Tag Archives: góry
Powrót na ośnieżone szlaki
Dawno nie byliśmy razem zimą w górach. Tak się niestety złożyło, że dwa ostatnie „białe sezony” w całości skradły nam problemy zdrowotne. I choć kontuzje ciągle nie pozwalają o sobie zapomnieć, a naszym kończynom daleko do optymalnej formy, postanawiamy zacisnąć zęby i uprzedzając Nowy Rok zakończyć tą zbyt długo trwającą już rozłąkę. Wybór dość spontanicznie pada na dobrze nam znaną Małą Fatrę. Bez zwłoki pakujemy graty i ruszamy. Na rozciągniętej między Wielkim Krywaniem a Wielkim Rozsutcem grani cieszymy się zimowym słońcem, intensywnie odczuwalnym mrozem, obficie ośnieżonymi szlakami, wspaniałymi panoramami, a przede wszystkim swoim towarzystwem. I takim oto sposobem pogodnie żegnamy mocno niesforny rok dwutysięczny szesnasty.
Słowacja 2016.
Trekkingowy Kyanjin Ri
Dziś mała rocznica. Właśnie się bowiem zorientowaliśmy, że dokładnie 5 lat temu, 12 października 2011 roku, razem z Dorotką i Witkiem – współtowarzyszami naszej drugiej nepalskiej przygody, mieliśmy przyjemność stać na wierzchołku Kyanjin Ri (4773 m n.p.m.) i w pełnym, himalajskim słońcu podziwiać naszpikowaną białymi ścianami panoramę rejonu Langtang. Ależ ten czas zleciał. A teraz znowu jesteśmy w drodze. Tylko odrobinę mniej odległej. Właśnie spłynęliśmy z nieskąpiącej nam ciepła wyspy Elby, by zapuścić się w nieznane nam dotąd zakątki południowej Toskanii. Dla wszystkich kompanów naszych dawnych wojaży ślemy pozdrowienia z miasta na skale – Pitigliano.
Razem
Osobno czy razem? – dla podróżujących przez życie odwieczne pytanie. A odpowiedź wcale nie oczywista. Wszakże nawet najbardziej nieskalana toksycznością bliskość bywa czasem przeszkodą, która jest w stanie niebezpiecznie przesłonić horyzont. Z drugiej jednak strony, autentyczna obecność innej osoby, wzajemne z nią dzielenie drogi okazuje się nieraz wartością samą w sobie. Nieocenionym darem od losu. Kto choć raz w swojej tułaczce poczuł smak tej cudnej symbiozy ten wie, że nie sposób pewnych spraw doświadczyć, kiedy się z bratnią duszyczką nie splata dłoni, nie sposób pewnych detali dostrzec, kiedy się na świat nie patrzy przez pryzmat czyichś oczu. Jest taki szczególny rodzaj piękna, który rodzi się wyłącznie na styku dwóch odmiennych rzeczywistości. W tym sensie współegzystowanie, współpodróżowanie bliskie jest twórczości.
Na beskidzkich szlakach, listopad 2015.
Zimowe wspominki
Scenariusz niestety się powtarza. Początek roku i znowu zabieg sfatygowanego życiem kolana nie pozwala nam wspólnie cieszyć się zimą. Chociaż prawdę mówiąc aktualną aurę za autentyczną zimę trudno w ogóle uznać. Z egoistycznego punktu widzenia może to i dobrze – mniej żal, że nas coś omija, z drugiej strony jednak intensywnie pnące się za oknem, zniechęcające do jakiegokolwiek wysiłku, szare „nie wiadomo co” wcale powszedniego znoju nie umila. Zamknięci w naszym, przerobionym tymczasowo na leczniczo-rehabilitacyjny zakład gniazdku cieszymy się bliskością, nadrabiamy kinematograficzne zaległości oraz wspominamy czasy, kiedy zimowe spacery i wspinaczki były codziennością.
Tatry 2009-2013.
Orawskie impresje
Znajomym szlakiem: Babia Góra w wydaniu jesiennym
Pieniny 2015…
Jesienny spacer na Trzy Korony
W Pieninach bywaliśmy w przeszłości wielokrotnie, ale obrazki ze szlaków penetrujących zbocza tych urodziwych, kameralnych gór publikujemy po raz pierwszy. Późny październik, przyjemnie głaszczące policzki słońce, na termometrze kilkanaście stopni. Nieśpieszny spacer na skalisty wierzchołek Trzech Koron i krótki odpoczynek w Sromowcach. Złota polska jesień w całej okazałości.
