Tag Archives: krajobraz
Powrót na ośnieżone szlaki
Dawno nie byliśmy razem zimą w górach. Tak się niestety złożyło, że dwa ostatnie „białe sezony” w całości skradły nam problemy zdrowotne. I choć kontuzje ciągle nie pozwalają o sobie zapomnieć, a naszym kończynom daleko do optymalnej formy, postanawiamy zacisnąć zęby i uprzedzając Nowy Rok zakończyć tą zbyt długo trwającą już rozłąkę. Wybór dość spontanicznie pada na dobrze nam znaną Małą Fatrę. Bez zwłoki pakujemy graty i ruszamy. Na rozciągniętej między Wielkim Krywaniem a Wielkim Rozsutcem grani cieszymy się zimowym słońcem, intensywnie odczuwalnym mrozem, obficie ośnieżonymi szlakami, wspaniałymi panoramami, a przede wszystkim swoim towarzystwem. I takim oto sposobem pogodnie żegnamy mocno niesforny rok dwutysięczny szesnasty.
Słowacja 2016.
Capoliveri – wizytówka toskańskiej Elby
Wygrzewające się w ostrym śródziemnomorskim słońcu na zboczach Monte Calamita, od wieków wpatrujące się w morze, trochę senne i leniwe Capoliveri to chyba najbardziej toskańskie z elbańskich miasteczek. Wystarczy spojrzeć na położenie, zabudowę, architekturę oraz szeroko rozumianą atmosferę. Nic więc dziwnego, że poczuliśmy tam to samo co w Pizie, Pitigliano czy Sienie – od pierwszego wejrzenia szybko wzrastało w nas zauroczenie.
Włochy 2016.
Portoferraio – pastelowa stolica Elby
Krajobraz raczej typowy dla śródziemnomorskich osiedli: urokliwa marina, masywne mury obronne, tarasowo ułożona starówka, liczne, pnące się między zabytkowymi budynkami schody, trochę nadgryzione przez czas, pastelowe tynki, zielone okiennice, wszechobecne sznury z suszącym się praniem, urokliwe skwery i zaułki. Portoferraio – dwunastotysięczna stolica toskańskiej Elby. Kiedyś odstraszający najeźdźców port-forteca, dzisiaj barwne, żywe, niezwykle gościnne dla turystów miasto słońca i morza.
Włochy 2016.
Z wizytą w „Niebieskim Porcie”…
„Miasta, miasteczka, wioski”. Civita di Bagnoregio.
Co się wydarzyło na wyspie Pag
Troszkę na temat Pagu. Troszkę, bo chociaż na fali wakacyjnego zachwytu przez moment kiełkowała w nas myśl o zmajstrowaniu dla osób zainteresowanych tym kierunkiem swego rodzaju przewodnika, ostatecznie uznaliśmy, że wiadomości na temat najbardziej charakterystycznej z chorwackich wysp jest już w internecie dość. Moglibyśmy oczywiście powtórzyć za którąś z publikacji, że Pag ma taki a nie inny kształt, taką a nie inną długość i szerokość, że zamieszkują go określone gatunki zwierząt, określone gatunki ludzi, że są tam takie a nie inne atrakcje, że można się tam dostać w taki a nie inny sposób, itp., ale nie widzimy żadnego sensu w serwowaniu informacji przedrukowywanych już wielokrotnie. Zatem zdradzimy tylko, że: z ludzkich osiedli największe wrażenie zrobiło na nas miasteczko Pag – ciekawie skonstruowane, autorskie dzieło słynnego mistrza Giorgia da Sebenico, z całego bogactwa kamienisto-żwirowych kąpielisk najbardziej przypadły nam do gustu puściutkie w październiku plaże Trinćel, Ručica i Sveti Duh, lokalizacją idealną na nocleg okazała się położona na jednym z krańców tego niewielkiego świata wioska Metajna, a oddalona od niej o zaledwie dwadzieścia minut na nogach „księżycowa” zatoczka Beritnica to miejsce absolutnie wyjątkowe, niepodobne do niczego, co dotychczas napotkaliśmy na swojej drodze. Tak, Pag naprawdę mocno nas zauroczył. Zwłaszcza jego charakterystyczny, jakiś nieeuropejski wręcz klimat, który w równym stopniu tworzą: morze i skała, przestrzeń i światło, cisza, rześkie powietrze schładzane przez regularnie spływający z Welebitu wiatr oraz przyjemny, wszechobecny zapach szałwii, tymianku, rozmarynu, macierzanki i innych ziół wytrwale szukających dla siebie miejsca na rozległych, suchych, kamiennych polach pociętych systemem charakterystycznych murków. Oj, już nam do tego wszystkiego tęskno.
