Z Maroka listy do B.

Od prawie dwunastu lat wspólnie poznajemy świat. „Wspólnie” jest tu słowem kluczowym. Jeśli już bowiem wyruszamy w drogę to bezwzględnie razem. W zasadzie był od tej nieformalnej zasady tylko jeden mały wyjątek. A to dlatego, że w 2010 roku męski ułamek naszego dwuosobowego zespołu przelał na papier kilka wspomnień z Nepalu, za co zupełnie dla siebie nieoczekiwanie został przez jurorów National Geographic nagrodzony tygodniowym trekkingiem na najwyższy szczyt Atlasu – Jebel Toubkal (4167 m n.p.m.). Poniższe zapiski (opublikowane kiedyś w miesięczniku Libertas) są świadectwem tej trochę dziwnej, zaskakującej, zabarwionej tęsknotą marokańskiej wyprawy.

Z Maroka listy do B.

28.08.2010

Moja Druga Połowo.

W Maroku wylądowałem bezpiecznie (tak jak Ci obiecywałem) zaledwie 30 godzin temu (u nas ranek, dochodzi siódma), a czuję się jakby nasza rozłąka trwała już dobre dwa tygodnie. To pewnie przez tą kumulację zdarzeń. Najpierw wyjazd do Warszawy, pożegnanie z Tobą, potem pierwszy kontakt z Anią, Basią, Beatą, Kasią, Sonią, Grzegorzem i Jarkiem – pozostałymi uczestnikami tej niespodziewanej „wyprawy”, i wspólny z nimi lot przez Casablankę do Marrakeszu, w końcu pierwsze chwile spędzone w „Czerwonym Mieście”. Trochę tego dużo jak na niespełna dwie doby. Jestem odrobinę zmęczony. Nie tylko dość napiętym planem tej pierwszej w moim dorosłym życiu niesamodzielnie przygotowanej przygody, ale dodatkowo panującą tu pogodą. Wczoraj termometr wskazywał 45 stopni! W cieniu! Kto, do cholery, wpadł na pomysł, żeby wyprawę do Maroka planować na koniec sierpnia? Nie mam pojęcia. Chodzę półprzytomny.

U nas od samego przyjazdu mała gonitwa. Rano pobudka, śniadanie, potem zbiórka i wymarsz, następnie wspólne, całodzienne zwiedzanie. Jak na mój gust, wszystko dzieje się trochę za szybko. Mam dziwne wrażenie, że ciągle coś przeoczamy. Biegamy po mieście, a w głowie pozostaje tylko jakiś mglisty obraz odwiedzanych miejsc i spis ich nazw: meczet Kutubijja, Medresa Ali ben Jusufa, Grobowce Saadytów, Dar Si Said, Palais de la Bahia, plac Dżemaa el-Fna. W takim tempie zupełnie nie potrafię poczuć się tutaj swobodnie. To zaś najwyraźniej rzutuje na całą moją percepcję, bo na razie Marrakesz zupełnie mnie nie przekonuje. Być może to jedno z tych miast, których piękno dostrzec można dopiero po czasie, gdy się mu poświęci stosowną uwagę i gdy się w nie mocno, odważnie zanurzy. Ja niestety czasu nie mam, a co za tym idzie, pełna egzotyki i kontrastów dawna stolica Maroka ukazuje mi tylko swoje mniej ciekawe oblicze. Szkoda.

Nie do końca też jak dotąd potrafię odnaleźć się w grupie, której cegiełką niechcący się stałem. No cóż, znasz mnie, raczej chadzam własnymi ścieżkami. Nie przywykłem do podróżowania z tak licznym stadem. Towarzystwo wydaje się, co prawda, sympatyczne, ale na pierwszy rzut oka widać, jak bardzo się od siebie różnimy. Sprawę ponadto komplikuje fakt, że w ogóle się nie znamy i nie wiemy, czego się po sobie spodziewać. Dlatego też funkcjonuję tu trochę nieautentycznie. Prześlizguję się z wątku na wątek. Unikam tematów trudnych, które zwykle budzą we mnie emocje. Przede wszystkim zaś staram się zachować spokój. Nie chcę wchodzić z kimkolwiek w nawet najmniejszy spór czy konflikt. Zwłaszcza, że w górach w znacznym stopniu będziemy musieli na sobie polegać.

