Streszczająca przebytą niedawno drogę solidna porcja prywatnych portretów oraz autoportretów z kolejnej wspólnej przygody. Górska Słowenia z niewielkim, ale jak zwykle przyjemnym, akcentem włoskim. Całkiem spontaniczny, jesienny wyjazd w znajome strony.
Jako zakończenie tematu naszego sierpniowego wypadu do północnych Włoch – zbiór obrazków z przebogatego rejonu Trentino-Alto Adige, dla których zabrakło miejsca w kilku poprzednich galeriach.
Sottoguda (Staguda) – przeurocze osiedle położone u stóp błyszczącej królowej Dolomitów, czyli Marmolady, od 2016 roku należące do wąskiego, elitarnego klubu najpiękniejszych włoskich miasteczek. Ostoja tradycji – estetyczna, gościnna, ale nawet w okresie wakacyjnym wolna od tłumów, bardzo świadomie i nieprzesadnie kształtująca swoje turystyczne oblicze. Chyba najprzyjemniejsza, najwygodniejsza baza, jaką dotychczas znaleźliśmy w alpejskiej części Włoch. Wioska maleńka, zaspakajająca jednak wszelkie niezbędne potrzeby. Z dumą prezentująca zespół wielowiekowych, kamienno-drewnianych budynków typowych dla wiejskiej architektury Dolomitów, ale oferująca też tani, dobrze wyposażony, pełny smakołyków sklep, bar, kawiarnię oraz kilka niezłych gastronomicznych adresów. Do tego wszystkiego setka niezwykle otwartych, zawsze pogodnych mieszkańców, a wokół wspaniałe góry. Zdjęć niestety posiadamy niewiele, ale szczerze Sottogudę polecamy.
Solidna porcja pamiątek z kilku bardzo dusznych, ale niezwykle przyjemnych dni, które spędziliśmy w Dolinie Adygi, na słynnym południowotyrolskim szlaku wina (Strada del Vino). Wszechobecna winorośl, ciągnące się kilometrami sady, na horyzoncie Dolomity, a pośród tego wszystkiego liczne, jakże estetyczne osiedla, m.in Margreid an der Weinstraße (Magre), Kurtatsch (Cortaccia), Tramin (Tarmèno), czy choćby Neumarkt (Egna).
Od dwóch już dekad wspólnie przecieramy najróżniejsze górskie ścieżki i póki co intensywnego obcowania z pofałdowanym krajobrazem nie zamierzamy zawieszać. Oczywiście zmienił się w międzyczasie nasz stosunek do szeroko rozumianych gór, ale nie w sprawach najistotniejszych. Spowszedniały nam zatłoczone, polskie szczyty, znudził nas sport, ale ani odrobinę nie zmalał głód kontaktu z przyrodą. Również z tą ożywioną. Jako mieszczuchom do szczęścia nie potrzeba nam dużo. Kąciki ust mocno unosi każde, nawet najzwyklejsze spotkanie z koniem, krówką albo owieczką, a jak, raz na jakiś czas, naszą drogę przetnie bardziej egzotyczne zwierzę, np. koziorożec, to się potrafimy radować jak dziecko.
Sierpniowy wypad do północnych Włoch. Trzy regiony: Friuli-Venezia Giulia, Veneto oraz Trentino-Alto Adige. Kilkanaście dni pod pieczęcią słońca, monotonnie upalnych, ale pod każdym innym względem niezwykle urozmaiconych. Jako wstęp, obrazków część pierwsza.
Po kilkunastu aktywnych dniach na chorwackiej wyspie Krk postanowiliśmy zmienić krajobraz i trochę odpocząć ciesząc się dobrym jedzeniem, a przede wszystkim doskonałym winem w przypominającej Toskanię słoweńskiej krainie, której na imię Goriška Brda. W drodze do nowego, słonecznego celu zatrzymaliśmy się jeszcze na moment w bardzo dobrze nam znanej Dolinie Vipavy, żeby się trochę pobawić na popularnej ferracie Otmarjeva pot. Kilka wartych wysiłku kwadransów w wapiennej skale. Dość wymagający jak na wycenę „C” początek, ale wyżej już tylko czysta przyjemność.