Chorwacja 2016.
Joga w Pareti
Spotykamy nieraz na swojej drodze miejsca niepozorne, nieśmiałe, introwertyczne, których prawdziwe walory dostrzec można tylko i wyłącznie w specyficznych warunkach albo dopiero wtedy, gdy się do nich podejdzie z odpowiednią cierpliwością, poświęci się im odpowiednią ilość czasu, odpowiednią ilość uwagi. Tegorocznym przykładem jest Pareti. Ulokowane na południowym brzegu toskańskiej Elby osiedle na pierwszy rzut oka nie ma się czym specjalnie pochwalić. Plaża nie jest tu tak biała jak choćby w Cavoli, piasek nie tak drobny jak w wielu innych miejscach na wyspie, woda jakby mniej lazurowa, ciemniejsza, bardziej mroczna, przyroda nie rzuca swoim rozmachem na kolana, mało oryginalna zabudowa zdaje się mieć lata swojej świetności dawno za sobą. Nic więc dziwnego, że kiedy zjawiliśmy się w Pareti pierwszy raz, a był to dzień, w którym dodatkowo nie dopisywały nam ani warunki meteorologiczne ani pogoda ducha, byliśmy wyraźnie rozczarowani. No ale pora była późna, o tanią bazę noclegową wcale w okolicy niełatwo, więc postanowiliśmy zostać na próbę. Potem było już tylko lepiej. Posezonowe Pareti okazało się cudnie cichą, spokojną i prawie bezludną oazą, z której mogliśmy bez trudu, w ciągu kilkunastu minut sięgnąć znacznie bardziej znanych elbańskich atrakcji, jak choćby Porto Azzurro, Capoliveri i Portoferraio. Czas w naszym domku na plaży płynął niespiesznie, wieczorami słońce zapraszało nas na kameralne spektakle, a każdego ranka brzegi zatoczki mieliśmy w całości tylko dla siebie. Naprawdę, trudno o lepszą scenerię do, przykładowo, autorefleksji, medytacji, spokojnej lektury, czy też… relaksującej duszę i ciało jogi.
Elba, Włochy 2016.
Pitigliano – miasto na skale
Leżące w granicach prowincji Grosseto, czterotysięczne Pitigliano stało się niedawno naszym domem na prawie cztery dni. Niewiele jest w Toskanii miejsc jednocześnie tak niezwykłych i tak konsekwentnie pomijanych przez większość opisujących włoskie atrakcje, dostępnych na polskim rynku przewodników. Przejrzeliśmy w sumie chyba dziesięć mniej lub bardziej obszernych publikacji i tylko jedna z nich wspomniała w ogóle o wyrastającym przeszło trzysta metrów ponad okolicę „mieście na wulkanicznym tufie”, czyli na pomarańczowawej, osadowej skale. Założone oczywiście przez Etrusków, rozbudowane przez Rzymian, a później bogate włoskie rody (m.in. Orsinich), od wieku piętnastego zasiedlone przez liczną społeczność żydowską, która przez następne stulecia harmonijnie współegzystowała tu z chrześcijanami, nadając miasteczku specyficzny klimat (stąd mówi się czasem o Pitigliano jako o „Małym Jeruzalem”). Oczywiście dzisiejszemu Pitigliano daleko do lat świetności i chwały, ale niezwykłego charakteru nie można mu absolutnie odmówić. No i na szczęście nikt jeszcze póki co nie zamienił go w pozbawione życia i prawdy muzeum, co niestety zdarza się nie tylko we Włoszech coraz częściej.
