W stronę Tsergo Ri

Kiedy we wnętrzu naszego skromnego pokoiku zaczyna rozchodzić się sygnał budzika, dawno już nie śpimy. Od dłuższego czasu podnieceni wiercimy się w śpiworach i przez szybę niezbyt szczelnego okna hoteliku Monastery podziwiamy kolejną urokliwą, październikową, himalajską noc – czarną, ale niezwykle gwieździstą. Z lekkim oporem podnosimy z łóżek nasze sfatygowane ostatnimi dniami ciała i przy światłach czołówek pośpiesznie zamieniamy puchową osłonę na kilka warstw ciepłej odzieży. Na zewnątrz bezgraniczna cisza oraz całkiem spory mróz. Zgrabiałymi z zimna dłońmi sprawdzamy przezornie stan naszych plecaków, a następnie długo wsłuchujemy się w milczenie gór. Otwarte na oścież receptory miło łechce wszechobecny tu feromon przygody.

Minął prawie tydzień odkąd jeepem pokonaliśmy męczącą drogę z Kathmandu do Dhunche, by rozpocząć nasz długo wyczekiwany trekking w położonej na północ od nepalskiej stolicy, bezpośrednio graniczącej z Tybetem, przepięknej Dolinie Langtang. Za nami kilka obfitych porcji wrażeń. Noclegi kolejno w Thulo Bharkhu, Thulo Shyaphru, Lama Hotel, ślicznie położonej osadzie Langtang i wreszcie w ulokowanej na prawie czterech kilometrach wysokości wiosce Kyanjin Gompa – ostatnim w okolicy ludzkim przyczółku, który już dwie doby dobrze nam służy jako baza wypadowa w wyższe partie gór. Wiele godzin spędzonych na zasobnym w naturalne piękno szlaku. Pierwsze kryzysy i słabości, pierwsze chorobowe dolegliwości i, co ważniejsze, pierwsze wygrane z nimi bitwy. Kilka dni o smaku czystej, nieskalanej nieautentycznością radości. Czas na ciąg dalszy emocji. Kierunek: Tsergo Ri (4984 m n.p.m.) – najwyższy w pobliżu wolny od opłat trekkingowy szczyt.

Kwadrans przed szóstą opuszczamy podwórze naszego samotnego, położonego kilkadziesiąt metrów od serca wioski hoteliku. Latarki nie są już potrzebne. Na wschodzie Uszas – łaskawa bogini jutrzenki, coraz śmielej podnosi ciemne zasłony i między białe ściany wlewa się gęsty strumień jasności. Jest bardzo pogodnie, ale dość zimno. Pod nogami mocno trzeszczy zmrożony nocą grunt. Mijając zanurzone jeszcze ciągle w głębokim śnie domostwa oraz stado skubiących lodowatą trawę, zupełnie nieczułych na chłód jaków, z zadowoleniem podziwiamy dolinę. Za naszymi plecami Langtang Lirung (7227 m n.p.m.) – w promieniach wschodzącego słońca tli się jak pochodnia, po lewej oba wierzchołki Kyanjin Ri (4773 i 4600 m n.p.m.), z których kilkanaście godzin wcześniej w ramach aklimatyzacji podziwialiśmy okolicę, po prawej masyw Ganja La Himal – wygodnie wyłożona w miękkiej pierzynie porannego światła Naya Kanga (5857 m n.p.m.) wydaje się bliska, gościnna i przyjazna. Zaraz za progiem wioski swój czar zaczyna roztaczać przepiękne, wysrebrzone blaskiem budzącego się dnia rozlewisko rzeki Langtang. Niezwykła aluwialna formacja. Liczne języki wodne żwawo liżące płaskie i szerokie w tym miejscu, piaszczysto-kamieniste dno doliny długo hipnotyzują nasz wzrok.

Kilkaset metrów na wschód od Kyanjin Gompy zostawiamy główny szlak. Bez trudu odnajdujemy miejsce, w którym swój początek ma najpopularniejsza spośród kilku prowadzących na wierzchołek Tsergo Ri dróg. Wzrokiem dokładnie badamy teren. Wąska, ale wyraźna ścieżka od samego początku pnie się stromo i równym ściegiem przeszywa niemal całą górę, by zniknąć nam z oczu za zachodnim zboczem dopiero w pobliżu szczytu. Jest lepiej niż sądziliśmy. Z orientacją nie ma najmniejszych problemów. Zadowoleni z takiego obrotu sprawy, nucąc pod nosem jakieś buddyjskie mantry puszczamy się przed siebie.

