Mokre dni w Pirenejach

Pięć lat temu zapragnęliśmy poznać Pireneje. No i niedługo później poznaliśmy. Niestety, głównie ich bardzo kapryśną pogodowo, czerwcową naturę. Spędziliśmy kilka nocy pod namiotem w przeuroczej wiosce Torla i trzy doby w wygodnym, zupełnie pustym o tej porze roku schronisku w Bujaruelo. Los jednak sprawił, że przez większość pobytu zmagaliśmy się nie z przepięknymi górskimi ścianami, lecz ze ścianami deszczu. Lało okrutnie. Zabezpieczone przed wilgocią aparaty rzadko opuszczały plecaki, a co za tym idzie, zdjęć powstało jak na lekarstwo. Kilka skromnych obrazków, dokumentujących nieliczne momenty przejaśnień, można obejrzeć poniżej.

Hiszpania 2010.

Z Aten nad Morze Czarne

Historia z cyklu „Dawno, dawno temu…” – nasza druga po irlandzkiej odysei, wspólna zagraniczna przygoda. Byliśmy jeszcze piękni i młodzi, serca mieliśmy wyjątkowo chłonne, receptory otwarte na oścież, a umysły mięsiste. Dopiero uczyliśmy się sztuki podróżowania. Z kilkoma z trudem zdobytymi groszami w kieszeni ruszyliśmy na południe. Z Katowic samolotem do Aten, a potem nieśpiesznie w stronę Morza Czarnego, aż pod samą granicę z Turcją. Trochę pociągami i wąskotorową kolejką, trochę autobusami, w tym nawet autokarem szkolnym, trochę „na stopa”, trochę na własnych nogach. Powrót jakimś absurdalnie tanim lotem z Bułgarii do Bratysławy, następnie znów pociągiem, przez Zwardoń do rodzimych Tychów. Po drodze między innymi: trudny do zniesienia ateński upał, biwak nad samym morzem i upojne kąpiele w słońcu na Wybrzeżu Tesalskim, ekscytująca nocna podróż w pełnym Romów pociągu relacji SalonikiSandanski, kilkudniowy pobyt w Melniku – pięknie ulokowanej, bułgarskiej stolicy wina, odpoczynek w uroczym Bańsku, wędrówki szlakami Pirynu, wspinaczka na Wichren, długa tułaczka wybrzeżem Morza Czarnego przez Burgas, Carevo i Achtopol w poszukiwaniu odludnej plaży, gastronomiczna uczta w kameralnym Sinomorcu, w końcu krótka wizyta w Warnie. Obfite dni pod znakiem wyłącznie pozytywnych doznań. Niestety nie posiadaliśmy wtedy żadnego sensownego aparatu, ani tym bardziej odpowiedniego warsztatu, stąd tak uboga i licha fotograficzna dokumentacja.

Grecja i Bułgaria 2007.

 

Good Friday w Senglei

Niewiele da się na świecie odnaleźć miejsc, w których uroczystości Wielkiego Tygodnia miałyby porównywalną jak w przypadku Malty rangę i skalę. Z punktu widzenia odwiedzającego wyspę turysty czy też podróżnika najciekawszym dniem jest z całą pewnością Good Friday, czyli Wielki Piątek. Najlepiej doświadczyć go w stolicy, albo w jednym z kilku innych historycznych ośrodków mocno kultywujących tradycję. Jednym z nich jest Senglea, gdzie pełna rozmachu, wieczorna, wielkopiątkowa procesja robi wyjątkowe wrażenie. W przygotowywanym tygodniami, amatorskim „przedstawieniu” uczestniczy niemal cała społeczność miasteczka. Mamy grającą żałobne pieśni orkiestrę, mężczyzn niosących na swych barkach pokaźne platformy z rzeźbami ilustrującymi Drogę Krzyżową, kilkudziesięciu aktorów sumiennie i dumnie odgrywających swoje mniej lub bardziej znaczące role, no i rzecz jasna liczną publiczność współtworzącą ten długi, kolorowy, przemykający kameralnymi uliczkami starówki kondukt. Całość naprawdę warta obejrzenia.

Malta 2014.

Szallalat Uzud

Szallalat Uzud (Ouzoud) to liczący sobie grubo ponad 100 metrów wysokości wodospad na rzece Wadi Uzud, złożony z kilku spektakularnie prezentujących się kaskad. Popularne wśród samych Marokańczyków miejsce wypoczynku, a jednocześnie ciesząca się światową sławą turystyczna atrakcja. Bez wątpienia jedno z najpiękniejszych miejsc w górzystej części Maroka.

