Jesienny wypad na południe, czyli z urlopu A.D. 2016 galeria pierwsza.

Długo czekaliśmy na ten wyjazd. O wiele za długo. Kilkanaście niepokojąco szarych miesięcy, jakie zdążyły upłynąć od naszej poprzedniej poważniejszej podróży wspominać będziemy jako dziwny, trochę męczący, pełen codziennego znoju okres, w którym naszą uwagę niebezpiecznie absorbowały rzeczy na swój sposób ważne, ale niestety wyraźnie przyziemne. Za dużo szpitali, rehabilitacji, zawodowych stresów i napięć, za mało głębokich oddechów, życia i pożywek dla ducha. Dopadł nas z tego wszystkiego nawet jakiś podróżniczy impas i do ostatniego dnia przed wyjazdem nie potrafiliśmy sprecyzować, czego naprawdę domagają się nasze ochoty i w którą w związku z tym stronę skierować powinniśmy maskę naszego samochodu. Ostatecznie wyszło dość spontanicznie. Podczas trzytygodniowej tułaczki na południe odwiedziliśmy pięć państw, w trzech z nich (Chorwacja, Słowenia, Włochy) zatrzymaliśmy się na co najmniej kilka dni, pokonaliśmy łącznie 4500 kilometrów samochodem i dodatkowo około 250 kilometrów piechotą, gościliśmy na dwóch wyspach (Pag i Elba), zwiedzaliśmy, chłonęliśmy, smakowaliśmy. Staraliśmy się znaleźć złoty środek między tak potrzebnym nam odpoczynkiem a tak oczywistą dla nas aktywnością. Było, jak zwykle, upojnie. Dużo dobrych, słonecznych chwil, do których pewnie będziemy wracać w przyszłości nie raz. Zanim jednak ostatecznie przebrniemy przez zasoby kart pamięci naszych aparatów, zanim wyselekcjonowane zdjęcia zaczną układać się w jakąś w miarę spójną, wartą opowiedzenia narrację, minąć musi trochę czasu. Chcąc tymczasem jeszcze przez moment w klimacie wakacji pozostać postanowiliśmy już teraz w naszym „albumie” opublikować pierwszy zestaw świeżo przywiezionych z południa obrazków.

Włochy, Słowenia, Chorwacja, wrzesień-październik 2016.

Trekkingowy Kyanjin Ri

Dziś mała rocznica. Właśnie się bowiem zorientowaliśmy, że dokładnie 5 lat temu, 12 października 2011 roku, razem z Dorotką i Witkiem – współtowarzyszami naszej drugiej nepalskiej przygody, mieliśmy przyjemność stać na wierzchołku Kyanjin Ri (4773 m n.p.m.) i w pełnym, himalajskim słońcu podziwiać naszpikowaną białymi ścianami panoramę rejonu Langtang. Ależ ten czas zleciał. A teraz znowu jesteśmy w drodze. Tylko odrobinę mniej odległej. Właśnie spłynęliśmy z nieskąpiącej nam ciepła wyspy Elby, by zapuścić się w nieznane nam dotąd zakątki południowej Toskanii. Dla wszystkich kompanów naszych dawnych wojaży ślemy pozdrowienia z miasta na skale – Pitigliano.

„Miasta, miasteczka, wioski”. Jelenia Góra – stolica Karkonoszy.

Trochę przypadkowych zdjęć z dość chaotycznych spacerów brukami Jeleniej Góry, która całkiem niedawno gościła nas przez kilka dni. Do „stolicy Karkonoszy” ruszaliśmy przede wszystkim z myślą o słynnym, corocznym święcie ulicznych teatrów, ale dodatkową atrakcją okazała się sama przestrzeń tego ciekawego, niezwykle urokliwego miasta.

Lipiec 2016.

„Miasta, miasteczka, wioski”. Czeski Mikulov – miasto słońca i wina.

