Duomo di Orvieto

Do przyglądającego się umbryjskim krajobrazom ze skalistego wzniesienia, przepięknego Orvieto jechaliśmy głównie po to, by podobnie jak kiedyś Paweł Muratow dać się oczarować „strzelającym w jasne niebo zwodniczym kształtom katedry, zbudowanej z powietrza i z kamienia” („Obrazy Włoch”), katedry dosłownie „rozdzierającej przestrzeń i przyprawiającej o zawrót głowy”, jak z kolei o orvietańskim Duomo ponad pół wieku temu pisał Zbigniew Herbert („Barbarzyńca w ogrodzie”). Dzisiaj już się zachwytom tych uznanych autorów w ogóle nie dziwimy, bo zdążyliśmy się przekonać, że najsłynniejsza budowla Umbrii to bryła rzeczywiście niezwykła. Fundament pod nią położono jeszcze w wieku trzynastym, a przez następne trzy stulecia armia wybitnych architektów, rzeźbiarzy, kamieniarzy, mistrzów swoich fachów „pieściła” jej smukłości po ostatni detal, stwarzając ostatecznie dzieło, z którym niewiele innych może się równać. Jeśli chcielibyśmy wskazać miejsce, gdzie włoski gotyk sięgnął swojego ideału to katedra w Orvieto na taki przykład znakomicie się nadaje. Największe wrażenie robi oczywiście główna fasada – lekka, pełna gracji, szczodrze zdobiona wielobarwnymi mozaikami, wysmakowanymi posągami z marmuru i licznymi płaskorzeźbami, które żywym, pełnym emocji tonem opowiadają historie ze Starego i Nowego Testamentu. A całe to bogactwo najlepiej podziwiać popołudniami, kiedy front świątyni równomiernie obmywają uwydatniające misterność szczegółów strumienie ciepłego światła.

Włochy 2016.

Robótki Barbary vol. 2

Zachęcona zaskakująco pozytywnym, mile łechcącym ego i motywującym do dalszego działania odzewem na niedawny wpis prezentujący moje wczesne robótkowe próby, postanowiłam podzielić się z dziewiarską i pozadziewiarską społecznością jeszcze kilkoma ukończonymi jakiś czas temu projektami. Zwłaszcza, że słonko rozgoniło na moment jesienną szarzyznę stwarzając w miarę sympatyczne warunki do fotografowania. Poniżej: „szydełkowa spódnica maxi” (pomysł i tutorial – Szkoła szydełkowania, włóczka Alize Bodrum), „swetroponczo” (sposób podpatrzony tutaj, włóczka Andes Drops), „zimowy ogoniasty” (projekt Intensywnie Kreatywna, włóczka Big Delight Drops) i dwie fikuśne czapy jako dodatek. Oczywiście wszelkie uwagi i komentarze, również te krytyczne, mile widziane :)

Piąte widzenie ze Słowenią

Do Słowenii zawinęliśmy już po raz piaty. Tym razem wracając z toskańskich wojaży na niespełna tydzień osiedliliśmy się blisko wybrzeża, w wiosce tak małej, że jej nazwy nawet nie będziemy przytaczać, bo i tak nikomu nic nie powie. W każdym razie do dobrze znanego nam z poprzednich lat Kopru, czy tez włoskiego Triestu, mieliśmy przysłowiowy rzut kamieniem, co oczywiście niezwykle intensywnie wykorzystaliśmy. Ale głównym celem były, jak to zwykle w Słowenii, skały. Kilka potyczek z urodziwymi, wapiennymi ścianami Črniego Kalu i Vipavy dostarczyło nam sporo frajdy, ale jednocześnie kolejny raz przypomniało, jak nędznymi jesteśmy zawodnikami :)

Zdjęć tym razem jak na lekarstwo, bo… wobec całej gamy aktywności rzadko chciało się sięgać po aparat. Tylko kilka symbolicznych, wyraźnie niedbałych fotek ze skał i z Kopru, w którym m.in. dość przypadkowo trafiliśmy na festiwal sztuk ulicznych – imprezę niestety skromną i niespecjalnie udaną. Szkoda.