Maroko 2010.

 

Wycieczka na Wielki Rozsutec…

… czyli jeszcze kilka listopadowych, fatrzańskich ujęć.

Wielki Rozsutec (Veľký Rozsutec, Wielki Rozsudziec) to dopiero piąty pod względem wysokości (1610 m n.p.m.), ale za to zdecydowanie najbardziej charakterystyczny i bez wątpienia najpiękniejszy ze szczytów Małej Fatry. Wybitny, skalisty, obmurowany wapieniem i dolomitem, rozpoznawalny nawet z odległości kilkudziesięciu kilometrów. Stosunkowo łatwo dostępny, zwłaszcza z okolic wsi Terchovej, skąd przeciętnemu piechurowi droga na wierzchołek i z powrotem nie powinna zająć więcej niż 4,5-5 godzin.

Słowacja 2014.

Poon Hill trek

Czterodniowy Poon Hill trek to chyba najłatwiejsza i najkrótsza z trekkingowych propozycji w rejonie Annapurny. Jej punktem kulminacyjnym jest sięgający 3193 m n.p.m. widokowy szczyt wyrastający ponad popularną wśród turystów wioską Ghorepani. Według nas, dla poszukiwaczy prawdziwych górskich emocji opcja raczej skromna, dlatego najlepiej uczynić go częścią jakiejś poważniejszej tułaczki, np. wokół Annapurny, czy też, jak w naszym przypadku, do Południowej Bazy (South Annapurna Base Camp).

Nepal 2009.

Wspinaczkowa mekka

Maleńki Osp ulokowany jest niewiele ponad 10 kilometrów od wybrzeża Adriatyku i na pierwszy rzut oka do złudzenia przypomina każdą inną słoweńską „dziurę”. Atrakcyjnym nie czyni go architektura ani jakiś wyjątkowy klimat, ale położenie w bezpośredniej bliskości trzech popularnych wspinaczkowych „ogródków”. Dwa z nich – skały Ospu i Misja Peč, to rejony zdecydowanie dla zaawansowanych, cieszące się zasłużenie, ze względu na jakość wspinania, międzynarodową sławą. Trzeci – Črni Kal – znacznie łatwiejszy, jest areną, na której swoich sił spróbować mogą śmiałkowie mniej doświadczeni. Co tu dużo mówić – dla tych, którym wspinanie sprawia przyjemność, Osp i jego okolice okażą się rajem. Ogrom wapiennych formacji, przewieszki, rysy, półki, skalne grzyby i kluczące między nimi drogi. W sumie ponad 700 w pełni ubezpieczonych linii o zróżnicowanych trudnościach: od łatwej francuskiej trójki aż do zarezerwowanego tylko dla profesorów 9a.

Słowenia 2012-2013.

Tatry w zimowej szacie

Polskie Tatry znamy bardzo, bardzo dobrze. Przez długi okres w każdym niemal sezonie odwiedzaliśmy je kilkukrotnie, spędzając łącznie na ich zboczach setki godzin. Ostatnimi jednak czasy, głównie z racji okupujących tatrzańskie szlaki tłumów i naszej coraz bardziej postępującej alergii na masy, w najwyższych polskich górach bywamy rzadziej. Wyjątkiem jest zima.

Tatry 2009-2013.

Jesienny spacer po Beskidach

Jesienny spacer naszą ulubioną w Beskidzie Żywieckim trasą. Łatwa, spacerowa pętla: Rycerka – Wielka Racza – Mała Racza – Orzeł – Abramów – Jaworzyna – Kikula – Przegibek – Rycerka. Sześć godzin przyjemności, z czego przynajmniej jedna czwarta z okiem przylepionym do aparatu wymierzonego w górskie krajobrazy, które jak zwykle o tej porze roku grubo przykryła dziwnie pstrokata, nadrealna wręcz mieszanka barw.

Październik 2010.

Phewa Tal

Pokhara, trzecia co do wielkości nepalska aglomeracja, sama w sobie nie jest specjalnie ciekawa, ale posiada jeden wyjątkowy skarb. Przepiękne Jezioro Fewa (Phewa Tal, Fewa Lake), bo o nim mowa, to obok malujących się ponad jego wysokimi brzegami wspaniałych himalajskich panoram, najważniejsza atrakcja, czyniąca cały rejon miejscem naprawdę wartym odwiedzenia. Dla nas Phewa Tal przez kilka dni było głównym animatorem wolnego czasu. Każdego ranka przynosiło tak potrzebny w tym karmionym obficie słońcem krajobrazie chłód, później zapraszało do orzeźwiającej kąpieli i na łodziach woziło nas po swojej srebrnej skórze, wieczorem zaś, wespół z zachodzącym słońcem, stawało się aktorem niebywałych, bogatych w niezwykłe barwy przedstawień. Dzięki temu wizytę w Pokharze na pewno na długo zapamiętamy.