Reasumując, póki co trochę mi tutaj obco. W tym mieście, w tej grupie. Przyjmuję wszystko na chłodno, nie za wiele niestety czuję. A z tego wszystkiego nienaturalnie mocno doskwiera mi Twoja przy mnie nieobecność. Oczywiście, że tęsknię, ale to nie wszystko. Tu rozchodzi się o coś więcej. Zrozumiałem, że odkąd pierwszy raz razem wyruszyliśmy w trasę, na przestrzeni kilku lat udało nam się nadać podróżowaniu wyjątkową jakość i teraz bardzo mi tego brakuje. Mam na myśli tę bezpieczną symbiozę dwóch niezależnych światów. Dzielenie się drogą. Współpoznawanie, współodczuwanie, współegzystowanie. Złoty środek między samotnością i wspólnotą. Bez Ciebie w Maroku czuję się trochę tak, jakby ktoś mi odjął jedno oko, jedno płuco i kawałek języka. Mniej widzę, płycej oddycham, nie potrafię wejść w głębszą konwersację z tym egzotycznym krajem. Jestem przekonany, że gdybyśmy byli tu razem, Marrakesz mógłby wyglądać zupełnie inaczej. A tak, nie wygląda dla mnie prawie wcale. Chcę już po prostu ruszyć w góry, wspiąć się na Jebel Toubkal, zapisać w głowie obraz z wierzchołka, a potem wyświetlić go Tobie. Jeśli Ci się spodoba, przybędziemy tu razem po wspólną przygodę. Co Ty na to? Odpowiesz za kilka dni.

Dzisiaj opuszczamy Marrakesz. Spakowani spokojnie czekamy na śniadanie. Około ósmej załadujemy się do busa i obierzemy kierunek na Imlil. Ta położona u podnóży Atlasu Wysokiego, niewielka wioska ma stać się dla nas bazą wypadową w góry. Jarek przekonuje, że to okolica naprawdę niezwykła. Ile w tym prawdy, zobaczymy. A my zobaczymy się za kilka dni. W międzyczasie o wszystkim, co ważne będę pisać. Całuję czule. K.

30.08.2010

Barbaro.

Witam Cię ze schroniska Les Mouflons (Muflony, 3200 m n.p.m.) – naszej ostatniej przed Jebel Toubkal bazy, którą już na wstępie przemianowaliśmy na mały szpital. Mówię poważnie. Większa część grupy nie funkcjonuje niestety najlepiej. Od dłuższego czasu kilkoro z nas męczą dość konkretne kłopoty żołądkowe. Najpierw potęgował je upał, a teraz dodatkowo wysokość. Ja – nie musisz się martwić – nie czuję żadnych poważniejszych dolegliwości, ale kiedy patrzę na mocno spłowiałe twarze moich towarzyszy, którym tutejsza bakteryjna flora zgotowała niemały horror i którzy teraz dzielą czas między łóżko i ubikację, mam sporo wątpliwości, czy jutrzejsza wyprawa na szczyt jest w ogóle możliwa. Już teraz wiadomo, że raczej nie jest możliwa dla wszystkich. Szczególnie koleżanka Beata nie wygląda dobrze (odwodnienie, gorączka, płytki, czasem zupełnie gubiący się oddech). Zastanawiam się, co postanowi Jarek? Jego decyzje jako przewodnika są tutaj ostateczne. Najprawdopodobniej jakoś się przegrupujemy i na szczyt wyruszymy w ograniczonym składzie. Chyba, że nie wyruszymy wcale. Przyznam, że byłbym piekielnie zawiedziony, bo pogoda jest idealna, góra wręcz zaprasza nas do siebie, a mój organizm spisuje się znakomicie – mam w sobie mnóstwo energii, wysokość jak dotąd wywołuje we mnie tylko euforię. O wszystkim przekonamy się jutro, a teraz pozwól, że w kilku zdaniach opowiem Ci o tym, co już za mną.