Październik 2016.

Co się wydarzyło na wyspie Pag

Troszkę na temat Pagu. Troszkę, bo chociaż na fali wakacyjnego zachwytu przez moment kiełkowała w nas myśl o zmajstrowaniu dla osób zainteresowanych tym kierunkiem swego rodzaju przewodnika, ostatecznie uznaliśmy, że wiadomości na temat najbardziej charakterystycznej z chorwackich wysp jest już w internecie dość. Moglibyśmy oczywiście powtórzyć za którąś z publikacji, że Pag ma taki a nie inny kształt, taką a nie inną długość i szerokość, że zamieszkują go określone gatunki zwierząt, określone gatunki ludzi, że są tam takie a nie inne atrakcje, że można się tam dostać w taki a nie inny sposób, itp., ale nie widzimy żadnego sensu w serwowaniu informacji przedrukowywanych już wielokrotnie. Zatem zdradzimy tylko, że: z ludzkich osiedli największe wrażenie zrobiło na nas miasteczko Pag – ciekawie skonstruowane, autorskie dzieło słynnego mistrza Giorgia da Sebenico, z całego bogactwa kamienisto-żwirowych kąpielisk najbardziej przypadły nam do gustu puściutkie w październiku plaże Trinćel, Ručica i Sveti Duh, lokalizacją idealną na nocleg okazała się położona na jednym z krańców tego niewielkiego świata wioska Metajna, a oddalona od niej o zaledwie dwadzieścia minut na nogach „księżycowa” zatoczka Beritnica to miejsce absolutnie wyjątkowe, niepodobne do niczego, co dotychczas napotkaliśmy na swojej drodze. Tak, Pag naprawdę mocno nas zauroczył. Zwłaszcza jego charakterystyczny, jakiś nieeuropejski wręcz klimat, który w równym stopniu tworzą: morze i skała, przestrzeń i światło, cisza, rześkie powietrze schładzane przez regularnie spływający z Welebitu wiatr oraz przyjemny, wszechobecny zapach szałwii, tymianku, rozmarynu, macierzanki i innych ziół wytrwale szukających dla siebie miejsca na rozległych, suchych, kamiennych polach pociętych systemem charakterystycznych murków. Oj, już nam do tego wszystkiego tęskno.

Chorwacja 2016.

„Miasta, miasteczka, wioski”. Lukka.

Wcale nie brzydsza od najpiękniejszych i najpopularniejszych toskańskich perełek, a jednocześnie od większości z nich zdecydowanie bardziej autentyczna. Lukka – rodzinna miejscowość Giacoma Pucciniego. Ależ szkoda, że w tym roku mogliśmy z nią spółkować ledwie jedno popołudnie, jeden wieczór, jedną noc…

Włochy 2016.

Joga w Pareti

Spotykamy nieraz na swojej drodze miejsca niepozorne, nieśmiałe, introwertyczne, których prawdziwe walory dostrzec można tylko i wyłącznie w specyficznych warunkach albo dopiero wtedy, gdy się do nich podejdzie z odpowiednią cierpliwością, poświęci się im odpowiednią ilość czasu, odpowiednią ilość uwagi. Tegorocznym przykładem jest Pareti. Ulokowane na południowym brzegu toskańskiej Elby osiedle na pierwszy rzut oka nie ma się czym specjalnie pochwalić. Plaża nie jest tu tak biała jak choćby w Cavoli, piasek nie tak drobny jak w wielu innych miejscach na wyspie, woda jakby mniej lazurowa, ciemniejsza, bardziej mroczna, przyroda nie rzuca swoim rozmachem na kolana, mało oryginalna zabudowa zdaje się mieć lata swojej świetności dawno za sobą. Nic więc dziwnego, że kiedy zjawiliśmy się w Pareti pierwszy raz, a był to dzień, w którym dodatkowo nie dopisywały nam ani warunki meteorologiczne ani pogoda ducha, byliśmy wyraźnie rozczarowani. No ale pora była późna, o tanią bazę noclegową wcale w okolicy niełatwo, więc postanowiliśmy zostać na próbę. Potem było już tylko lepiej. Posezonowe Pareti okazało się cudnie cichą, spokojną i prawie bezludną oazą, z której mogliśmy bez trudu, w ciągu kilkunastu minut sięgnąć znacznie bardziej znanych elbańskich atrakcji, jak choćby Porto Azzurro, Capoliveri i Portoferraio. Czas w naszym domku na plaży płynął niespiesznie, wieczorami słońce zapraszało nas na kameralne spektakle, a każdego ranka brzegi zatoczki mieliśmy w całości tylko dla siebie. Naprawdę, trudno o lepszą scenerię do, przykładowo, autorefleksji, medytacji, spokojnej lektury, czy też… relaksującej duszę i ciało jogi.

