwaniu śladów street artu, który staje się w ostatnich latach jedną z wizytówek tego niewielkiego, ale rozpoznawalnego niemal na całym świecie, mocno doświadczonego przez dwudziestowieczne dzieje miasta.
Oświęcim 2017.
Once upon a time…
Znowu zebrało nam się na wspomnienia, a pamięć tym razem porwała nas do odległych czasów, gdy na jurajskich wapieniach zdobywaliśmy pierwsze wspinaczkowe szlify, pod czujnym, surowym, ale też autentycznie życzliwym okiem Jacka Czecha – człowieka, który w swojej bogatej instruktorskiej karierze wyszkolił i wytrenował całą rzeszę solidnych, a nieraz wybitnych wspinaczy, taterników, himalaistów. Niewiele w okresie naszego skałkowego kursu powstało zdjęć, jednak trzy rzędkowickie obrazki z mniej więcej tego czasu udało się odnaleźć. Prezentujemy je poniżej. Nie wiemy Jacku, czy nasz niezbyt donośny głos do Ciebie czasem dociera, ale jeśli tak, to ślemy serdeczności, uśmiechy oraz pozdrowienia. Siła i honor.

Ciekawość nas męczyła, więc sprawdziliśmy dokładnie – przez cztery doby, które poświęciliśmy niedawno lizbońskiej aglomeracji, na piechotę przemierzyliśmy ponad osiemdziesiąt pięć kilometrów! Tyle przynajmniej wskazała komórkowa aplikacja. Sporo, nawet jak dla nas, czyli bytów wyjątkowo chętnie poruszających się na własnych kończynach. Co więcej, jeśli dodalibyśmy do tego przejazdy środkami komunikacji miejskiej – tramwajami, autobusami, pociągami i metrem – pokonany dystans wyniósłby pewnie dwa razy więcej. Nieźle. Jak to możliwe? No cóż, mimo, że naszym krótkim portugalskim wypadem nie rządził żaden przesadnie napięty grafik, ani lista obowiązkowych do odhaczenia pozycji, były to dni bardzo obfite i intensywne. To zresztą dla nas norma, gdy celem czynimy poznanie jakiegoś nowego ośrodka. Doskonale wiemy, że odnajdywanie w labiryntach ludzkich osiedli swoich własnych miejsc i wyjątkowych zaułków wymaga trochę energii oraz poświęcenia. Zatem w Lizbonie budziliśmy się grzecznie skoro świt, cały dzień skrupulatnie badaliśmy miejską tkankę momentami tylko odpoczywając od nadmiaru południowego słońca w chłodnych muzealnych wnętrzach, pozwalaliśmy wygłodniałym receptorom bez umiaru chłonąć przestrzeń, próbowaliśmy, smakowaliśmy, a do naszego wygodnego apartamentu w sercu kolorowej Mourarii wracaliśmy dopiero późnym wieczorem albo nocą bardzo już ciemną. Snu zażywaliśmy tylko niezbędne dawki. Dzięki tym intensywnym zabiegom udało nam się portugalską stolicę odrobinę oswoić i poznać, chociaż nie ukrywamy, że czasu na co najmniej kilka planowanych projektów ostatecznie zabrakło. Trudno, zostawiamy je sobie na inną okazję. A póki co mówimy – żegnaj Lizbono, albo raczej – do zobaczenia. Bo to, że się jeszcze zobaczymy jest sprawą przesądzoną.
A poniżej, jako zakończenie wątku, ostatnia już lizbońska galeria.
Kwiecień 2017.


Nawet od najpiękniejszych miast trzeba czasem troszeczkę odpocząć. Na szczęście z centrum Lizbony na piaszczystą plażę nie jest wcale daleko. Wystarczy kilka chwil w wygodnym pociągu i docieramy do celu. Carcavelos – jedno z najpopularniejszych wśród lizbończyków kąpielisk. W lecie podobno pęka w szwach, ale w kwietniu bez problemu na brzegu znajdziemy dla siebie przestrzeń i spokój. Wiemy to z doświadczenia. W tym roku, mimo znakomitej pogody, długi i szeroki pas przyjemnego piasku prócz nas okupowała ledwie garstka osób: nieliczne rodziny wypasające swoje małe pociechy, trochę młodzieży, kilka niekryjących swych gorących uczuć par, no i zwarta grupa cierpliwie ćwiczących fach surferów.
Kwiecień 2017.
O tym, że w Lizbonie nietrudno natrafić na interesujące murale wiedzieliśmy jeszcze przed wyjazdem, ale absolutnie nie przypuszczaliśmy, że szeroko rozumiany street art aż do tego stopnia współtworzy krajobraz portugalskiej stolicy. Lizbona to w zasadzie jedna wielka galeria, w której obok ogromu amatorskich prób znajdziemy prawdziwe uliczne dzieła sztuki. Poniżej skromny, biorąc pod uwagę całkowitą ilość podobnych form, wybór przykładów, głownie z Alfamy, Mourarii, stacji Alcântara-Mar i kompleksu LX Factory.
Lizbona 2017.

Czerwone dachy, pastelowe fasady, ukryte w miejskim gąszczu zabytki i muzea, misterne azulejos, zraszające czoło stromizny, wszechobecny street art, rzeka Tag, ryby, prężące się w strumieniach ostrego światła brukowane chodniki, żółte tramwaje, windy, tuk-tuki, lizbończycy i turyści… czyli ze słonecznej portugalskiej stolicy galeria druga. Upojne spacery ulicami dzielnic: Alcantara, Alfama, Bairro Alto, Baixa, Belem, Chiado, Graca oraz naszej ulubionej, barwnej, cudnie multietnicznej Mourarii.
Lizbona 2017.
Staliśmy się ostatnimi laty wyjątkowo kochliwi, nieodporni na wdzięki krain i w zasadzie każdy wypad kończymy solidnie zakochani. Tym razem wcale nie przelotną miłość znaleźliśmy dość daleko, bo w najbardziej zachodnim zakątku kontynentalnej Europy. Z doświadczoną, niemłodą już, ale pięknie starzejącą się Lizboną spółkowaliśmy intensywnie przez cztery doby i wciąż z nadmiaru doznań nie potrafimy się otrząsnąć. Obiecujemy sobie, że nie był to epizod jednorazowy. Na początek w naszym albumie, zanim przeanalizujemy cały materiał dowodowy, dość ogólna galeria…
Portugalia, kwiecień 2017.