Wczoraj po niespełna dwugodzinnej przejażdżce dotarliśmy do Imlil (1750 m n.p.m.). Jarek mówił prawdę – urokliwe, spokojne miejsce. Warunki noclegowe niezłe, jedzenie znośne, względnie tanio. Nic nie pisałem, bo czasu było bardzo mało. Całe niemal popołudnie przechadzając się w ramach rozgrzewki po okolicznych wzniesieniach i położonych na ich zboczach berberyjskich osadach, podziwialiśmy surowy w swoim pięknie krajobraz, który w niektórych fragmentach do złudzenia przypomina Tybet. Teraz już mnie nie dziwi, że nie mogąc zrealizować produkcji w okupowanej przez Chińczyków krainie, właśnie w tych okolicach Martin Scorsese postanowił nakręcić swój film o Dalaj Lamie – „Kundun”. Po powrocie ze spaceru towarzystwo trochę się integrowało (nie cierpię tego słowa ani wszystkiego, co się za nim kryje), a niedługo po zmroku, trochę ze zmęczenia, trochę nie mogąc doczekać się jutra, wylądowaliśmy w łóżkach (każdy w swoim – przysięgam). Sen przyszedł szybko.

Dzisiejszy ranek przywitał nas piękną pogodą. Może nawet zbyt piękną. Idealnie czyste niebo zwiastowało ciężkie godziny w ostrym marokańskim słońcu. Zaraz po śniadaniu ruszyliśmy na szlak. Krok miałem wyjątkowo lekki, bo większość bagaży organizatorzy naszej wyprawy postanowili przetransportować na górę na grzbietach mułów. Dziwnie się z tym czułem. Ja – człowiek, który niejednokrotnie niemal zrastał się na długie dni z ciężkim plecakiem, zmuszony nagle złożyć sporą część swojego zaledwie dziewięciokilowego tobołka (sam nie wiem, jak udało mi się uzyskać tak niską wagę, pewnie czegoś zapomniałem) na grzbiecie jakiegoś biednego zwierzęcia. Wstyd! Nie ważne. Droga nie była trudna – nachylenia nie większe niż na beskidzkich szlakach, ale dość długa i z racji klimatu uporczywa. Grupa, mimo nasilających się już wyraźnie żołądkowych dolegliwości, radziła sobie dzielnie. Na ile jednak moim towarzyszom w walce ze swoim zdrowiem jeszcze owej dzielności wystarczy? Nie wiem. W każdym razie dzisiaj po ośmiu godzinach marszu, mijając wcześniej wioskę Aroumd i Sidi Chamharouch – święte dla muzułmanów miejsce, szczęśliwie dotarliśmy do schroniska, przed którym teraz siedzę i na kolanie skrobię niniejsze słowa. Piję słodką jak diabli (tu nikt nie pyta, czy słodzisz) miętową herbatę i obserwuję jak słońce powoli chowa twarz za otaczającymi dolinę ścianami.

Za chwilę wybieram się na karciane spotkanie z dwoma poznanymi dziś Polkami – Justyną i Agnieszką, które w towarzystwie swoich świeżo zaznajomionych arabskich kolegów od kilku tygodni włóczą się po Maroku. Przemiłe dziewczyny. Artystyczne duszyczki przemierzające świat z kilkoma groszami w kieszeni. Od razu złapałem z nimi dobry kontakt. Gadaliśmy trochę o sztuce, trochę o podróżach, trochę o życiowych planach i szczęściu. Przysłuchując się ich utyskiwaniom na spękane usta, postanowiłem oddać im swój kultowy krem Nivea. W zamian otrzymałem dobre słowo, trochę nikotyny i parzoną na turystycznej kuchence kawę z mlekiem. Zwłaszcza tej ostatniej było mi trzeba.