Elba, Włochy 2016.

Pitigliano – miasto na skale

Leżące w granicach prowincji Grosseto, czterotysięczne Pitigliano stało się niedawno naszym domem na prawie cztery dni. Niewiele jest w Toskanii miejsc jednocześnie tak niezwykłych i tak konsekwentnie pomijanych przez większość opisujących włoskie atrakcje, dostępnych na polskim rynku przewodników. Przejrzeliśmy w sumie chyba dziesięć mniej lub bardziej obszernych publikacji i tylko jedna z nich wspomniała w ogóle o wyrastającym przeszło trzysta metrów ponad okolicę „mieście na wulkanicznym tufie”, czyli na pomarańczowawej, osadowej skale. Założone oczywiście przez Etrusków, rozbudowane przez Rzymian, a później bogate włoskie rody (m.in. Orsinich), od wieku piętnastego zasiedlone przez liczną społeczność żydowską, która przez następne stulecia harmonijnie współegzystowała tu z chrześcijanami, nadając miasteczku specyficzny klimat (stąd mówi się czasem o Pitigliano jako o „Małym Jeruzalem”). Oczywiście dzisiejszemu Pitigliano daleko do lat świetności i chwały, ale niezwykłego charakteru nie można mu absolutnie odmówić. No i na szczęście nikt jeszcze póki co nie zamienił go w pozbawione życia i prawdy muzeum, co niestety zdarza się nie tylko we Włoszech coraz częściej.

A jeśli już w „mieście na skale” zawitacie na dłużej, nie zapomnijcie:

  • dokładnie przyjrzeć się starówce, odkryć jak cudnie zmieniają się jej tajemnicze zakamarki o różnych porach nocy i dnia;
  • udać się na dłuższy spacer poza miasto, by przekonać się jak wygląda panorama Pitigliano w szerszej perspektywie;
  • w nowej, osiedlowej części miasta odnaleźć niepozorny lokal „Nonsolopizza” (Via Brodolini 59), by za kilka euro zaznać prawdziwej, włoskiej pizzy w najwybitniejszym wydaniu;
  • posmakować włoskich lodowych przysmaków na Via Roma – głównej arterii starego miasta;
  • odwiedzić i oddać się kąpieli w oddalonych o zaledwie dwadzieścia kilometrów, naturalnych i, co dla Polaków wręcz szokujące, zupełnie bezpłatnych, gorących, siarkowych źródłach – Terme di Saturnia.

Włochy 2016.

Robótki Barbary

Jakub: Każdy ma swoje, mniej lub bardziej sensowne, metody odpoczynku, relaksu. Basia, przykładowo, kiedy chce trochę odsapnąć od zawodowych znojów, powszednich trosk, ludzi, albo ciężaru mojej skromnej osoby, bierze do rąk włóczkę, druty i szydełko. A że tych trosk i znojów jest całkiem sporo, a i ja bywam chyba bytem coraz bardziej męczącym, temat dziewiarskich robótek stał się jedną z istotnych składowych krajobrazu naszej codzienności. Nie mniej zauważalnym niż przykładowo praca, muzyka, literatura czy podróżnicze przygody. Stąd też pomysł, by tą aktywność zaakcentować w naszym internetowym albumie. Poniżej skromna galeria – w jednej osobie modelka i autorka oraz jej bardzo wczesne, ale moim zdaniem zdradzające całkiem spory potencjał dzieła ;)