Ostatnia już galeria obrazków z kwietniowego wyjazdu na wyspę Krk. Zaskakujące swoją różnorodnością i surowym pięknem bogactwo krajobrazów, które w warunkach mocno przedsezonowych można posiąść niemal na własność.
Kolejny w naszej podróżniczej „karierze” kwietniowy wypad na słoneczne Południe – do Śródziemnomorza, i kolejny dowód na to, że wczesna wiosna to pora naprawdę bardzo dobra, by się z tą szeroko rozumianą krainą spotkać. Nasz tegoroczny, kilkunastodniowy program zdominowała Chorwacja, a konkretnie wyspa Krk, ale nie zapomnieliśmy też o dobrej przyjaciółce – Słowenii. Mnóstwo światła, cudownie umiarkowane temperatury, przedsezonowe pustki, czyli warunki idealne do aktywnej rekreacji. Szczegółowa dokumentacja niedługo, a jako wstęp zbiór przykładowych obrazków.
… czyli nasze tradycyjne, coroczne, zimowe spotkanie z Małą Fatrą. Na zdjęciach: Wielki Rozsutec, Wielki Krywań, Stoh, Chleb, Hromové, Steny i kilka okolicznych panoram.
Niewielki zbiór niedbałych fotek dokumentujących naszą lutową wizytę na wierzchołku Wielkiego Rozsutca. Na tym najbardziej spektakularnym szczycie Małej Fatry bywaliśmy już wcześniej kilkukrotnie, ale nigdy w warunkach zimowych. Wyszło dość spontanicznie. Niewinny pomysł niemal natychmiast przerodził się we wcale nieprostą, ale ostatecznie bardzo przyjemną, na swój perwersyjny sposób, przygodę. Całkiem wymagająca była już sama przeprawa przez wyszpachlowane lodem Dolne i HorneDiery, ale naprawdę ciekawie zrobiło się na kopule szczytowej: porywisty wiatr obniżał temperaturę do dwudziestu stopni poniżej zera, kopny śnieg sięgał kolan, bardzo ograniczona widoczność okazała się niezłym sprawdzianem naszych umiejętności nawigacyjnych, niektóre stromizny nawet w rakach wymagały sporej czujności, a miejscami trzeba było nawet trochę podziałać czekanem. Daliśmy radę, a tym samym – nasza prywatna lista wszystkich najwyższych wierzchołków Małej Fatry osiągniętych zimą jest już ostatecznie kompletna. Co jednak znacznie ważniejsze, ślad po tej ożywczej, emocjonującej wycieczce zostanie w pamięci na długo.
Trochę spóźniliśmy się w tym roku na główny w górach występ jesieni. Pogubiliśmy gdzieś dni, drzewa zdążyły pogubić większość liści. Na szczęście kolory tej złotej pory całkiem jeszcze nie wyblakły, o czym przekonaliśmy się niedawno, podczas kolejnego krótkiego spotkania z Małą Fatrą. Dokumentacja poniżej. Przełom października i listopada, słoneczko, niemalże letnie temperatury. Cztery słynące z pięknych widoków góry – Wielki Krywań, Mały Krywań, Wielki Rozsutec, Mały Rozsutec – oraz kilka rozrzuconych miedzy nimi uroczysk.
Ostatni już etap naszych tegorocznych, sierpniowych spotkań z górami. Po Karyntii oraz Dolomitach przyszedł czas na Słowenię, którą intensywnie i regularnie oswajamy już od przeszło dziesięciu lat. Mapę Alp Julijskich znamy chyba lepiej niż mapę Tatr. Jak zwykle było spektakularnie i estetycznie. Chyba jednak dopadło nas jakieś fotograficzne zmęczenie, bo po aparat sięgaliśmy bardzo rzadko. Jednym z wyjątków był dzień, gdy wybraliśmy się na Prisojnik (Prisank) umiarkowanie trudnym, choć w sporej części ferratowym, szlakiem przez tzw. „okno” (Kopiščarjevapot). Piękna, ciekawa, bardzo urozmaicona, wysokogórska przygoda.
