Walking on the Moon

Niesieni spontanicznością spuszczoną z uwięzi, urlopową euforią, albo raczej jakąś kosmiczną siłą, wylądowaliśmy. Meldujemy: księżyc jest bliżej niż można by sądzić, są na nim ludzie, ale w ilościach śladowych, więc jeśli ktoś cierpi na samotność zdecydowanie powinien obrać inny kierunek, jest również woda, całkiem sporo wody, tyle że niezdatnej do picia, słonej, warto zatem zabrać ze sobą kilka pełnych manierek. A na poważnie – surowy krajobraz posezonowego Pagu był dla nas ogromnym zaskoczeniem. Morze, skała, przestrzeń. Prawie nic, czyli dokładnie tyle, ile było nam akurat potrzebne do szczęścia. Jak na poniższych zdjęciach, chociaż tam ważne miejsce w obsadzie znalazła dla siebie również modelka Barbara. Jakuba mało, bo tym razem głównie dzierżył w ręku aparat i prawie w całości wziął na siebie przyjemny ciężar archiwizowania :)

Wyspa Pag. Chorwacja 2016.

Jesienny wypad na południe, czyli z urlopu A.D. 2016 galeria pierwsza.

Długo czekaliśmy na ten wyjazd. O wiele za długo. Kilkanaście niepokojąco szarych miesięcy, jakie zdążyły upłynąć od naszej poprzedniej poważniejszej podróży wspominać będziemy jako dziwny, trochę męczący, pełen codziennego znoju okres, w którym naszą uwagę niebezpiecznie absorbowały rzeczy na swój sposób ważne, ale niestety wyraźnie przyziemne. Za dużo szpitali, rehabilitacji, zawodowych stresów i napięć, za mało głębokich oddechów, życia i pożywek dla ducha. Dopadł nas z tego wszystkiego nawet jakiś podróżniczy impas i do ostatniego dnia przed wyjazdem nie potrafiliśmy sprecyzować, czego naprawdę domagają się nasze ochoty i w którą w związku z tym stronę skierować powinniśmy maskę naszego samochodu. Ostatecznie wyszło dość spontanicznie. Podczas trzytygodniowej tułaczki na południe odwiedziliśmy pięć państw, w trzech z nich (Chorwacja, Słowenia, Włochy) zatrzymaliśmy się na co najmniej kilka dni, pokonaliśmy łącznie 4500 kilometrów samochodem i dodatkowo około 250 kilometrów piechotą, gościliśmy na dwóch wyspach (Pag i Elba), zwiedzaliśmy, chłonęliśmy, smakowaliśmy. Staraliśmy się znaleźć złoty środek między tak potrzebnym nam odpoczynkiem a tak oczywistą dla nas aktywnością. Było, jak zwykle, upojnie. Dużo dobrych, słonecznych chwil, do których pewnie będziemy wracać w przyszłości nie raz. Zanim jednak ostatecznie przebrniemy przez zasoby kart pamięci naszych aparatów, zanim wyselekcjonowane zdjęcia zaczną układać się w jakąś w miarę spójną, wartą opowiedzenia narrację, minąć musi trochę czasu. Chcąc tymczasem jeszcze przez moment w klimacie wakacji pozostać postanowiliśmy już teraz w naszym „albumie” opublikować pierwszy zestaw świeżo przywiezionych z południa obrazków.

Włochy, Słowenia, Chorwacja, wrzesień-październik 2016.

Trekkingowy Kyanjin Ri

Dziś mała rocznica. Właśnie się bowiem zorientowaliśmy, że dokładnie 5 lat temu, 12 października 2011 roku, razem z Dorotką i Witkiem – współtowarzyszami naszej drugiej nepalskiej przygody, mieliśmy przyjemność stać na wierzchołku Kyanjin Ri (4773 m n.p.m.) i w pełnym, himalajskim słońcu podziwiać naszpikowaną białymi ścianami panoramę rejonu Langtang. Ależ ten czas zleciał. A teraz znowu jesteśmy w drodze. Tylko odrobinę mniej odległej. Właśnie spłynęliśmy z nieskąpiącej nam ciepła wyspy Elby, by zapuścić się w nieznane nam dotąd zakątki południowej Toskanii. Dla wszystkich kompanów naszych dawnych wojaży ślemy pozdrowienia z miasta na skale – Pitigliano.

„Miasta, miasteczka, wioski”. Czeski Mikulov – miasto słońca i wina.