Położony między Brnem a Wiedniem, słynący z tradycji winiarskich Mikulov – kameralne miasteczko pełne rzadko spotykanego uroku, przepięknie wkomponowane w obficie karmiony słońcem krajobraz Moraw Południowych. Zdaniem wielu najbardziej śródziemnomorski skrawek Republiki Czeskiej.

Czerwiec 2016.

„Miasta, miasteczka, wioski”. Wizyta w Kromieryżu.

Do Kromieryża trafiliśmy szukając jakiejś przyjaznej oazy, która nadawałaby się na krótki odpoczynek po wyczerpującym wspinaniu w pobliskich skałach. Czasu mieliśmy naprawdę mało, więc powiedzieć, że poznaliśmy to urokliwe miasteczko byłoby grubą przesadą. Popołudnie uciekło niestety szybko. Pierwszą jego część spędziliśmy na brukach przytulnego rynku i okolicznych uliczek, między innymi gasząc pragnienie Birelem i kawą, dopieszczając podniebienia oraz obficie karmiąc inne odpowiedzialne za odbiór przyjemności receptory. Druga część upłynęła w estetycznym, zaskakująco spokojnym Ogrodzie Zamkowym (jednym z najsłynniejszych tego typu obiektów w Czechach), gdzie mocno już zmęczeni intensywnym dniem głównie gapiliśmy się, z wyraźnie wymalowaną na twarzach dziecięcą radością, na parkowych rezydentów – mniej i bardziej egzotyczne zwierzaki, które dość swobodnie poruszają się po całym obszarze. Na tyle tylko starczyło nam energii. Do Kromieryża wrócimy jeszcze w niedalekiej przyszłości na jakiś sensowny fotograficzny plener, póki co zaś publikujemy skromną, poglądową galerię.

Czechy 2016.

24 godziny w Bolesławcu

W drogę można ruszyć z bardzo różnych powodów. W naszym przypadku chodzi czasem o coś tak prozaicznego jak zmęczenie krajobrazem. Nagła potrzeba zmiany otoczenia każe nam po prostu wyjść z domu, wsiąść do autobusu, pociągu, czy też samochodu i ruszyć gdzieś, gdzie nas dawno nie było, albo gdzie nie było nas jeszcze nigdy. Ktoś mógłby oczywiście zapytać, a cóż takiego ważnego i wyjątkowego tam jest? Odpowiedź jest prosta – coś innego. Inny widok z okna, inna przestrzeń, inna pogoda, inna architektura, inne bodźce i emocje, inni ludzie, inne z nimi, mniej lub bardziej głębokie relacje, inni my. I taka oto, podszyta głodem odmienności motywacja rzuciła nas niedawno do Bolesławca. W niezwykle estetyczne polskiej stolicy ceramiki spędziliśmy gęste od przyjemności 24 godziny.

Maj 2016.

Powrót do przeszłości

Znowu wzięło nas na wspominki. Zdjęcia może nie rewelacyjne, ale co tam, upubliczniamy. Tak się prezentowaliśmy 11 lat temu. Pojezierze Brodnickie i burzowe Tatry. Rok 2005. Bardzo się zestarzeliśmy?

P.S. Rozczula nas zwłaszcza fotka ze Zbiczna z podwójną „łyżeczką” w namiocie – w rolach głównych Basia, Jakub i śp. kundel-kumpel Ozi :)

Zabawy w „piachu”

Podczas naszego niedawnego, krótkiego pobytu na polsko-niemieckim pograniczu postanowiliśmy wygospodarować kilka godzin, by poznać, trochę pomacać i obfotografować zupełnie nam dotąd nieznane okoliczne skały. Czasu było zdecydowanie za mało, a pierwszym krokom na jakże specyficznych, piaskowcowych formacjach towarzyszyło zdecydowanie zbyt wiele stresu i obaw, ale za to pogoda oraz humor dopisały, więc chrzest w podsudeckich „piachach” zapamiętamy jako zdecydowanie udany :)

Maj 2016.