Barbara: „Dziełami” nazwać moich prób chyba jeszcze niestety nie można, ale przyznaję że kilkanaście miesięcy uczciwego, dziewiarskiego treningu pewne efekty przyniosło. W zmajstrowanych samemu szalach, chustach, swetrach czy sukienkach nie tylko nie wstydzę się już pokazać, ale czuję się w nich zaskakująco dobrze, wygodnie. Za namową bardzo dzielnie znoszącego wszelkie moje okołorobótkowe emocje Jakuba, zgodziłam się część projektów zaprezentować. Poniżej kilka młodszych i starszych prób, z których jestem całkiem zadowolona. Mam nadzieję, że wraz z upływem czasu podobnych zdjęć w naszym albumie będzie przybywać. O ile tylko na trudnej, pełnej pułapek i niebezpieczeństw, dziewiarskiej drodze starczy mi sił oraz cierpliwości. Zwłaszcza cierpliwości, bo to zdecydowanie ona jest w tym fachu kluczem :)

Z liną i bez na pomarańczowych klifach Elby

Na Elbie spędziliśmy w tym roku siedem obfitych dni. Chociaż płynąc z Piombino do Portoferraio myśleliśmy przede wszystkim o słońcu, morzu, plażach i błogim lenistwie, nie mogliśmy oczywiście przejść zupełnie obojętnie obok licznie występującej na wyspie, zaskakująco estetycznej skały. Na wspinaczkowe-boulderingowe rozpoznanie wybraliśmy fragment południowego wybrzeża między Seccheto i Fetovaią, który ślicznie zdobi wyrastający wprost z lazurowej wody, pomarańczowy granit. Symboliczna fotorelacja poniżej.

A o samej Elbie napiszemy ciut więcej niebawem. Nie ukrywamy, że naszym zdaniem ta mała toskańska wyspa to miejsce pod wieloma względami idealne na krótką, pozasezonową wyprawę.

Włochy 2016.

Walking on the Moon

Niesieni spontanicznością spuszczoną z uwięzi, urlopową euforią, albo raczej jakąś kosmiczną siłą, wylądowaliśmy. Meldujemy: księżyc jest bliżej niż można by sądzić, są na nim ludzie, ale w ilościach śladowych, więc jeśli ktoś cierpi na samotność zdecydowanie powinien obrać inny kierunek, jest również woda, całkiem sporo wody, tyle że niezdatnej do picia, słonej, warto zatem zabrać ze sobą kilka pełnych manierek. A na poważnie – surowy krajobraz posezonowego Pagu był dla nas ogromnym zaskoczeniem. Morze, skała, przestrzeń. Prawie nic, czyli dokładnie tyle, ile było nam akurat potrzebne do szczęścia. Jak na poniższych zdjęciach, chociaż tam ważne miejsce w obsadzie znalazła dla siebie również modelka Barbara. Jakuba mało, bo tym razem głównie dzierżył w ręku aparat i prawie w całości wziął na siebie przyjemny ciężar archiwizowania :)

Wyspa Pag. Chorwacja 2016.

Jesienny wypad na południe, czyli z urlopu A.D. 2016 galeria pierwsza.