A jeśli już w „mieście na skale” zawitacie na dłużej, nie zapomnijcie:
- dokładnie przyjrzeć się starówce, odkryć jak cudnie zmieniają się jej tajemnicze zakamarki o różnych porach nocy i dnia;
- udać się na dłuższy spacer poza miasto, by przekonać się jak wygląda panorama Pitigliano w szerszej perspektywie;
- w nowej, osiedlowej części miasta odnaleźć niepozorny lokal „Nonsolopizza” (Via Brodolini 59), by za kilka euro zaznać prawdziwej, włoskiej pizzy w najwybitniejszym wydaniu;
- posmakować włoskich lodowych przysmaków na Via Roma – głównej arterii starego miasta;
- odwiedzić i oddać się kąpieli w oddalonych o zaledwie dwadzieścia kilometrów, naturalnych i, co dla Polaków wręcz szokujące, zupełnie bezpłatnych, gorących, siarkowych źródłach – Terme di Saturnia.
Włochy 2016.
Walking on the Moon
Niesieni spontanicznością spuszczoną z uwięzi, urlopową euforią, albo raczej jakąś kosmiczną siłą, wylądowaliśmy. Meldujemy: księżyc jest bliżej niż można by sądzić, są na nim ludzie, ale w ilościach śladowych, więc jeśli ktoś cierpi na samotność zdecydowanie powinien obrać inny kierunek, jest również woda, całkiem sporo wody, tyle że niezdatnej do picia, słonej, warto zatem zabrać ze sobą kilka pełnych manierek. A na poważnie – surowy krajobraz posezonowego Pagu był dla nas ogromnym zaskoczeniem. Morze, skała, przestrzeń. Prawie nic, czyli dokładnie tyle, ile było nam akurat potrzebne do szczęścia. Jak na poniższych zdjęciach, chociaż tam ważne miejsce w obsadzie znalazła dla siebie również modelka Barbara. Jakuba mało, bo tym razem głównie dzierżył w ręku aparat i prawie w całości wziął na siebie przyjemny ciężar archiwizowania :)
Wyspa Pag. Chorwacja 2016.
Jesienny wypad na południe, czyli z urlopu A.D. 2016 galeria pierwsza.
Długo czekaliśmy na ten wyjazd. O wiele za długo. Kilkanaście niepokojąco szarych miesięcy, jakie zdążyły upłynąć od naszej poprzedniej poważniejszej podróży wspominać będziemy jako dziwny, trochę męczący, pełen codziennego znoju okres, w którym naszą uwagę niebezpiecznie absorbowały rzeczy na swój sposób ważne, ale niestety wyraźnie przyziemne. Za dużo szpitali, rehabilitacji, zawodowych stresów i napięć, za mało głębokich oddechów, życia i pożywek dla ducha. Dopadł nas z tego wszystkiego nawet jakiś podróżniczy impas i do ostatniego dnia przed wyjazdem nie potrafiliśmy sprecyzować, czego naprawdę domagają się nasze ochoty i w którą w związku z tym stronę skierować powinniśmy maskę naszego samochodu. Ostatecznie wyszło dość spontanicznie. Podczas trzytygodniowej tułaczki na południe odwiedziliśmy pięć państw, w trzech z nich (Chorwacja, Słowenia, Włochy) zatrzymaliśmy się na co najmniej kilka dni, pokonaliśmy łącznie 4500 kilometrów samochodem i dodatkowo około 250 kilometrów piechotą, gościliśmy na dwóch wyspach (Pag i Elba), zwiedzaliśmy, chłonęliśmy, smakowaliśmy. Staraliśmy się znaleźć złoty środek między tak potrzebnym nam odpoczynkiem a tak oczywistą dla nas aktywnością. Było, jak zwykle, upojnie. Dużo dobrych, słonecznych chwil, do których pewnie będziemy wracać w przyszłości nie raz. Zanim jednak ostatecznie przebrniemy przez zasoby kart pamięci naszych aparatów, zanim wyselekcjonowane zdjęcia zaczną układać się w jakąś w miarę spójną, wartą opowiedzenia narrację, minąć musi trochę czasu. Chcąc tymczasem jeszcze przez moment w klimacie wakacji pozostać postanowiliśmy już teraz w naszym „albumie” opublikować pierwszy zestaw świeżo przywiezionych z południa obrazków.
Włochy, Słowenia, Chorwacja, wrzesień-październik 2016.