Pieniny 2015.
Babiogórskie portrety
Wzięło nas na wspominki. Pokaźna porcja „archiwalnych” fotografii z naszych potyczek z humorzastą Królową Beskidów. Tym razem jednak masyw Babiej Góry nie wystąpi w roli głównej, lecz będzie tłem dla postaci ludzkiej. W sumie ponad dwadzieścia niepublikowanych jeszcze w naszym internetowym albumie, portretowych ujęć.
Masyw Babiej Góry 2010-2014.
Letni spacer grzbietem Fatry
Na alpejskich szlakach vol. 2
Na alpejskich szlakach
Wizyta w Karawankach
Karawanki to jedno z trzech największych pasm górskich Słowenii. W odróżnieniu od Alp Julijskich i Alp Kamnicko-Sawińskich ma odrobinę mniej wysokogórski charakter, ale i tak z eksplorujących go tras nawet mało wrażliwi na piękno natury turyści wracają poruszeni. Główny grzbiet Karawanek ma długość aż 120 kilometrów i w wielu miejscach wyraźnie przekracza granicę 2000 metrów (najwyższy szczyt – Stol – liczy sobie 2236 m n.p.m.), zatem pomysłów na jednodniowe wycieczki na pewno nikomu tu nie zabraknie. Bazy noclegowej najlepiej szukać w okolicach Dovje i Jesenice, gdzie swój początek mają najbardziej atrakcyjne szlaki. Polecamy zwłaszcza niezbyt wymagającą, choć w górnych partiach miejscami eksponowaną i, zwłaszcza przy złej pogodzie, dość niebezpieczną, wspinaczkę na Kepę (2143 m n.p.m.), ze szczytu której można podziwiać niesamowitą panoramę okolic Triglava, a przy odrobinie szczęścia dojrzeć nawet Wysokie Taury.
Słowenia 2012.
Babia Góra. Zima 2015.
Zimowe spacery granią Babiej Góry to nasza niepisana coroczna tradycja. Niestety w tym sezonie męską część naszego zespołu niewątpliwej przyjemności obcowania z otuloną śniegiem Królową Beskidów pozbawiła operacja kolana. Na szczęście znalazło się zastępstwo. Jego ciężar wzięła na swoje barki stęskniona górskich wrażeń koleżanka Dorotka. I tak oto pewnego pogodnego, chociaż bardzo mroźnego poranka na wierzchołek Diablaka ruszyła „babska ekspedycja”. :)
Luty 2015.
Nepal 2009. Zapiski.
Poniższą, bardzo wiekową już relację umieszczamy nie dlatego, że posiada jakąkolwiek wartość literacką, lecz z czystego sentymentu. To był w końcu nasz długo wyczekiwany debiut w Nepalu, a zarazem pierwsza pozaeuropejska podróż. Chyba żadnego innego wyjazdu nie opisaliśmy z porównywalną dokładnością. Dużo, dużo czytania :)
Nepal 2009 – zapiski z podróży
30.09.2009 – „Namaste Katmandu”
Wschodzi słońce, kiedy nasz lot z Katowic do Katmandu via Monachium via Doha nareszcie dobiega końca. Jesteśmy wycieńczeni. Nic dziwnego – dwie przesiadki, trudna do zliczenia liczba kontroli i odpraw, niedobór spokojnego snu. Każda trwająca niemal dobę podróż musi dać się człowiekowi we znaki, nawet jeśli przebiega pod opieką tak przyjaznych i komfortowych w swoim standardzie linii jak Qatar Airways.
Lekko zamroczeni przemierzamy kolejne korytarze ramię w ramię z całymi zastępami przybyszów. Są Anglicy, Czesi, Francuzi, Niemcy, Hindusi, Amerykanie, ale olbrzymia większość to, jak się nam przynajmniej wydaje, rodowici mieszkańcy Nepalu. Ten gigantyczny tłum jest dla nas sporym zaskoczeniem. Spodziewaliśmy się co prawda, że trwające właśnie Dasain – wielkie święto, podczas którego Nepalczycy wędrują do miejsc swoich urodzin i odwiedzają bliskich – mocno odbija się na komunikacji wewnętrznej, nie sądziliśmy jednak, że jest również tak dużym wyzwaniem dla transportu międzynarodowego. Nie robimy jednak z tego większego problemu i próbujemy w tej sytuacji szybko się odnaleźć.