Długo czekaliśmy na ten wyjazd. O wiele za długo. Kilkanaście niepokojąco szarych miesięcy, jakie zdążyły upłynąć od naszej poprzedniej poważniejszej podróży wspominać będziemy jako dziwny, trochę męczący, pełen codziennego znoju okres, w którym naszą uwagę niebezpiecznie absorbowały rzeczy na swój sposób ważne, ale niestety wyraźnie przyziemne. Za dużo szpitali, rehabilitacji, zawodowych stresów i napięć, za mało głębokich oddechów, życia i pożywek dla ducha. Dopadł nas z tego wszystkiego nawet jakiś podróżniczy impas i do ostatniego dnia przed wyjazdem nie potrafiliśmy sprecyzować, czego naprawdę domagają się nasze ochoty i w którą w związku z tym stronę skierować powinniśmy maskę naszego samochodu. Ostatecznie wyszło dość spontanicznie. Podczas trzytygodniowej tułaczki na południe odwiedziliśmy pięć państw, w trzech z nich (Chorwacja, Słowenia, Włochy) zatrzymaliśmy się na co najmniej kilka dni, pokonaliśmy łącznie 4500 kilometrów samochodem i dodatkowo około 250 kilometrów piechotą, gościliśmy na dwóch wyspach (Pag i Elba), zwiedzaliśmy, chłonęliśmy, smakowaliśmy. Staraliśmy się znaleźć złoty środek między tak potrzebnym nam odpoczynkiem a tak oczywistą dla nas aktywnością. Było, jak zwykle, upojnie. Dużo dobrych, słonecznych chwil, do których pewnie będziemy wracać w przyszłości nie raz. Zanim jednak ostatecznie przebrniemy przez zasoby kart pamięci naszych aparatów, zanim wyselekcjonowane zdjęcia zaczną układać się w jakąś w miarę spójną, wartą opowiedzenia narrację, minąć musi trochę czasu. Chcąc tymczasem jeszcze przez moment w klimacie wakacji pozostać postanowiliśmy już teraz w naszym „albumie” opublikować pierwszy zestaw świeżo przywiezionych z południa obrazków.

Włochy, Słowenia, Chorwacja, wrzesień-październik 2016.

Trekkingowy Kyanjin Ri

Dziś mała rocznica. Właśnie się bowiem zorientowaliśmy, że dokładnie 5 lat temu, 12 października 2011 roku, razem z Dorotką i Witkiem – współtowarzyszami naszej drugiej nepalskiej przygody, mieliśmy przyjemność stać na wierzchołku Kyanjin Ri (4773 m n.p.m.) i w pełnym, himalajskim słońcu podziwiać naszpikowaną białymi ścianami panoramę rejonu Langtang. Ależ ten czas zleciał. A teraz znowu jesteśmy w drodze. Tylko odrobinę mniej odległej. Właśnie spłynęliśmy z nieskąpiącej nam ciepła wyspy Elby, by zapuścić się w nieznane nam dotąd zakątki południowej Toskanii. Dla wszystkich kompanów naszych dawnych wojaży ślemy pozdrowienia z miasta na skale – Pitigliano.

„Niedziela z książką”, czyli 60-te urodziny tyskiej Biblioteki na Pl. Baczyńskiego

Rzadko zdarza się, że nasze „zabawy w fotografów” sięgają wymiaru zawodowego, ale ostatnio zdarzyło się. Chcąc więc tą dość wyjątkową dla nas sytuację podkreślić, publikujemy cząstkę galerii zdjęć z niedawnej imprezy, której sportretowanie było naszą zleconą przez organizatora misją. Poniżej „Niedziela z książką”, czyli 60-te urodziny Miejskiej Biblioteki Publicznej w Tychach na coraz żywszym ostatnimi czasy Placu Baczyńskiego. Pięćdziesiąt przykładowych ujęć z tego całkiem udanego wydarzenia.

Tychy, sierpień 2016.

Dwa wieczory z teatrem na Baczyńskiego…

… czyli skromny ślad z dwóch plenerowych spektakli zaprezentowanych w ramach drugiej edycji Festiwalu Teatrów Offowych „Andromedon”. Na zdjęciach aktorzy grup: Teatr A3 („Plan lekcji”) i Teatr Usta Usta Republika („Cykl”). Cenne dla nas chwile. Szkoda tylko, że fatalna pogoda nie pozwoliła widzom cieszyć się planowanym na niedzielę gwoździem programu – pełnym rozmachu przedstawieniem „Szemkel” tyskiego Teatru HoM. No cóż, siła wyższa. Będą pewnie wkrótce kolejne okazje. Czekamy cierpliwie.

Tychy, sierpień 2016.

OFF Festival 2016 – galeria druga z komentarzem.