Po kilku kwadransach niezbyt wymagającej wspinaczki docieramy do miejsca oznaczonego na mapie jako Tcharchepisa. Po środku niewielkiego wypłaszczenia straszy kilka kamiennych, wyraźnie rozpadających się szałasów. Chyba od dawna nie służą już żadnemu z okolicznych pasterzy jaków, nie ma wątpliwości za to, że przy gorszej pogodzie mogą stanowić dogodne schronienie dla turystów. Zrzucamy plecaki. Czas na śniadanie, na które zabrakło czasu zagonionym rankiem. Zwłaszcza, że warunki na kilkuminutowy postój i spokojny posiłek wydają się idealne. Widoki przepiękne, a do tego coraz przychylniejsza aura. Niemal bezwietrznie. Wreszcie możemy się rozebrać – troskliwe słońce kładzie nam na przemarzniętej skórze kolejne bandaże ciepła. Robi się naprawdę przyjemnie.

Posileni kilkoma kawałkami placka czapati i kokosowym ciastkiem kontynuujemy wyraźnie już trudniejszą wspinaczkę. Dwie trzecie dystansu dzielącego Tcharchepisę i Tsergo Ri, mimo sporego nachylenia, pokonujemy wyjątkowo sprawnie, ale ostatnie kilkaset metrów do szczytu zdaje się ciągnąć w nieskończoność. Rosnącemu znużeniu staramy się zaradzić metodę trzydziestu kroków. Głośno liczymy ruchy obolałych kończyn na niepewnym, ośnieżonym zboczu. Jeden, dwa, trzy… trzydzieści i przerwa na oddech. Mimo, że tutaj każde spojrzenie jest nagrodą, zmęczeni prawie nie podnosimy wzroku. Jeden, dwa, trzy… trzydzieści i przerwa. Kolejne serie kroków. Oślepionym słońcem okiem staramy się zmierzyć pozostały dystans. Jeszcze sporo. I choć coraz bardziej doskwiera nam wysokość, nie dajemy się zniechęcić. Nic, że trochę boli głowa, pali skóra, z napięcia krzyczą mięśnie. Poniekąd po to tu właśnie jesteśmy. Wiemy, że ta odrobina cierpienia ożywi nas, oczyści i uświęci.

Na szczodrze przyozdobionym modlitewnymi chorągiewkami wierzchołku meldujemy się w końcu przed dziesiątą. Musi minąć kilka chwil nim po przedszczytowych mękach w pełni odzyskamy przytomność. Nie jesteśmy sami, ale to oczywiście żadna tragedia. Na tak rozłożystej kopule obecność kilku osób na pewno nie jest w stanie nam niczego odebrać. Wspólnie z wszystkimi zasiadamy przy suto zastawionym stole Tsergo Ri i rozpoczynamy ekstatyczną ucztę. Jest z czego wybierać. Przed nami budzące pokorę Langtang Lirung i Kinshung (6781 m n.p.m.), spływające z ich zboczy lodowce, masywne wierzchołki Shalbachum (6707 m n.p.m.) i Yansa Tsenji (6567 m n.p.m.), śnieżna bryła Pemthang (6865 m n.p.m.), strzeliste filary Langshisa Ri (6560 m n.p.m.) i Dorje Lakpa (6966 m n.p.m.), zawieszona między Ponggen Dopku (5928 m n.p.m.) i Naya Kangą (5857 m n.p.m.) przełęcz Ganja La (5122 m n.p.m.), biała ściana Gangchenpo (6378 m n.p.m.) i wiele, wiele innych atrakcji. Dziesiątki lodowo-skalnych formacji, a między nimi niebywały koncert przestrzeni. Zachwyceni nieruchomiejemy na niemal godzinę.

