Z liną i bez na pomarańczowych klifach Elby

Na Elbie spędziliśmy w tym roku siedem obfitych dni. Chociaż płynąc z Piombino do Portoferraio myśleliśmy przede wszystkim o słońcu, morzu, plażach i błogim lenistwie, nie mogliśmy oczywiście przejść zupełnie obojętnie obok licznie występującej na wyspie, zaskakująco estetycznej skały. Na wspinaczkowe-boulderingowe rozpoznanie wybraliśmy fragment południowego wybrzeża między Seccheto i Fetovaią, który ślicznie zdobi wyrastający wprost z lazurowej wody, pomarańczowy granit. Symboliczna fotorelacja poniżej.

A o samej Elbie napiszemy ciut więcej niebawem. Nie ukrywamy, że naszym zdaniem ta mała toskańska wyspa to miejsce pod wieloma względami idealne na krótką, pozasezonową wyprawę.

Włochy 2016.

Walking on the Moon

Niesieni spontanicznością spuszczoną z uwięzi, urlopową euforią, albo raczej jakąś kosmiczną siłą, wylądowaliśmy. Meldujemy: księżyc jest bliżej niż można by sądzić, są na nim ludzie, ale w ilościach śladowych, więc jeśli ktoś cierpi na samotność zdecydowanie powinien obrać inny kierunek, jest również woda, całkiem sporo wody, tyle że niezdatnej do picia, słonej, warto zatem zabrać ze sobą kilka pełnych manierek. A na poważnie – surowy krajobraz posezonowego Pagu był dla nas ogromnym zaskoczeniem. Morze, skała, przestrzeń. Prawie nic, czyli dokładnie tyle, ile było nam akurat potrzebne do szczęścia. Jak na poniższych zdjęciach, chociaż tam ważne miejsce w obsadzie znalazła dla siebie również modelka Barbara. Jakuba mało, bo tym razem głównie dzierżył w ręku aparat i prawie w całości wziął na siebie przyjemny ciężar archiwizowania :)

Wyspa Pag. Chorwacja 2016.

Jesienny wypad na południe, czyli z urlopu A.D. 2016 galeria pierwsza.

Długo czekaliśmy na ten wyjazd. O wiele za długo. Kilkanaście niepokojąco szarych miesięcy, jakie zdążyły upłynąć od naszej poprzedniej poważniejszej podróży wspominać będziemy jako dziwny, trochę męczący, pełen codziennego znoju okres, w którym naszą uwagę niebezpiecznie absorbowały rzeczy na swój sposób ważne, ale niestety wyraźnie przyziemne. Za dużo szpitali, rehabilitacji, zawodowych stresów i napięć, za mało głębokich oddechów, życia i pożywek dla ducha. Dopadł nas z tego wszystkiego nawet jakiś podróżniczy impas i do ostatniego dnia przed wyjazdem nie potrafiliśmy sprecyzować, czego naprawdę domagają się nasze ochoty i w którą w związku z tym stronę skierować powinniśmy maskę naszego samochodu. Ostatecznie wyszło dość spontanicznie. Podczas trzytygodniowej tułaczki na południe odwiedziliśmy pięć państw, w trzech z nich (Chorwacja, Słowenia, Włochy) zatrzymaliśmy się na co najmniej kilka dni, pokonaliśmy łącznie 4500 kilometrów samochodem i dodatkowo około 250 kilometrów piechotą, gościliśmy na dwóch wyspach (Pag i Elba), zwiedzaliśmy, chłonęliśmy, smakowaliśmy. Staraliśmy się znaleźć złoty środek między tak potrzebnym nam odpoczynkiem a tak oczywistą dla nas aktywnością. Było, jak zwykle, upojnie. Dużo dobrych, słonecznych chwil, do których pewnie będziemy wracać w przyszłości nie raz. Zanim jednak ostatecznie przebrniemy przez zasoby kart pamięci naszych aparatów, zanim wyselekcjonowane zdjęcia zaczną układać się w jakąś w miarę spójną, wartą opowiedzenia narrację, minąć musi trochę czasu. Chcąc tymczasem jeszcze przez moment w klimacie wakacji pozostać postanowiliśmy już teraz w naszym „albumie” opublikować pierwszy zestaw świeżo przywiezionych z południa obrazków.

Włochy, Słowenia, Chorwacja, wrzesień-październik 2016.

Trekkingowy Kyanjin Ri

Dziś mała rocznica. Właśnie się bowiem zorientowaliśmy, że dokładnie 5 lat temu, 12 października 2011 roku, razem z Dorotką i Witkiem – współtowarzyszami naszej drugiej nepalskiej przygody, mieliśmy przyjemność stać na wierzchołku Kyanjin Ri (4773 m n.p.m.) i w pełnym, himalajskim słońcu podziwiać naszpikowaną białymi ścianami panoramę rejonu Langtang. Ależ ten czas zleciał. A teraz znowu jesteśmy w drodze. Tylko odrobinę mniej odległej. Właśnie spłynęliśmy z nieskąpiącej nam ciepła wyspy Elby, by zapuścić się w nieznane nam dotąd zakątki południowej Toskanii. Dla wszystkich kompanów naszych dawnych wojaży ślemy pozdrowienia z miasta na skale – Pitigliano.

„Niedziela z książką”, czyli 60-te urodziny tyskiej Biblioteki na Pl. Baczyńskiego

Rzadko zdarza się, że nasze „zabawy w fotografów” sięgają wymiaru zawodowego, ale ostatnio zdarzyło się. Chcąc więc tą dość wyjątkową dla nas sytuację podkreślić, publikujemy cząstkę galerii zdjęć z niedawnej imprezy, której sportretowanie było naszą zleconą przez organizatora misją. Poniżej „Niedziela z książką”, czyli 60-te urodziny Miejskiej Biblioteki Publicznej w Tychach na coraz żywszym ostatnimi czasy Placu Baczyńskiego. Pięćdziesiąt przykładowych ujęć z tego całkiem udanego wydarzenia.