Położony między Brnem a Wiedniem, słynący z tradycji winiarskich Mikulov – kameralne miasteczko pełne rzadko spotykanego uroku, przepięknie wkomponowane w obficie karmiony słońcem krajobraz Moraw Południowych. Zdaniem wielu najbardziej śródziemnomorski skrawek Republiki Czeskiej.

Czerwiec 2016.

24 godziny w Bolesławcu

W drogę można ruszyć z bardzo różnych powodów. W naszym przypadku chodzi czasem o coś tak prozaicznego jak zmęczenie krajobrazem. Nagła potrzeba zmiany otoczenia każe nam po prostu wyjść z domu, wsiąść do autobusu, pociągu, czy też samochodu i ruszyć gdzieś, gdzie nas dawno nie było, albo gdzie nie było nas jeszcze nigdy. Ktoś mógłby oczywiście zapytać, a cóż takiego ważnego i wyjątkowego tam jest? Odpowiedź jest prosta – coś innego. Inny widok z okna, inna przestrzeń, inna pogoda, inna architektura, inne bodźce i emocje, inni ludzie, inne z nimi, mniej lub bardziej głębokie relacje, inni my. I taka oto, podszyta głodem odmienności motywacja rzuciła nas niedawno do Bolesławca. W niezwykle estetyczne polskiej stolicy ceramiki spędziliśmy gęste od przyjemności 24 godziny.

Maj 2016.

Zabawy w „piachu”

Podczas naszego niedawnego, krótkiego pobytu na polsko-niemieckim pograniczu postanowiliśmy wygospodarować kilka godzin, by poznać, trochę pomacać i obfotografować zupełnie nam dotąd nieznane okoliczne skały. Czasu było zdecydowanie za mało, a pierwszym krokom na jakże specyficznych, piaskowcowych formacjach towarzyszyło zdecydowanie zbyt wiele stresu i obaw, ale za to pogoda oraz humor dopisały, więc chrzest w podsudeckich „piachach” zapamiętamy jako zdecydowanie udany :)

Maj 2016.

„Miasta, miasteczka, wioski”. Ze Zgorzelca do Görlitz.

Nie zamieszkują nas najmniejsze nawet uprzedzenia ani jakiekolwiek niechęci do naszych zachodnich sąsiadów, a mimo to, z jakiegoś bliżej nieznanego powodu rzadko przekraczamy polsko-niemiecką granicę. Tym bardziej warto więc odnotować nasz ostatni, króciutki pobyt na ziemiach RFN. Skromna galeria zdjęć z majowego spaceru zarówno prawym, jak i lewym brzegiem Nysy Łużyckiej: zaskakująco ciekawe Görlitz i również warty odwiedzenia, choć niestety wyraźnie bardziej „polski” (przeczuleni na punkcie swojej narodowej dumy mogą sobie oczywiście ten przymiotnik zrozumieć po swojemu, my akurat w tym miejscu nic specjalnie pozytywnego nie mamy na myśli) Zgorzelec.

Maj 2016.

Góra Zamkowa

Góra Zamkowa (Wzgórze Zamkowe) ma dla cieszynian znaczenie szczególne. To w końcu nie tylko popularna turystyczna atrakcja, dogodny widokowy „taras”, czy też ulubione przez wielu miejsce spotkań i romantycznych schadzek, lecz przede wszystkim dla całej okolicy symboliczny punkt centralny, któremu swój początek zawdzięcza współczesny Cieszyn. Z dawnych czasów w różnej kondycji do dziś na wzgórzu zachowały się: XI-wieczna romańska Rotunda św. Mikołaja, fragmenty murów piastowskiego zamku, gotycka Wieża Piastowska z XIV wieku i znacznie młodszy Pałac Myśliwski Habsburgów.

Cieszyn 2016.

Luty na Klemensowej Górce

Klimont, albo jak kto woli Klemensowa Górka, wraz z ulokowanym na jego wierzchołku barokowym Kościołem Św. Klemensa, to bezsprzecznie najbardziej rozpoznawalny symbol śląskich Lędzin. Sięgające około 300 m n.p.m. i wyrastające 50 metrów ponad okolicę wzgórze znamy doskonale. W sezonie letnim jest chyba naszym ulubionym w pobliżu Tychów celem rowerowych przejażdżek. A ostatnio, w niełatwym dla męskiej połówki naszego tandemu okresie rehabilitacji po kolejnym zabiegu kolana, stało się dodatkowo areną dla nieforsownych, rekreacyjnych spacerów – przyjemnych, chociaż trochę kulawych :) Naprawdę miło było doświadczyć, jak przystojne i jak różnorodne przyodziewa Klimont w lutym twarze.

Luty 2016.