Wspaniała pogoda nie opuszcza nas ani na moment. W gęstych strugach słońca dzielimy się ze sobą skromnym posiłkiem i olbrzymią radością z osiągnięcia szczytu. To póki co nasz rekord wysokości. Rzecz jasna takim wynikiem nie zaimponujemy światu, ale to akurat nie wydaje się istotne. Całe szczęście naszym przewodnikiem nigdy nie jest duch współzawodnictwa. Tsergo Ri miało być wydarzeniem cennym dla nas, na nikim więcej wrażenia robić nie musi. To przecież nie zawody. Nie o sportowy rezultat gra się tu toczy lecz o egzystencję. O głębsze życie, pełne wrażeń, poruszeń i barw. Jeśli w górach zdarza nam się w którymś momencie z kimkolwiek rywalizować, to tylko z samymi sobą. Z każdą z wypaczonych swoich wersji, z kolejnymi swoimi odbiciami absurdalnie zdeformowanymi przez krzywe zwierciadła codzienności. Góra, choćby nie wiem jak wysoka, od dawna nie jest w naszej filozofii po prostu przeszkodą, ani tym bardziej celem ostatecznym, lecz raczej przygodą i jedną z dróg wiodących ku pełni. Najwyżej nie znaczy wcale najgłębiej. Ważniejszym wydaje się nam gęsto porośnięty wrażeniami szlak i fakt, że z wysokości wyciszona świadomość może wszystko ujmować celniej. Z dala od fałszerstw powszedniego pejzażu nie umyka jej uwadze żaden życiodajny ślad. W tym tkwi esencja. Kiedy więc tutaj, w sercu Langtang, z wierzchołka Tsergo Ri pożądliwie zerkamy na boskie ciało Gangchenpo, wcale nie chodzi o to, by tą, bez dwóch zdań, najpiękniejszą w okolicy górę za wszelką cenę w przyszłości posiąść. Chcielibyśmy tylko kiedyś, któregoś ranka, gdzieś tam wysoko, sześć tysięcy metrów nad codziennością, zbudzić się na zboczu jej śnieżnobiałej, plisowanej sukni i poczuć jak nam poranne słońce powoli topi na włosach sople. Za te uczucia i emocje bylibyśmy w stanie oddać naprawdę sporo.

Najtrudniejsza w górskich aktywnościach jest zwykle droga powrotna. To wcale nie wynik zmęczenia. Dużo gorsze od niego jest towarzyszące człowiekowi poczucie końca czegoś ważnego i budząca strach świadomość, jak łatwo zmarnotrawić świeżo zaczerpniętą u góry moc. Na dole w końcu same niebezpieczeństwa: szarość, rutyna, społeczne maski, role i kalki, jałowe kontakty, zawodowa nierzeczywistość oraz cały zestaw autodestukcyjnych skłonności do przerabiania trzeźwego życia w bezpieczny, stabilny i przyjemny sen. Od dawna nie mamy wątpliwości, że to nie góry, jak zwykło się sądzić, są dla człowieka niebezpieczne lecz niziny. To człowiek w swojej przyziemnej i płaskiej codzienności jest dla siebie największym zagrożeniem.

Na szczęście tym razem schodząc ze szczytu nie musimy się niczego bać. Jesteśmy spokojni, bo zanim opuścimy góry minie jeszcze kawał czasu. Tsergo Ri było tylko etapem. Najwyższym na wybranej trasie, ale na pewno nie jedynym tak wyraźnym. Zmierzając zatem niespiesznie do bazy w Kyanjin Gompa mamy rzadką okazję, by w stu procentach oddać się beztroskim myślom o kolacji i wygodnym łóżku. Na tym również, jak już ktoś kiedyś trafnie zauważył, polega niezwykłość górskiej tułaczki. Nadaje wartość rzeczom tak błahym jak jedzenie, picie i sen.

Kyanjin Gompa wita zmęczonych tułaczy odgłosem bawiących się radośnie dzieci i szczerymi uśmiechami starszych mieszkańców. Niemal od razu wdziera się w nozdrza wszechobecny w wiosce zapach suszącego się na rozgrzanych słońcem kamieniach jaczego łajna. Wydaje się przyjemny i miły. Nie ma wątpliwości, że chociaż jeszcze niedawno lekko nas drażnił, za kilka tygodni będzie nam go brakowało. Do tego stopnia splótł się z niezmiennie tu pozytywną wibracją. Łatwo pokonujemy ostatnie, niewielkie podejście do hoteliku Monastery i serdecznie witamy się z współtowarzyszką Mają, która w wygodnym łóżku odpoczywa po trudach ostatnich dni. Niedługo z dalekiego spaceru dnem doliny do Langshisa Kharki wrócą Dorota i Witek – reszta naszej tegorocznej ekipy, a także Maksym i Natałka – świeżo poznani Ukraińcy. Wieczorną porą zasiądziemy wspólnie przy obfitym posiłku by, jak na przyjaciół przystało, podzielić się wrażeniami, radością i sobą.

Nepal 2011.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s