Mokre dni w Pirenejach
Pięć lat temu zapragnęliśmy poznać Pireneje. No i niedługo później poznaliśmy. Niestety, głównie ich bardzo kapryśną pogodowo, czerwcową naturę. Spędziliśmy kilka nocy pod namiotem w przeuroczej wiosce Torla i trzy doby w wygodnym, zupełnie pustym o tej porze roku schronisku w Bujaruelo. Los jednak sprawił, że przez większość pobytu zmagaliśmy się nie z przepięknymi górskimi ścianami, lecz ze ścianami deszczu. Lało okrutnie. Zabezpieczone przed wilgocią aparaty rzadko opuszczały plecaki, a co za tym idzie, zdjęć powstało jak na lekarstwo. Kilka skromnych obrazków, dokumentujących nieliczne momenty przejaśnień, można obejrzeć poniżej.
Hiszpania 2010.
Z Aten nad Morze Czarne
Historia z cyklu „Dawno, dawno temu…” – nasza druga po irlandzkiej odysei, wspólna zagraniczna przygoda. Byliśmy jeszcze piękni i młodzi, serca mieliśmy wyjątkowo chłonne, receptory otwarte na oścież, a umysły mięsiste. Dopiero uczyliśmy się sztuki podróżowania. Z kilkoma z trudem zdobytymi groszami w kieszeni ruszyliśmy na południe. Z Katowic samolotem do Aten, a potem nieśpiesznie w stronę Morza Czarnego, aż pod samą granicę z Turcją. Trochę pociągami i wąskotorową kolejką, trochę autobusami, w tym nawet autokarem szkolnym, trochę „na stopa”, trochę na własnych nogach. Powrót jakimś absurdalnie tanim lotem z Bułgarii do Bratysławy, następnie znów pociągiem, przez Zwardoń do rodzimych Tychów. Po drodze między innymi: trudny do zniesienia ateński upał, biwak nad samym morzem i upojne kąpiele w słońcu na Wybrzeżu Tesalskim, ekscytująca nocna podróż w pełnym Romów pociągu relacji Saloniki–Sandanski, kilkudniowy pobyt w Melniku – pięknie ulokowanej, bułgarskiej stolicy wina, odpoczynek w uroczym Bańsku, wędrówki szlakami Pirynu, wspinaczka na Wichren, długa tułaczka wybrzeżem Morza Czarnego przez Burgas, Carevo i Achtopol w poszukiwaniu odludnej plaży, gastronomiczna uczta w kameralnym Sinomorcu, w końcu krótka wizyta w Warnie. Obfite dni pod znakiem wyłącznie pozytywnych doznań. Niestety nie posiadaliśmy wtedy żadnego sensownego aparatu, ani tym bardziej odpowiedniego warsztatu, stąd tak uboga i licha fotograficzna dokumentacja.
Grecja i Bułgaria 2007.
Na szlakach Atlasu Wysokiego
Fotograficzna relacja z upalnego trekkingu na dach północnej Afryki – Jebel Toubkal (4167 m n.p.m.). Wariant klasyczny z Imlil przez Aroumd, Sidi Chamharouch i schronisko Les Mouflons.
A chcących dowiedzieć się o Maroku i Atlasie Wysokim ciut więcej zapraszamy do naszej czytelni („Z Maroka listy do B.„).
Maroko 2010.
Wycieczka na Wielki Rozsutec…
… czyli jeszcze kilka listopadowych, fatrzańskich ujęć.
Wielki Rozsutec (Veľký Rozsutec, Wielki Rozsudziec) to dopiero piąty pod względem wysokości (1610 m n.p.m.), ale za to zdecydowanie najbardziej charakterystyczny i bez wątpienia najpiękniejszy ze szczytów Małej Fatry. Wybitny, skalisty, obmurowany wapieniem i dolomitem, rozpoznawalny nawet z odległości kilkudziesięciu kilometrów. Stosunkowo łatwo dostępny, zwłaszcza z okolic wsi Terchovej, skąd przeciętnemu piechurowi droga na wierzchołek i z powrotem nie powinna zająć więcej niż 4,5-5 godzin.