Z mojej strony na dzisiaj tyle. Spędzę z dziewczynami małą chwilkę i zaraz po kolacji kładę się spać. Chcę być rano w możliwie najlepszej dyspozycji. Śpij dobrze, a jutro miej dobry dzień. Przesyłam Ci uśmiech. K.

31.08.2010

Witam Cię Bliska. Jebel Toubkal zdobyty!

To był długi dzień. Wstałem, zgodnie z ogłoszonym wczoraj przez naszego przewodnika planem, około piątej (strasznie późno!), w kilkanaście minut wyszykowałem się do wyjścia, a potem już tylko z zaniepokojeniem rozglądałem się po pokoju próbując ocenić dyspozycję naszej zdziesiątkowanej załogi. Niestety nie przedstawiała się zbyt dobrze. Najgorzej w dalszym ciągu było z Beatą. Wyglądało to naprawdę niebezpiecznie. Jarek postanowił, że trzeba sprowadzić Koleżankę na dół. Decyzja zrozumiała – w położonym półtora tysiąca metrów niżej Imlil na pewno łatwiej dojść do siebie, poza tym w razie konieczności możliwy jest z stamtąd transport do szpitala. Opieką nad Beatą nasz przewodnik obarczył Grześka, który bez słowa protestu zgodził się z taką decyzją, jak sądzę, z dwóch powodów. Po pierwsze – przyjechał tu nie jako laureat konkursu, ale jako przedstawiciel jednego z organizatorów, po drugie – chyba też nie czuł się dobrze i nie był pewny, co spłatać mógłby mu jego organizm podczas drogi na szczyt. Zatem już na wstępie czwarta część grupy odpadła – Grzesiek i Beata zostali na razie w łóżkach, by za kilka godzin w asyście mułów ruszyć w stronę Imlil. Pozostała szóstka z lekkim opóźnieniem, około 6.30 rozpoczęła właściwą wspinaczkę. Szybko się jednak okazało, że to nie koniec kłopotów. Zdrowie wyraźnie dawało się we znaki również innym osobom. Po zaledwie kilku minutach z niewiadomych do końca powodów Kasia pierwszy raz półprzytomna osunęła się na ziemię (przestraszyłem się). Krótka przerwa pomogła, ale po chwili sytuacja się powtórzyła. Trudno było nie zgodzić się z Jarkiem, który postanowił, że trzeba sprowadzić Koleżankę do schroniska. Z drugiej strony wiedziałem z jak wielkim, bardzo osobistym zawzięciem przyjechała tu Kasia i doskonale rozumiałem jej olbrzymi upór. Czym ostrzej Jarek nakłaniał Kasię do powrotu, tym bardziej rosła na sile jej niesubordynacja. Zrobiło się w pewnym momencie naprawdę nieprzyjemnie. Nie obyło się bez łez, a nad naszymi głowami przez krótki moment latały ostre przekleństwa. Ostatecznie jednak ruszyliśmy dalej. Szczerze trzymałem za Kasię kciuki, ale jej obecność – przyznaję – trochę mnie też niepokoiła. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że jeśli w wyższych partiach czyjś organizm zupełnie się rozłoży (co gorsza – Sonia też z każdą chwilą wyglądała gorzej), Jarek zarządzi powrót całej grupy. A przecież mieliśmy górę na wyciągnięcie ręki. Myślenie o tym wszystkim absorbowało mnie niezmiernie i w pewnym stopniu odbierało radość z samej wspinaczki. Przez następne godziny z niecierpliwością wypatrywałem wierzchołka. Chciałem już tylko wejść na szczyt, a potem bezpiecznie dostać się do schroniska i mieć już to wszystko za sobą. W dalszym ciągu fizycznie czułem się dobrze, byłem gotowy nawet kogoś nieść (mówię poważnie), ale na szczęście nie było takiej potrzeby. Dziewczyny dawały radę. W dyktowanym przez przewodnika równym tempie Kasia, Basia, Ania i Sonia, mimo wszystkich dyskomfortów, bez marudzenia pokonywały kolejne podejścia. Po pięciu godzinach (bez przygód powinno nam to zająć kilka kwadransów mniej), tuż przed południem stanęliśmy wreszcie na Jebel Toubkal. Widok naprawdę imponujący – w każdą stronę niczym nieprzesłonięta przestrzeń. Niestety nie cieszyliśmy się nim zbyt długo. Kilka fotek, krótki odpoczynek, trochę glukozy i w dół. Bez większych kłopotów – chociaż tym razem jakaś słabość i uporczywe dolegliwości zaczęły dopadać Basię – po trzech godzinach dotarliśmy do naszego obozu. Dopiero teraz, opisując Ci ten zaskakująco trudny szczytowy atak, czuję jak schodzi ze mnie całe związane z nim napięcie. Wydawałoby się – taka nietrudna góra, a większość z nas wygląda jakbyśmy zeszli z K2. W oczach towarzyszy nie widzę na razie ani krzty zadowolenia, tylko piekielne zmęczenie. Ja czuję się… głodny jak niedźwiedź po zimowej drzemce. Z niecierpliwością oczekuję na kolację. Mam nadzieję, że będzie ona okazją, by Jarek i Kasia podali sobie ręce na zgodę, dzięki czemu szybko zapomnimy o wszystkich dzisiejszych animozjach i będziemy mogli cieszyć się zdobytym szczytem.