Razem

Osobno czy razem? – dla podróżujących przez życie odwieczne pytanie. A odpowiedź wcale nie oczywista. Wszakże nawet najbardziej nieskalana toksycznością bliskość bywa czasem przeszkodą, która jest w stanie niebezpiecznie przesłonić horyzont. Z drugiej jednak strony, autentyczna obecność innej osoby, wzajemne z nią dzielenie drogi okazuje się nieraz wartością samą w sobie. Nieocenionym darem od losu. Kto choć raz w swojej tułaczce poczuł smak tej cudnej symbiozy ten wie, że nie sposób pewnych spraw doświadczyć, kiedy się z bratnią duszyczką nie splata dłoni, nie sposób pewnych detali dostrzec, kiedy się na świat nie patrzy przez pryzmat czyichś oczu. Jest taki szczególny rodzaj piękna, który rodzi się wyłącznie na styku dwóch odmiennych rzeczywistości. W tym sensie współegzystowanie, współpodróżowanie bliskie jest twórczości.

Na beskidzkich szlakach, listopad 2015.

 

Zimowe wspominki

Scenariusz niestety się powtarza. Początek roku i znowu zabieg sfatygowanego życiem kolana nie pozwala nam wspólnie cieszyć się zimą. Chociaż prawdę mówiąc aktualną aurę za autentyczną zimę trudno w ogóle uznać. Z egoistycznego punktu widzenia może to i dobrze – mniej żal, że nas coś omija, z drugiej strony jednak intensywnie pnące się za oknem, zniechęcające do jakiegokolwiek wysiłku, szare „nie wiadomo co” wcale powszedniego znoju nie umila. Zamknięci w naszym, przerobionym tymczasowo na leczniczo-rehabilitacyjny zakład gniazdku cieszymy się bliskością, nadrabiamy kinematograficzne zaległości oraz wspominamy czasy, kiedy zimowe spacery i wspinaczki były codziennością.

Tatry 2009-2013.

Jesienny spacer na Trzy Korony

W Pieninach bywaliśmy w przeszłości wielokrotnie, ale obrazki ze szlaków penetrujących zbocza tych urodziwych, kameralnych gór publikujemy po raz pierwszy. Późny październik, przyjemnie głaszczące policzki słońce, na termometrze kilkanaście stopni. Nieśpieszny spacer na skalisty wierzchołek Trzech Koron i krótki odpoczynek w Sromowcach. Złota polska jesień w całej okazałości.

Pieniny 2015.

Babiogórskie portrety

Wzięło nas na wspominki. Pokaźna porcja „archiwalnych” fotografii z naszych potyczek z humorzastą Królową Beskidów. Tym razem jednak masyw Babiej Góry nie wystąpi w roli głównej, lecz będzie tłem dla postaci ludzkiej. W sumie ponad dwadzieścia niepublikowanych jeszcze w naszym internetowym albumie, portretowych ujęć.

Masyw Babiej Góry 2010-2014.

Rów Górnej Nysy

Ciągnący się między Górami Bystrzyckimi a Masywem Śnieżnika, szeroki na kilka kilometrów Rów Górnej Nysy stanowi naturalną granicę oddzielającą Sudety Wschodnie od Środkowych. Specyficzna to kraina. Z punktu widzenia turysty czy podróżnika jej najmocniejszą stroną jest chyba, paradoksalnie, bardzo skromne zagospodarowanie turystyczne. Gdzie tylko spojrzeć spokojny, sielski, miejscami bardzo urokliwy krajobraz, na szczęście niezdeformowany jeszcze przesadnie przez człowieka. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten podejrzany, stale wiszący w powietrzu zapach ubóstwa (przynajmniej tak go zinterpretowały nasze receptory). Podupadające miasteczka i wioski, o których uroku świat dawno zapomniał, rozpadające się domy, wszechobecne sklepy z tanią odzieżą, mieszkańcy włóczący się po ulicach jakby bez energii i pomysłu… to tutaj niestety norma. Co nie znaczy jednak wcale, że z opisywanymi stronami nie warto się zapoznać. My poświęciliśmy na ich zwiedzanie cztery dni, a kapitalną bazę noclegową znaleźliśmy na stokach Śnieżnika, w przeuroczym Międzygórzu. Był to czas błogi i, poza momentami w których eksplorowaliśmy pobliskie skały (Trzy Kopki, Pasterskie Skały), wyjątkowo leniwy. Nawet po aparaty sięgaliśmy rzadziej niż zwykle. Wyjątkiem była tylko wycieczka do Bystrzycy Kłodzkiej, której portretowanie zajęło nam kilka godzin. A skoro już o stolicy rejonu mowa – mamy w stosunku do niej mieszane uczucia. Nigdy chyba wcześniej nie spotkaliśmy na swojej drodze ludzkiego osiedla, które tak przystojnie prezentowałoby się z daleka i jednocześnie tak dużo traciło przy spojrzeniu z bliska. Z jednej strony piękne położenie, pamiętające Wieki Średnie zabytki, przyjemny ryneczek, czy unikalna w skali Polski tarasowa zabudowa, z drugiej jednak jakiś niemiły dla oka bałagan, zmęczone mury, kiczowate szyldy i reklamy, dziesiątki pordzewiałych anten satelitarnych oraz wyjątkowo senny, martwy, jakby odrobinę PRL-owski klimat. Miasto z ogromnym potencjałem, niestety póki co niezaktualizowanym.