Słowacja 2014.
Poon Hill trek
Czterodniowy Poon Hill trek to chyba najłatwiejsza i najkrótsza z trekkingowych propozycji w rejonie Annapurny. Jej punktem kulminacyjnym jest sięgający 3193 m n.p.m. widokowy szczyt wyrastający ponad popularną wśród turystów wioską Ghorepani. Według nas, dla poszukiwaczy prawdziwych górskich emocji opcja raczej skromna, dlatego najlepiej uczynić go częścią jakiejś poważniejszej tułaczki, np. wokół Annapurny, czy też, jak w naszym przypadku, do Południowej Bazy (South Annapurna Base Camp).
Nepal 2009.
Jesienne zauroczenie
Zima w Tatrach raz jeszcze
Tatry w zimowej szacie
Polskie Tatry znamy bardzo, bardzo dobrze. Przez długi okres w każdym niemal sezonie odwiedzaliśmy je kilkukrotnie, spędzając łącznie na ich zboczach setki godzin. Ostatnimi jednak czasy, głównie z racji okupujących tatrzańskie szlaki tłumów i naszej coraz bardziej postępującej alergii na masy, w najwyższych polskich górach bywamy rzadziej. Wyjątkiem jest zima.
Tatry 2009-2013.
Jesienny spacer po Beskidach
Jesienny spacer naszą ulubioną w Beskidzie Żywieckim trasą. Łatwa, spacerowa pętla: Rycerka – Wielka Racza – Mała Racza – Orzeł – Abramów – Jaworzyna – Kikula – Przegibek – Rycerka. Sześć godzin przyjemności, z czego przynajmniej jedna czwarta z okiem przylepionym do aparatu wymierzonego w górskie krajobrazy, które jak zwykle o tej porze roku grubo przykryła dziwnie pstrokata, nadrealna wręcz mieszanka barw.
Październik 2010.
W krainie jezior Gosainkund
Jesień w Gosainkund pachnie rozgrzaną słońcem skałą. Nic dziwnego. Przecież nie licząc bezkresu nieba i kilku lazurowych zwierciadeł rozrzuconych po okolicy jezior, wiele więcej prócz kamieni tutaj nie ma. O ile przeważnie o uroku wysokogórskich, nepalskich szlaków decyduje mnogość strzelistych piramid, lodowe rzeźby oraz śnieżne czapy, o tyle krajobraz tej ukrytej na wysokości ponad czterech kilometrów, świętej dla hinduistów krainy niemal w całości buduje ciężki, surowy granit – w wyższych partiach zupełnie nagi, niżej zaś gdzieniegdzie wysłany prześcieradłami przesuszonych himalajskim klimatem porostów i traw. Październikową barwą tego odrobinę monotonnego, co absolutnie nie znaczy, że pozbawionego piękna, zakątka jest soczysty, rudawy brąz, czasem wręcz pomarańcz.
Do Gosainkund (4380 m n.p.m.) przybyliśmy dzień wcześniej niż planowaliśmy. Jeszcze nas do końca nie opuścił smak przepysznego śniadania w wiosce Syabru (Thulo Shyaphru, 2250 m n.p.m.), w której odpoczywaliśmy po półtoratygodniowej przygodzie w Dolinie Langtang, a niespełna trzydzieści godzin później siedzimy już wygodnie na ganku położonego nad srebrzącym się jeziorem hoteliku Peacefull Lake. Trochę obawiając się rywalizacji o wcale nie liczne tutaj miejsca noclegowe zaraz po przybyciu przystąpiliśmy do meldunkowych formalności, dzięki czemu ze zdobyciem dwuosobowego pokoju nie było większego kłopotu. Zdążyliśmy już jego skromne, lecz schludne i przytulne wnętrze oswoić oraz trochę odpocząć, nie pozostaje nam zatem nic innego, jak udać się na upojny spacer zanim popołudniowy opar przysłoni widoki. Jak dotąd pogoda zupełnie przyzwoita. Względnie czyste niebo i dziesięciostopniowy upał. W oddali, na poplamionym intensywnym światłem brzegu jeziora Bhairavkund czeka już na nas dobra znajoma – cisza. Bez zbędnej zwłoki ruszamy, by się z nią serdecznie przywitać.