Tegoroczny OFF Festival za nami. Kiedy ostatnio uświadomiliśmy sobie, że była to już jego jedenasta edycja, nie potrafiliśmy wyjaśnić, jak to możliwe, że w tym dyrygowanym przez Artura Rojka, bardzo dla nas interesującym muzycznie wydarzeniu wzięliśmy udział dopiero pierwszy raz. Dziwne. Tym bardziej, że mieszkamy zaledwie kilkanaście kilometrów od ulokowanej na katowickim Muchowcu OFF-owej sceny. No cóż, nieważne, za rok debiutantami już nie będziemy :)

A jaka była ta ostatnia edycja? Naszym zdaniem zaskakująco udana, zwłaszcza kiedy weźmiemy pod uwagę ilość plag, które tym razem OFF nawiedzały. Mimo naprawdę licznych trudności – problemów na etapie planowania imprezy, problemów z dofinansowaniem, pukającej wyraźnie do festiwalowych bramek polityki, masowej „dezercji” zaproszonych wykonawców – publiczność dopisała i wedle naszych wnikliwych obserwacji bawiła się zacnie. Bo czasem wystarczy po prostu dobra muzyka, a tej wcale nie było na festiwalu mało. Za niezwykle pożywne muzycznie godziny chcieliśmy z naszej strony najbardziej podziękować następującym artystom i „kapelom”:

  • Devendra Banhart – za dystans, poczucie humoru, spójny, klimatyczny, pełen smaku i delikatności występ;
  • Brodka – za to, że kolejny raz pokazała, jak bardzo w ostatnich latach artystycznie dojrzała, za najlepsze na Off-ie widowisko w kategorii „coś dla oka, coś dla ucha”;
  • TaxiWars – za skierowany do „off-owiczów” głodnych jazzowej nuty koncert, który mimo wyraźnych problemów z nagłośnieniem zabrzmiał mocno i wyraźnie;
  • Jenny Hval – za wrażliwość, za to, że w ogóle Katowice swoją obecnością zaszczyciła i pokazała, że na scenie radzi sobie jeszcze lepiej niż podczas sesji studyjnych;
  • Kaliber 44 – bo nam udowodnili, że obce dla nas na co dzień gatunki muzyczne mogą brzmieć na żywo bardzo atrakcyjnie i autentycznie;
  • Jambinai – bo dzięki nim poznaliśmy nowe słowa – „haegeum” i „geomungo”, oraz za absolutnie doskonały, chyba najlepszy pod względem instrumentalnym koncert całego festiwalu.

OFF Festival 2016 – galeria druga.

„Miasta, miasteczka, wioski”. Jelenia Góra – stolica Karkonoszy.

Trochę przypadkowych zdjęć z dość chaotycznych spacerów brukami Jeleniej Góry, która całkiem niedawno gościła nas przez kilka dni. Do „stolicy Karkonoszy” ruszaliśmy przede wszystkim z myślą o słynnym, corocznym święcie ulicznych teatrów, ale dodatkową atrakcją okazała się sama przestrzeń tego ciekawego, niezwykle urokliwego miasta.

Lipiec 2016.

Jeleniogórskie święto teatrów ulicznych

Trochę świeżutkich zdjęć z Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Ulicznych w Jeleniej Górze, najstarszej tego typu „imprezy” w Polsce. W ostatniej, trzydziestej czwartej już edycji organizatorzy zaproponowali publiczności nową formułę jako panaceum na lekki kryzys, który podobno od niedawna zaczął festiwalowi dokuczać. W „stolicy Karkonoszy” byliśmy pierwszy raz, nie wiemy więc jak bywało w poprzednich latach, ale tegoroczne święto teatrów można śmiało uznać za udane. Trzy dni na urokliwej starówce upłynęły w przyjemnej atmosferze, publiczność dopisała, pogoda poza kilkoma kapryśnymi momentami również, kilka widowisk zasłużyło na oceny naprawdę wysokie, a niekwestionowana gwiazda – niemiecka grupa Titanic – zaprezentowała widowisko („Symfonia pieca”) chyba najbardziej spektakularne ze wszystkich jakie na ulicach świata mieliśmy przyjemność dotychczas podziwiać. Do Jeleniej Góry wracamy za rok.