Trekkingowy Kyanjin Ri
Dziś mała rocznica. Właśnie się bowiem zorientowaliśmy, że dokładnie 5 lat temu, 12 października 2011 roku, razem z Dorotką i Witkiem – współtowarzyszami naszej drugiej nepalskiej przygody, mieliśmy przyjemność stać na wierzchołku Kyanjin Ri (4773 m n.p.m.) i w pełnym, himalajskim słońcu podziwiać naszpikowaną białymi ścianami panoramę rejonu Langtang. Ależ ten czas zleciał. A teraz znowu jesteśmy w drodze. Tylko odrobinę mniej odległej. Właśnie spłynęliśmy z nieskąpiącej nam ciepła wyspy Elby, by zapuścić się w nieznane nam dotąd zakątki południowej Toskanii. Dla wszystkich kompanów naszych dawnych wojaży ślemy pozdrowienia z miasta na skale – Pitigliano.
Lednice-Valtice – wizytówka Moraw
Mikulov after dark…
„Miasta, miasteczka, wioski”. Czeski Mikulov – miasto słońca i wina.
Czeska Toskania
Obrazki jak z Toskanii. Kręte drogi, pofałdowane dywany pól, wszechobecna winorośl, wapienne ostańce, bogactwo zabytków, a wszystko to skąpane w oceanach słońca. Rezerwat Pálava i okolice, czyli upalny początek naszego krótkiego wypadu na Morawy Południowe. Przedsmak przepięknego Mikulova.
Czerwiec 2016.
Bolesławieckie iluminacje…
24 godziny w Bolesławcu
W drogę można ruszyć z bardzo różnych powodów. W naszym przypadku chodzi czasem o coś tak prozaicznego jak zmęczenie krajobrazem. Nagła potrzeba zmiany otoczenia każe nam po prostu wyjść z domu, wsiąść do autobusu, pociągu, czy też samochodu i ruszyć gdzieś, gdzie nas dawno nie było, albo gdzie nie było nas jeszcze nigdy. Ktoś mógłby oczywiście zapytać, a cóż takiego ważnego i wyjątkowego tam jest? Odpowiedź jest prosta – coś innego. Inny widok z okna, inna przestrzeń, inna pogoda, inna architektura, inne bodźce i emocje, inni ludzie, inne z nimi, mniej lub bardziej głębokie relacje, inni my. I taka oto, podszyta głodem odmienności motywacja rzuciła nas niedawno do Bolesławca. W niezwykle estetyczne polskiej stolicy ceramiki spędziliśmy gęste od przyjemności 24 godziny.
Maj 2016.
Zabawy w „piachu”
Podczas naszego niedawnego, krótkiego pobytu na polsko-niemieckim pograniczu postanowiliśmy wygospodarować kilka godzin, by poznać, trochę pomacać i obfotografować zupełnie nam dotąd nieznane okoliczne skały. Czasu było zdecydowanie za mało, a pierwszym krokom na jakże specyficznych, piaskowcowych formacjach towarzyszyło zdecydowanie zbyt wiele stresu i obaw, ale za to pogoda oraz humor dopisały, więc chrzest w podsudeckich „piachach” zapamiętamy jako zdecydowanie udany :)
Maj 2016.
„Miasta, miasteczka, wioski”. Ze Zgorzelca do Görlitz.
Nie zamieszkują nas najmniejsze nawet uprzedzenia ani jakiekolwiek niechęci do naszych zachodnich sąsiadów, a mimo to, z jakiegoś bliżej nieznanego powodu rzadko przekraczamy polsko-niemiecką granicę. Tym bardziej warto więc odnotować nasz ostatni, króciutki pobyt na ziemiach RFN. Skromna galeria zdjęć z majowego spaceru zarówno prawym, jak i lewym brzegiem Nysy Łużyckiej: zaskakująco ciekawe Görlitz i również warty odwiedzenia, choć niestety wyraźnie bardziej „polski” (przeczuleni na punkcie swojej narodowej dumy mogą sobie oczywiście ten przymiotnik zrozumieć po swojemu, my akurat w tym miejscu nic specjalnie pozytywnego nie mamy na myśli) Zgorzelec.
Maj 2016.