Jutro przez Imlil wracamy do Marrakeszu. Nawet się cieszę. Chcę dać sobie w tym mieście drugą szansę. Co z tego wyniknie, wkrótce Ci opowiem, a na ten moment kończę. Zapytałbym, co u Ciebie, ale pewnie nie odpowiesz. Mam nadzieję, że dobrze. Tęsknię z godziny na godzinę coraz bardziej. Niedługo znów się odezwę. K.

02.09.2010

Kochanie. Już jutro się zobaczymy.

Ostatnie dwie doby minęły w ekspresowym tempie. Do Marrakeszu przez Imlil bez przygód wróciliśmy wczoraj. Zdrowie dalej daje się kilku osobom we znaki, ale najgorsze już chyba mamy za sobą. Tylko Beaty ciągle mocno trzymają się tutejsze przekleństwa. Biedna kobieta zaczyna już powoli wysiadać psychicznie. Pewnie o niczym innym teraz nie marzy, jak o powrocie w rodzinne strony. Ja też już myślę o domu, ale z powodów zupełnie innych (Ty!).

A dziś „odfajkowywaliśmy” kolejne punkty naszego niezwykle napiętego programu. Zaraz po śniadaniu zapakowaliśmy się do busika i ruszyliśmy w stronę wodospadów Ouzud. Po kilku upalnych i dusznych godzinach byliśmy na miejscu. Niezwykła i, co dla mnie bardzo istotne, nieskolonizowana jeszcze doszczętnie przez turystów okolica. Przyjrzeliśmy się wodospadom z każdej ze stron, zaliczyliśmy upojną kąpiel w rzece El Abid, trochę czasu spędziliśmy w rastafariańskiej wiosce. Niestety dość szybko – wczesnym popołudniem, zakończyliśmy naszą wizytę w Ouzud. Szkoda, bo czuliśmy się tam naprawdę dobrze. Czas jednak naglił. Ponownie upchaliśmy się do samochodu, który tym razem obrał kierunek na pomnik przyrody Pont Naturel d’Imi n’Ifri. O wszystkim szczegółowo opowiem Ci po przyjeździe (mam nadzieję, że wyjdą jakieś zdjęcia), teraz, wybacz mi proszę, absolutnie nie mam sił (cały dzień na słońcu) na bardziej wylewną i obrazową wypowiedź.