„Miasta, miasteczka, wioski”. Ze Zgorzelca do Görlitz.

Nie zamieszkują nas najmniejsze nawet uprzedzenia ani jakiekolwiek niechęci do naszych zachodnich sąsiadów, a mimo to, z jakiegoś bliżej nieznanego powodu rzadko przekraczamy polsko-niemiecką granicę. Tym bardziej warto więc odnotować nasz ostatni, króciutki pobyt na ziemiach RFN. Skromna galeria zdjęć z majowego spaceru zarówno prawym, jak i lewym brzegiem Nysy Łużyckiej: zaskakująco ciekawe Görlitz i również warty odwiedzenia, choć niestety wyraźnie bardziej „polski” (przeczuleni na punkcie swojej narodowej dumy mogą sobie oczywiście ten przymiotnik zrozumieć po swojemu, my akurat w tym miejscu nic specjalnie pozytywnego nie mamy na myśli) Zgorzelec.

Maj 2016.

Góra Zamkowa

Góra Zamkowa (Wzgórze Zamkowe) ma dla cieszynian znaczenie szczególne. To w końcu nie tylko popularna turystyczna atrakcja, dogodny widokowy „taras”, czy też ulubione przez wielu miejsce spotkań i romantycznych schadzek, lecz przede wszystkim dla całej okolicy symboliczny punkt centralny, któremu swój początek zawdzięcza współczesny Cieszyn. Z dawnych czasów w różnej kondycji do dziś na wzgórzu zachowały się: XI-wieczna romańska Rotunda św. Mikołaja, fragmenty murów piastowskiego zamku, gotycka Wieża Piastowska z XIV wieku i znacznie młodszy Pałac Myśliwski Habsburgów.

Cieszyn 2016.

Przedwiośnie w Cieszynie

Cieszyn przywitał nas niedawno bardzo przychylną aurą, za którą w wyjątkowo szarych w tym roku, zimowych miesiącach mocno zdążyliśmy się stęsknić. Przyjemna temperatura, niebieskie niebo, czule głaszczące policzki słonko, a do tego wyraźnie już wyczuwalny aromat wiosny. Pewnie dlatego ten strzegący granicy, pamiętający początki państwa polskiego ośrodek wydał nam się jeszcze bardziej niż zwykle przystojny.

Marzec 2016.

Luty na Klemensowej Górce

Klimont, albo jak kto woli Klemensowa Górka, wraz z ulokowanym na jego wierzchołku barokowym Kościołem Św. Klemensa, to bezsprzecznie najbardziej rozpoznawalny symbol śląskich Lędzin. Sięgające około 300 m n.p.m. i wyrastające 50 metrów ponad okolicę wzgórze znamy doskonale. W sezonie letnim jest chyba naszym ulubionym w pobliżu Tychów celem rowerowych przejażdżek. A ostatnio, w niełatwym dla męskiej połówki naszego tandemu okresie rehabilitacji po kolejnym zabiegu kolana, stało się dodatkowo areną dla nieforsownych, rekreacyjnych spacerów – przyjemnych, chociaż trochę kulawych :) Naprawdę miło było doświadczyć, jak przystojne i jak różnorodne przyodziewa Klimont w lutym twarze.

Luty 2016.

„Powrót” do Nepalu vol. 1

Wkradła się ostatnio w naszą rzeczywistość lekka stagnacja i pewnie dlatego tak mocno wzięło nas na wspominki. Z tęsknoty za wrażeniami postanowiliśmy wrócić pamięcią do Nepalu – odległej krainy, w której mieszkają ludzie życzliwi i pogodni, przestrzeń miejska oszałamia swoim kolorytem, rytmem i różnorodnością, góry, nawet te niskie, są niewiarygodnie wysokie, a splendor przyrody dosłownie rzuca człowieka na kolana. Z ogromnego sentymentu do tego arcyciekawego zakątka publikujemy zdjęcia, na które z różnych powodów w naszym albumie dotychczas zabrakło miejsca. Dziś pierwsza z dwóch przygotowanych galerii.