Trekking w Dolinie Langtang
Trzy lata temu intensywnie ładowaliśmy akumulatory w graniczącym z Tybetem rejonie Langtang. Kilkudniowy trekking do wioski Kyanjin Gompa i z powrotem to popularna, łatwa trasa pozwalająca zwiedzić jedną z najpiękniejszych dolin Nepalu, otoczoną przez siedmiotysięczne szczyty grup górskich Langtang Himal i Jugal Himal. Idealna opcja dla osób rozpoczynających dopiero samodzielne tułaczki w Himalajach. Poniżej kilka przykładowych obrazków ze szlaku. A w naszej „czytelni” obszerniejsza relacja („W stronę Tsergo Ri„).
Nepal 2011.
W stronę Tsergo Ri
Kiedy we wnętrzu naszego skromnego pokoiku zaczyna rozchodzić się sygnał budzika, dawno już nie śpimy. Od dłuższego czasu podnieceni wiercimy się w śpiworach i przez szybę niezbyt szczelnego okna hoteliku Monastery podziwiamy kolejną urokliwą, październikową, himalajską noc – czarną, ale niezwykle gwieździstą. Z lekkim oporem podnosimy z łóżek nasze sfatygowane ostatnimi dniami ciała i przy światłach czołówek pośpiesznie zamieniamy puchową osłonę na kilka warstw ciepłej odzieży. Na zewnątrz bezgraniczna cisza oraz całkiem spory mróz. Zgrabiałymi z zimna dłońmi sprawdzamy przezornie stan naszych plecaków, a następnie długo wsłuchujemy się w milczenie gór. Otwarte na oścież receptory miło łechce wszechobecny tu feromon przygody.
Minął prawie tydzień odkąd jeepem pokonaliśmy męczącą drogę z Kathmandu do Dhunche, by rozpocząć nasz długo wyczekiwany trekking w położonej na północ od nepalskiej stolicy, bezpośrednio graniczącej z Tybetem, przepięknej Dolinie Langtang. Czytaj dalej
Z Maroka listy do B.
Od prawie dwunastu lat wspólnie poznajemy świat. „Wspólnie” jest tu słowem kluczowym. Jeśli już bowiem wyruszamy w drogę to bezwzględnie razem. W zasadzie był od tej nieformalnej zasady tylko jeden mały wyjątek. A to dlatego, że w 2010 roku męski ułamek naszego dwuosobowego zespołu przelał na papier kilka wspomnień z Nepalu, za co zupełnie dla siebie nieoczekiwanie został przez jurorów National Geographic nagrodzony tygodniowym trekkingiem na najwyższy szczyt Atlasu – Jebel Toubkal (4167 m n.p.m.). Poniższe zapiski (opublikowane kiedyś w miesięczniku Libertas) są świadectwem tej trochę dziwnej, zaskakującej, zabarwionej tęsknotą marokańskiej wyprawy.
Z Maroka listy do B.
28.08.2010
Moja Druga Połowo.
W Maroku wylądowałem bezpiecznie (tak jak Ci obiecywałem) zaledwie 30 godzin temu (u nas ranek, dochodzi siódma), a czuję się jakby nasza rozłąka trwała już dobre dwa tygodnie. To pewnie przez tą kumulację zdarzeń. Najpierw wyjazd do Warszawy, pożegnanie z Tobą, potem pierwszy kontakt z Anią, Basią, Beatą, Kasią, Sonią, Grzegorzem i Jarkiem – pozostałymi uczestnikami tej niespodziewanej „wyprawy”, i wspólny z nimi lot przez Casablankę do Marrakeszu, w końcu pierwsze chwile spędzone w „Czerwonym Mieście”. Trochę tego dużo jak na niespełna dwie doby. Jestem odrobinę zmęczony. Nie tylko dość napiętym planem tej pierwszej w moim dorosłym życiu niesamodzielnie przygotowanej przygody, ale dodatkowo panującą tu pogodą. Wczoraj termometr wskazywał 45 stopni! W cieniu! Kto, do cholery, wpadł na pomysł, żeby wyprawę do Maroka planować na koniec sierpnia? Nie mam pojęcia. Chodzę półprzytomny.