Do Marrakeszu wróciliśmy ostatecznie dopiero wieczorem. Potem jeszcze szybki wypad na pizzę (hura! bezpieczne żarcie!) i długie, na szczęście zakończone sukcesem przeczesywanie Ville Nouvelle w poszukiwaniu piwa. Spłukałem się prawie doszczętnie. Nie, nie wypiłem znowu aż tyle. Po prostu za dwie dwustumililitrowe puszeczki zapłaciłem, o zgrozo, 40 dirhamów (prawie 4 euro). Zostały mi już tylko 2 dirhamy. Jak tylko skończę pisać, zostawię je u staruszki, która pod naszym hotelem w takiej właśnie cenie sprzedaje na sztuki Marlboro. Mam wielką ochotę posiedzieć w samotności i zapalić.

Podsumowując – zabiegany i trochę męczący, ale mimo wszystko dobry dzień. Przez chwilę udało mi się nawet pierwszy raz głębiej poczuć tą krainę. Jechaliśmy busem, w uszach wiatr mieszał się z dochodzącą z głośników muzyką Ismaela Lo, w ustach sól mieszała się z pyłem, za oknami potoki słońca wypełniały nieskończoną pustynną przestrzeń. Zaczęło we mnie kiełkować jakieś nieznane uczucie, jakaś więź z marokańskim krajobrazem. Niestety, to był tylko krótki moment. Zaraz potem wróciliśmy do miasta i przypomniałem sobie, jak bardzo panujący tu ład mnie przekreśla. Nie zrozum mnie źle. Ludzie są mili i niegroźni, ale jednocześnie bardzo odlegli. Każdy wie, że nasze światy dzieli dużo więcej niż tylko Gibraltarska Cieśnina. Wystarczy powiedzieć, że wszystko, co z małym tobołkiem pcha mnie w góry, tutaj zupełnie nie znajduje zrozumienia. Myślę, że jeśli coś mnie z tym światem w tej chwili łączy, to tylko relacja handlowa. Jestem klientem, a z racji zostawianej tu gotówki wręcz pracodawcą. Nade wszystko jestem jednak niewiernym. Obcym w obcej krainie, nad którą historia już dawno temu rozciągnęła grubą płachtę norm i zakazów. Owszem można docenić religijność muzułmanów – to ludzie naprawdę głębokiej wiary. Tyle, że bliżsi są mi ludzie głębokiej wolności. Od rozmów z Bogiem wolę bałwochwalcze sceny: przelotny romans z wybraną z gór, bezwstydne orgie z ziemią, wodą i słońcem, drogę – nawet ślepą, i nasze ludzkie zdobycze – miłość, przyjaźń i sztukę. To one wpompowują we mnie życie. Pod ich dotknięciem budzę się z codziennego letargu, oszołomiony wstaję i czuję, jak na całym ciele gęsto rysuje mi się henna dreszczy. O tak, takich właśnie dreszczy szukam. A za moment znów będziemy szukać ich razem. Cieszysz się? W objęciach wyruszymy w świat. Bez zbędnych rezerwacji, nadmiaru pieniędzy, przewodnika, i odzierającego każdą wyprawę z właściwego znaczenia, nazbyt napiętego planu. Bez tych zbytków podróż ma największą szansę, by stać się tym, czym być powinna – autentycznym, egzystencjalnym przeżyciem, które już na zawsze zostawia w człowieku wyraźny ślad. Tutaj tego właśnie mi zabrakło, chociaż nie ukrywam, że było warto (zwłaszcza, że za darmo), nawet w taki zorganizowany sposób, przyjechać do Maroka i wspiąć się na Toubkal. Tydzień wystarczył – na obcym mi dotychczas afrykańskim lądzie założyłem przyczółek pod przyszłe wojaże. Chęć na powrót w te strony i znacznie dłuższą, bardziej dogłębną przygodę w Atlasie jest duża. Może Cię kiedyś nią zarażę? Czas pokaże.

Najważniejsze, że jutro z radością wracam do domu i oczywiście oddaję się w Twoje troskliwe ręce. A póki co zmieniam stan skupienia. Od teraz jestem niezmąconą niczym myślą o Tobie. Do zobaczenia za niecałą dobę. Kocham Cię. K.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s