Nepal, październik 2011.

Razem

Osobno czy razem? – dla podróżujących przez życie odwieczne pytanie. A odpowiedź wcale nie oczywista. Wszakże nawet najbardziej nieskalana toksycznością bliskość bywa czasem przeszkodą, która jest w stanie niebezpiecznie przesłonić horyzont. Z drugiej jednak strony, autentyczna obecność innej osoby, wzajemne z nią dzielenie drogi okazuje się nieraz wartością samą w sobie. Nieocenionym darem od losu. Kto choć raz w swojej tułaczce poczuł smak tej cudnej symbiozy ten wie, że nie sposób pewnych spraw doświadczyć, kiedy się z bratnią duszyczką nie splata dłoni, nie sposób pewnych detali dostrzec, kiedy się na świat nie patrzy przez pryzmat czyichś oczu. Jest taki szczególny rodzaj piękna, który rodzi się wyłącznie na styku dwóch odmiennych rzeczywistości. W tym sensie współegzystowanie, współpodróżowanie bliskie jest twórczości.

Na beskidzkich szlakach, listopad 2015.

 

Zimowe wspominki

Scenariusz niestety się powtarza. Początek roku i znowu zabieg sfatygowanego życiem kolana nie pozwala nam wspólnie cieszyć się zimą. Chociaż prawdę mówiąc aktualną aurę za autentyczną zimę trudno w ogóle uznać. Z egoistycznego punktu widzenia może to i dobrze – mniej żal, że nas coś omija, z drugiej strony jednak intensywnie pnące się za oknem, zniechęcające do jakiegokolwiek wysiłku, szare „nie wiadomo co” wcale powszedniego znoju nie umila. Zamknięci w naszym, przerobionym tymczasowo na leczniczo-rehabilitacyjny zakład gniazdku cieszymy się bliskością, nadrabiamy kinematograficzne zaległości oraz wspominamy czasy, kiedy zimowe spacery i wspinaczki były codziennością.

Tatry 2009-2013.

Jesienny spacer na Trzy Korony

W Pieninach bywaliśmy w przeszłości wielokrotnie, ale obrazki ze szlaków penetrujących zbocza tych urodziwych, kameralnych gór publikujemy po raz pierwszy. Późny październik, przyjemnie głaszczące policzki słońce, na termometrze kilkanaście stopni. Nieśpieszny spacer na skalisty wierzchołek Trzech Koron i krótki odpoczynek w Sromowcach. Złota polska jesień w całej okazałości.

Pieniny 2015.

Babiogórskie portrety

Wzięło nas na wspominki. Pokaźna porcja „archiwalnych” fotografii z naszych potyczek z humorzastą Królową Beskidów. Tym razem jednak masyw Babiej Góry nie wystąpi w roli głównej, lecz będzie tłem dla postaci ludzkiej. W sumie ponad dwadzieścia niepublikowanych jeszcze w naszym internetowym albumie, portretowych ujęć.

Masyw Babiej Góry 2010-2014.

Na Zubereckiej Vapence

Był czas, że wspinanie zajmowało całkiem spory fragment naszego wspólnego życia. Można nawet rzec, że zbyt spory, bo skupieni trochę przesadnie na skałkowych harcach zaniedbywaliśmy wyraźnie inne aktywności i pasje. I chyba dlatego właśnie tak mało posiadamy z tego etapu zdjęć. No ale oczywiście coś tam w naszych fotograficznych archiwach da się wyszperać. Dla przykładu – cztery trochę zapomniane, czarno-białe obrazki z rekreacyjnego wspinania na położonej u podnóża słowackich Tatr Zubereckiej Vapence.

Słowacja 2012.