Lipiec 2016.

Granica

Istnieją w naszym świecie granice tak wyraźne, że nie sposób ich nie dostrzec. „The Frontier”, „The Mirror of Time”, „Tenses”, „The Halfway Point”? Wciąż nie potrafimy podjąć decyzji, jaki tytuł winno nosić poniższe ujęcie, ale pewni jesteśmy jednego – jest w tym obrazku coś wyjątkowo symbolicznego.

Tychy 2016.

Urodziny drugie

Na kartce kalendarza szósty dzień lipca, czyli mamy dzisiaj mały jubileusz. Trochę to wszystko zaskakujące. Pamiętamy przecież całkiem dobrze jak dokładnie rok temu „świętowaliśmy” pierwsze urodziny naszego internetowego albumu („Wpis jubileuszowy”), a tu się nagle okazuje, że minęło kolejnych dwanaście miesięcy. Niebywałe. Niepokojące.

Czy coś się u nas przez ten ostatni rok zmieniło? Wbrew pozorom sporo. Zmienił się świat, zmieniły się nasze z nim relacje, zmieniły się nasze poglądy i oceny. Przybyło nam trochę zmarszczek, siwych włosów, wrogów. Ubyło przyjaciół, wiary w ludzi, chrząstki stawowej w kolanach oraz czasu, który mamy przed sobą. Dalej dużo podróżujemy, ale z powodu dolegliwości zdrowotnych nie często bywamy już na wysokościach. Dlatego zdjęcia jak to zamieszczone poniżej stają się niestety w naszym albumie rzadkością. Tym chętniej je dziś publikujemy. Aktualnie radość w nas rośnie, bo niedługo znów pakujemy plecaki i z otwartymi na oścież receptorami wyruszamy w drogę. Starsi o rok, trochę zużyci, ale wciąż głęboko wżyci w siebie. I to jest chyba najważniejsze.

A na koniec trochę jubileuszowych podsumowań. W ostatnich 12 miesiącach:

Lipiec 2016.

„Miasta, miasteczka, wioski”. Czeski Mikulov – miasto słońca i wina.

Położony między Brnem a Wiedniem, słynący z tradycji winiarskich Mikulov – kameralne miasteczko pełne rzadko spotykanego uroku, przepięknie wkomponowane w obficie karmiony słońcem krajobraz Moraw Południowych. Zdaniem wielu najbardziej śródziemnomorski skrawek Republiki Czeskiej.

Czerwiec 2016.

„Miasta, miasteczka, wioski”. Wizyta w Kromieryżu.

Do Kromieryża trafiliśmy szukając jakiejś przyjaznej oazy, która nadawałaby się na krótki odpoczynek po wyczerpującym wspinaniu w pobliskich skałach. Czasu mieliśmy naprawdę mało, więc powiedzieć, że poznaliśmy to urokliwe miasteczko byłoby grubą przesadą. Popołudnie uciekło niestety szybko. Pierwszą jego część spędziliśmy na brukach przytulnego rynku i okolicznych uliczek, między innymi gasząc pragnienie Birelem i kawą, dopieszczając podniebienia oraz obficie karmiąc inne odpowiedzialne za odbiór przyjemności receptory. Druga część upłynęła w estetycznym, zaskakująco spokojnym Ogrodzie Zamkowym (jednym z najsłynniejszych tego typu obiektów w Czechach), gdzie mocno już zmęczeni intensywnym dniem głównie gapiliśmy się, z wyraźnie wymalowaną na twarzach dziecięcą radością, na parkowych rezydentów – mniej i bardziej egzotyczne zwierzaki, które dość swobodnie poruszają się po całym obszarze. Na tyle tylko starczyło nam energii. Do Kromieryża wrócimy jeszcze w niedalekiej przyszłości na jakiś sensowny fotograficzny plener, póki co zaś publikujemy skromną, poglądową galerię.

Czechy 2016.