Po solidnej górskiej zaprawie w mocno pofałdowanej Karyntii wylądowaliśmy u stóp monumentalnej Marmolady, w Dolomitach, które ugościły nas pięknie. Wszystko okazało się bezproblemowe, kolana spisywały się dzielnie, jedzenie było wyśmienite, krajobrazy oszałamiające, a słoneczko szczodre. Ludzi zaskakująco dużo, ale i tak bez trudu znajdowaliśmy przestrzeń tylko dla siebie. Na długo zapamiętamy tych kilka dni…
Nasze tegoroczne sierpniowe górskie przygody rozpoczęliśmy w Austrii. Po dwóch latach od pierwszej wizyty w Karyntii, z wielką ochotą wróciliśmy do tej słonecznej krainy, by sobie przypomnieć nasze ulubione krajobrazy i odkryć kilka kolejnych. Piękny, pogodny, bardzo aktywny tydzień, który podzieliliśmy niemal równo między Alpy Gailtalskie i Wysokie Taury.
Dwa i pół tygodnia intensywnego obcowania z górskim krajobrazem i z hojnie się do nas uśmiechającym słońcem. Austria, Włochy, Słowenia… Wysokie Taury, Alpy Gailtalskie, Dolomity oraz Alpy Julijskie. Mnóstwo godzin na szlaku, tysiące metrów przewyższenia, kilkanaście przepięknych szczytów i przełęczy w przedziale 2000-3300 m n.p.m., kilka przyjemnych via ferrat, symboliczne akcenty wspinaczkowe, zdrowe dawki pływania oraz kąpieli, czyli, jak na jeden wakacyjny wyjazd, całkiem sporo emocji. Pamiątkowych zdjęć – tych lepszych i tych gorszych – napstrykaliśmy oczywiście co niemiara. Poniżej ich na szybko wybrana pierwsza część.
Nasza główna baza podczas niedawnego pobytu w alpejskim Salzkammergut: przepiękne, idealne dla pływaków Traunsee – najgłębszy i jeden z największych austriackich akwenów, ulokowana na jego brzegu, przytulna i urocza miejscowość Traunkirchen oraz wyrastająca jakby wprost z jeziora, zewsząd widoczna góra Traunstein – stroma, wybitna, strzelista (a mimo to stosunkowo łatwa do zdobycia) piramida zwana „strażnikiem” całego regionu.
Jak to w Alpach, czasem słońce, czasem deszcz, chociaż tym razem więcej słońca, wbrew wcześniejszym, złowrogim wróżbom próbujących chyba zniechęcić nas do wyjazdu speców od meteorologii. Przyjemne kąpiele w krystalicznie czystych i zaskakująco ciepłych wodach, trochę górskich spacerów, kilka niezbyt wymagających via ferrat oraz odrobina zwiedzania, czyli nasze pierwsze spotkanie z austriackim Salzkammergut. Traunsee, Attersee, Wolfgangsee, Hallstatt, Bad Ischl, Gmunden, Traunkirchen, itp. Piękny czas w przepięknej krainie. Poniżej pierwszy stamtąd wybór zdjęć.
Ostatnia porcja obrazków z tegorocznego, kwietniowego wypadu do Dalmacji. Cudne Modro Jezero, które w tym łaskawym, przedsezonowym czasie mieliśmy niemal na własność oraz trochę mglistych pamiątek ze szlaków Gór Dynarskich.
W tym roku z wiosną witaliśmy się na styku natury i cywilizacji – w położonej wśród szczytów Wielkiej Fatry zabytkowej wiosce Vlkolínec. Coraz bardziej chory ten nasz ziemski padół, ale trzeba przyznać, że miejscami wciąż całkiem ładny…
Mocno nas przybił tegoroczny marzec, słoneczny, a jednak, z wiadomych powodów, piekielnie ciemny. Struł, pozbawił energii oraz inwencji. Na krótką kurację ruszyliśmy w góry. Żeby odpocząć. Żeby się odbudować. Rozciągnąć gnaty. Rozciągnąć myśli…
Štefanová – cicha wioska leniwie wylegująca się u stóp Wielkiego Rozsutca, jedna z naszych ulubionych baz noclegowych na całej Słowacji – i jej urokliwe okolice, czyli z ostatniego zimowego spotkania z Małą Fatrą galeria druga.