Sierpień 2015.

Bonifacio vol. 1. Miasto na klifie.

To było prawdziwe zauroczenie od pierwszego wejrzenia. A potem kilkudniowy, płomienny romans. Niewiele spotkaliśmy na swojej drodze miejsc, którym tak chętnie i bezkrytycznie rzuciliśmy się w ramiona. Bonifacio – zawieszone na białym, wapiennym klifie miasto słońca i morza, piękne, promienne, żywe. Dla odwiedzających Korsykę pozycja obowiązkowa. By w pełni poczuć atmosferę tego magicznego zakątka trzeba zatrzymać się tu na dłuższą chwilę i poznać pełne spektrum atrakcji: zwiedzić urokliwą okolicę, pokonać 187 stromych stopni Escalier du Roi d’Aragon (Schody Króla Aragonii), zagubić się w gąszczu zabytkowych uliczek, znaleźć swoje ulubione miejsca między ekskluzywną, turystyczną mariną a żyjącym własnym życiem, pełnym południowej energii Górnym Miastem (Ville Haute), oddać się zadumie na przepięknie położonym cmentarzu (Cimetière Marin), przyjrzeć się rytuałom mieszkańców, spróbować śródziemnomorskich specjałów oraz dać się „ubujać” morskim falom (kameralne plaże ukryte w zatoczkach) i lokalnym winom, różowym jak korsykańskie niebo o zachodzie słońca.

Korsyka 2015.

Zachodnia Korsyka. Golfe de Porto.

Wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO urokliwa zatoka Golfe de Porto – miejsce, w którym lazurowe morze spotyka się z przepięknie urzeźbioną, pomarańczową skałą. Chyba najpopularniejszy zakątek na zachodnim wybrzeżu Korsyki, co roku odwiedzany przez tłumy turystów pragnących z bliska zobaczyć występujące tu gęsto atrakcje: niebywały rezerwat morski Scandola, słynne granitowe tafoni w Les Calanches, czy kameralne miasteczka o niebanalnej urodzie, jak choćby Porto i Piana.

Korsyka 2015.

Pustynia Agriates i Saint-Florent

Ma Korsyka swoje piaszczyste plaże, lazurowe wybrzeża, ma swoje monumentalne góry, skały, krystalicznie czyste rzeki i malownicze jeziora, ma też swoją pustynię. Les Agriates to porośnięta makią, pozbawiona jakichkolwiek śladów cywilizacji, sucha jak pieprz kraina idealnie nadająca się na dwudniową, trekkingową ucieczkę od ludzi, konną przygodę albo mniej forsowną, pieszo-samochodową wycieczkę. Polecamy. A po pustynnych trudach warto odpocząć w nadmorskim Saint-Florent. Ta do niedawna skromna, rybacka wioska przeżywa aktualnie swój renesans stając się na turystycznej mapie coraz bardziej wyraźnym punktem, porównywanym często do kontynentalnego Saint-Tropez.

Korsyka 2015.

Kurs Cap Corse

Skromna galeria z półwyspu Cap Corse (Capicorsu) – najbardziej na północ wysuniętej części Korsyki, jakże odmiennej od reszty wyspy. Zanurzone w codzienności rybackie wioski, domy niemal wyrastające z morza, genueńskie wieże, strome wybrzeża, kamienne plaże, zielone wzgórza, przestrzeń. Turystów jak na lekarstwo – przynajmniej przed sezonem. Z jednodniowej, trochę pospiesznej, samochodowej wycieczki najgłębszy ślad w pamięci wyryła Erbalunga – niegdysiejsza ziemia obiecana artystów, i Nonza, której w niedalekiej przyszłości na pewno poświęcimy jeszcze kilka dodatkowych słów.

Korsyka 2015.