Góra Zamkowa
Góra Zamkowa (Wzgórze Zamkowe) ma dla cieszynian znaczenie szczególne. To w końcu nie tylko popularna turystyczna atrakcja, dogodny widokowy „taras”, czy też ulubione przez wielu miejsce spotkań i romantycznych schadzek, lecz przede wszystkim dla całej okolicy symboliczny punkt centralny, któremu swój początek zawdzięcza współczesny Cieszyn. Z dawnych czasów w różnej kondycji do dziś na wzgórzu zachowały się: XI-wieczna romańska Rotunda św. Mikołaja, fragmenty murów piastowskiego zamku, gotycka Wieża Piastowska z XIV wieku i znacznie młodszy Pałac Myśliwski Habsburgów.
Cieszyn 2016.
Luty na Klemensowej Górce
Klimont, albo jak kto woli Klemensowa Górka, wraz z ulokowanym na jego wierzchołku barokowym Kościołem Św. Klemensa, to bezsprzecznie najbardziej rozpoznawalny symbol śląskich Lędzin. Sięgające około 300 m n.p.m. i wyrastające 50 metrów ponad okolicę wzgórze znamy doskonale. W sezonie letnim jest chyba naszym ulubionym w pobliżu Tychów celem rowerowych przejażdżek. A ostatnio, w niełatwym dla męskiej połówki naszego tandemu okresie rehabilitacji po kolejnym zabiegu kolana, stało się dodatkowo areną dla nieforsownych, rekreacyjnych spacerów – przyjemnych, chociaż trochę kulawych :) Naprawdę miło było doświadczyć, jak przystojne i jak różnorodne przyodziewa Klimont w lutym twarze.
Luty 2016.
Razem
Osobno czy razem? – dla podróżujących przez życie odwieczne pytanie. A odpowiedź wcale nie oczywista. Wszakże nawet najbardziej nieskalana toksycznością bliskość bywa czasem przeszkodą, która jest w stanie niebezpiecznie przesłonić horyzont. Z drugiej jednak strony, autentyczna obecność innej osoby, wzajemne z nią dzielenie drogi okazuje się nieraz wartością samą w sobie. Nieocenionym darem od losu. Kto choć raz w swojej tułaczce poczuł smak tej cudnej symbiozy ten wie, że nie sposób pewnych spraw doświadczyć, kiedy się z bratnią duszyczką nie splata dłoni, nie sposób pewnych detali dostrzec, kiedy się na świat nie patrzy przez pryzmat czyichś oczu. Jest taki szczególny rodzaj piękna, który rodzi się wyłącznie na styku dwóch odmiennych rzeczywistości. W tym sensie współegzystowanie, współpodróżowanie bliskie jest twórczości.
Na beskidzkich szlakach, listopad 2015.
Zimowe wspominki
Scenariusz niestety się powtarza. Początek roku i znowu zabieg sfatygowanego życiem kolana nie pozwala nam wspólnie cieszyć się zimą. Chociaż prawdę mówiąc aktualną aurę za autentyczną zimę trudno w ogóle uznać. Z egoistycznego punktu widzenia może to i dobrze – mniej żal, że nas coś omija, z drugiej strony jednak intensywnie pnące się za oknem, zniechęcające do jakiegokolwiek wysiłku, szare „nie wiadomo co” wcale powszedniego znoju nie umila. Zamknięci w naszym, przerobionym tymczasowo na leczniczo-rehabilitacyjny zakład gniazdku cieszymy się bliskością, nadrabiamy kinematograficzne zaległości oraz wspominamy czasy, kiedy zimowe spacery i wspinaczki były codziennością.
Tatry 2009-2013.
Ostatnie blaski jesieni
„Miasta, miasteczka, wioski”. Katowicki Nikiszowiec.
Orawskie impresje
Znajomym szlakiem: Babia Góra w wydaniu jesiennym
Pieniny 2015…
Jesienny spacer na Trzy Korony
W Pieninach bywaliśmy w przeszłości wielokrotnie, ale obrazki ze szlaków penetrujących zbocza tych urodziwych, kameralnych gór publikujemy po raz pierwszy. Późny październik, przyjemnie głaszczące policzki słońce, na termometrze kilkanaście stopni. Nieśpieszny spacer na skalisty wierzchołek Trzech Koron i krótki odpoczynek w Sromowcach. Złota polska jesień w całej okazałości.
Pieniny 2015.