Nepal 2009.

Wspinaczkowa wizyta w El Chorro

W andaluzyjskim El Chorro, na cieszącym się światową sławą wspinaczkowym „poligonie” mieliśmy okazję spędzić w zeszłym roku pięć sytych dni. Skała znakomita, ale na przełomie maja i czerwca upał już naprawdę nieznośny. Następnym razem zaplanujemy wypad w te strony nie później niż wczesną wiosną.

Hiszpania 2013.

W krainie jezior Gosainkund

Jesień w Gosainkund pachnie rozgrzaną słońcem skałą. Nic dziwnego. Przecież nie licząc bezkresu nieba i kilku lazurowych zwierciadeł rozrzuconych po okolicy jezior, wiele więcej prócz kamieni tutaj nie ma. O ile przeważnie o uroku wysokogórskich, nepalskich szlaków decyduje mnogość strzelistych piramid, lodowe rzeźby oraz śnieżne czapy, o tyle krajobraz tej ukrytej na wysokości ponad czterech kilometrów, świętej dla hinduistów krainy niemal w całości buduje ciężki, surowy granit – w wyższych partiach zupełnie nagi, niżej zaś gdzieniegdzie wysłany prześcieradłami przesuszonych himalajskim klimatem porostów i traw. Październikową barwą tego odrobinę monotonnego, co absolutnie nie znaczy, że pozbawionego piękna, zakątka jest soczysty, rudawy brąz, czasem wręcz pomarańcz.

Do Gosainkund (4380 m n.p.m.) przybyliśmy dzień wcześniej niż planowaliśmy. Jeszcze nas do końca nie opuścił smak przepysznego śniadania w wiosce Syabru (Thulo Shyaphru, 2250 m n.p.m.), w której odpoczywaliśmy po półtoratygodniowej przygodzie w Dolinie Langtang, a niespełna trzydzieści godzin później siedzimy już wygodnie na ganku położonego nad srebrzącym się jeziorem hoteliku Peacefull Lake. Trochę obawiając się rywalizacji o wcale nie liczne tutaj miejsca noclegowe zaraz po przybyciu przystąpiliśmy do meldunkowych formalności, dzięki czemu ze zdobyciem dwuosobowego pokoju nie było większego kłopotu. Zdążyliśmy już jego skromne, lecz schludne i przytulne wnętrze oswoić oraz trochę odpocząć, nie pozostaje nam zatem nic innego, jak udać się na upojny spacer zanim popołudniowy opar przysłoni widoki. Jak dotąd pogoda zupełnie przyzwoita. Względnie czyste niebo i dziesięciostopniowy upał. W oddali, na poplamionym intensywnym światłem brzegu jeziora Bhairavkund czeka już na nas dobra znajoma – cisza. Bez zbędnej zwłoki ruszamy, by się z nią serdecznie przywitać.

Czytaj dalej

Trekking w Dolinie Langtang

Trzy lata temu intensywnie ładowaliśmy akumulatory w graniczącym z Tybetem rejonie Langtang. Kilkudniowy trekking do wioski Kyanjin Gompa i z powrotem to popularna, łatwa trasa pozwalająca zwiedzić jedną z najpiękniejszych dolin Nepalu, otoczoną przez siedmiotysięczne szczyty grup górskich Langtang Himal i Jugal Himal. Idealna opcja dla osób rozpoczynających dopiero samodzielne tułaczki w Himalajach. Poniżej kilka przykładowych obrazków ze szlaku. A w naszej „czytelni” obszerniejsza relacja („W stronę Tsergo Ri„).

Nepal 2011.

W stronę Tsergo Ri

Kiedy we wnętrzu naszego skromnego pokoiku zaczyna rozchodzić się sygnał budzika, dawno już nie śpimy. Od dłuższego czasu podnieceni wiercimy się w śpiworach i przez szybę niezbyt szczelnego okna hoteliku Monastery podziwiamy kolejną urokliwą, październikową, himalajską noc – czarną, ale niezwykle gwieździstą. Z lekkim oporem podnosimy z łóżek nasze sfatygowane ostatnimi dniami ciała i przy światłach czołówek pośpiesznie zamieniamy puchową osłonę na kilka warstw ciepłej odzieży. Na zewnątrz bezgraniczna cisza oraz całkiem spory mróz. Zgrabiałymi z zimna dłońmi sprawdzamy przezornie stan naszych plecaków, a następnie długo wsłuchujemy się w milczenie gór. Otwarte na oścież receptory miło łechce wszechobecny tu feromon przygody.

Minął prawie tydzień odkąd jeepem pokonaliśmy męczącą drogę z Kathmandu do Dhunche, by rozpocząć nasz długo wyczekiwany trekking w położonej na północ od nepalskiej stolicy, bezpośrednio graniczącej z Tybetem, przepięknej Dolinie Langtang. Czytaj dalej

Z Maroka listy do B.

Od prawie dwunastu lat wspólnie poznajemy świat. „Wspólnie” jest tu słowem kluczowym. Jeśli już bowiem wyruszamy w drogę to bezwzględnie razem. W zasadzie był od tej nieformalnej zasady tylko jeden mały wyjątek. A to dlatego, że w 2010 roku męski ułamek naszego dwuosobowego zespołu przelał na papier kilka wspomnień z Nepalu, za co zupełnie dla siebie nieoczekiwanie został przez jurorów National Geographic nagrodzony tygodniowym trekkingiem na najwyższy szczyt Atlasu – Jebel Toubkal (4167 m n.p.m.). Poniższe zapiski (opublikowane kiedyś w miesięczniku Libertas) są świadectwem tej trochę dziwnej, zaskakującej, zabarwionej tęsknotą marokańskiej wyprawy.

Z Maroka listy do B.

28.08.2010

Moja Druga Połowo.

W Maroku wylądowałem bezpiecznie (tak jak Ci obiecywałem) zaledwie 30 godzin temu (u nas ranek, dochodzi siódma), a czuję się jakby nasza rozłąka trwała już dobre dwa tygodnie. To pewnie przez tą kumulację zdarzeń. Najpierw wyjazd do Warszawy, pożegnanie z Tobą, potem pierwszy kontakt z Anią, Basią, Beatą, Kasią, Sonią, Grzegorzem i Jarkiem – pozostałymi uczestnikami tej niespodziewanej „wyprawy”, i wspólny z nimi lot przez Casablankę do Marrakeszu, w końcu pierwsze chwile spędzone w „Czerwonym Mieście”. Trochę tego dużo jak na niespełna dwie doby. Jestem odrobinę zmęczony. Nie tylko dość napiętym planem tej pierwszej w moim dorosłym życiu niesamodzielnie przygotowanej przygody, ale dodatkowo panującą tu pogodą. Wczoraj termometr wskazywał 45 stopni! W cieniu! Kto, do cholery, wpadł na pomysł, żeby wyprawę do Maroka planować na koniec sierpnia? Nie mam pojęcia. Chodzę półprzytomny.

Czytaj dalej

Logarska Dolina-Planjava.

Planjava – najwyższy na wschód od Przełęczy Kamnickiej szczyt Alp Kamnicko-Sawińskich. Monumentalny, ale stosunkowo łatwo dostępny. Wśród kilku wiodących na wierzchołek szlaków swoim pięknem wyróżnia się zwłaszcza wariant klasyczny startujący z Logarskiej Doliny. Po drodze między innymi blisko stumetrowy wodospad Rinka i dwa przytulne schroniska (Frischaufov dom i Kamniška koča). Urozmaicona, emocjonująca, całodniowa tułaczka.

Słowenia 2014.

Katolicka Senglea

Mimo, że krajobraz społeczny Malty ulega ostatnimi laty sporym przemianom, w dalszym ciągu uważana jest ona za najbardziej katolicki, poza Watykanem oczywiście, kraj w Europie. Trudno powiedzieć ile w tym prawdy, ale faktem jest, że kościoły, kapliczki i wszelkiego rodzaju religijne symbole napotykamy na każdym niemal kroku. Zwłaszcza w stolicy i jej sąsiedztwie. Nam najbardziej w pamięci zapadły strzegące wejść do większości budynków w Senglei, przyklejone do ścian lub wmurowane, ceramiczne płaskorzeźby przedstawiające zwykle Madonnę z Dzieciątkiem, Jezusa Chrystusa, albo wizerunki świętych.

Malta 2014.