Tychy, sierpień 2016.

Dwa wieczory z teatrem na Baczyńskiego…

… czyli skromny ślad z dwóch plenerowych spektakli zaprezentowanych w ramach drugiej edycji Festiwalu Teatrów Offowych „Andromedon”. Na zdjęciach aktorzy grup: Teatr A3 („Plan lekcji”) i Teatr Usta Usta Republika („Cykl”). Cenne dla nas chwile. Szkoda tylko, że fatalna pogoda nie pozwoliła widzom cieszyć się planowanym na niedzielę gwoździem programu – pełnym rozmachu przedstawieniem „Szemkel” tyskiego Teatru HoM. No cóż, siła wyższa. Będą pewnie wkrótce kolejne okazje. Czekamy cierpliwie.

Tychy, sierpień 2016.

OFF Festival 2016 – galeria druga z komentarzem.

Tegoroczny OFF Festival za nami. Kiedy ostatnio uświadomiliśmy sobie, że była to już jego jedenasta edycja, nie potrafiliśmy wyjaśnić, jak to możliwe, że w tym dyrygowanym przez Artura Rojka, bardzo dla nas interesującym muzycznie wydarzeniu wzięliśmy udział dopiero pierwszy raz. Dziwne. Tym bardziej, że mieszkamy zaledwie kilkanaście kilometrów od ulokowanej na katowickim Muchowcu OFF-owej sceny. No cóż, nieważne, za rok debiutantami już nie będziemy :)

A jaka była ta ostatnia edycja? Naszym zdaniem zaskakująco udana, zwłaszcza kiedy weźmiemy pod uwagę ilość plag, które tym razem OFF nawiedzały. Mimo naprawdę licznych trudności – problemów na etapie planowania imprezy, problemów z dofinansowaniem, pukającej wyraźnie do festiwalowych bramek polityki, masowej „dezercji” zaproszonych wykonawców – publiczność dopisała i wedle naszych wnikliwych obserwacji bawiła się zacnie. Bo czasem wystarczy po prostu dobra muzyka, a tej wcale nie było na festiwalu mało. Za niezwykle pożywne muzycznie godziny chcieliśmy z naszej strony najbardziej podziękować następującym artystom i „kapelom”:

  • Devendra Banhart – za dystans, poczucie humoru, spójny, klimatyczny, pełen smaku i delikatności występ;
  • Brodka – za to, że kolejny raz pokazała, jak bardzo w ostatnich latach artystycznie dojrzała, za najlepsze na Off-ie widowisko w kategorii „coś dla oka, coś dla ucha”;
  • TaxiWars – za skierowany do „off-owiczów” głodnych jazzowej nuty koncert, który mimo wyraźnych problemów z nagłośnieniem zabrzmiał mocno i wyraźnie;
  • Jenny Hval – za wrażliwość, za to, że w ogóle Katowice swoją obecnością zaszczyciła i pokazała, że na scenie radzi sobie jeszcze lepiej niż podczas sesji studyjnych;
  • Kaliber 44 – bo nam udowodnili, że obce dla nas na co dzień gatunki muzyczne mogą brzmieć na żywo bardzo atrakcyjnie i autentycznie;
  • Jambinai – bo dzięki nim poznaliśmy nowe słowa – „haegeum” i „geomungo”, oraz za absolutnie doskonały, chyba najlepszy pod względem instrumentalnym koncert całego festiwalu.

OFF Festival 2016 – galeria druga.

„Miasta, miasteczka, wioski”. Jelenia Góra – stolica Karkonoszy.

Trochę przypadkowych zdjęć z dość chaotycznych spacerów brukami Jeleniej Góry, która całkiem niedawno gościła nas przez kilka dni. Do „stolicy Karkonoszy” ruszaliśmy przede wszystkim z myślą o słynnym, corocznym święcie ulicznych teatrów, ale dodatkową atrakcją okazała się sama przestrzeń tego ciekawego, niezwykle urokliwego miasta.

Lipiec 2016.

Jeleniogórskie święto teatrów ulicznych

Trochę świeżutkich zdjęć z Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Ulicznych w Jeleniej Górze, najstarszej tego typu „imprezy” w Polsce. W ostatniej, trzydziestej czwartej już edycji organizatorzy zaproponowali publiczności nową formułę jako panaceum na lekki kryzys, który podobno od niedawna zaczął festiwalowi dokuczać. W „stolicy Karkonoszy” byliśmy pierwszy raz, nie wiemy więc jak bywało w poprzednich latach, ale tegoroczne święto teatrów można śmiało uznać za udane. Trzy dni na urokliwej starówce upłynęły w przyjemnej atmosferze, publiczność dopisała, pogoda poza kilkoma kapryśnymi momentami również, kilka widowisk zasłużyło na oceny naprawdę wysokie, a niekwestionowana gwiazda – niemiecka grupa Titanic – zaprezentowała widowisko („Symfonia pieca”) chyba najbardziej spektakularne ze wszystkich jakie na ulicach świata mieliśmy przyjemność dotychczas podziwiać. Do Jeleniej Góry wracamy za rok.

Lipiec 2016.

Granica

Istnieją w naszym świecie granice tak wyraźne, że nie sposób ich nie dostrzec. „The Frontier”, „The Mirror of Time”, „Tenses”, „The Halfway Point”? Wciąż nie potrafimy podjąć decyzji, jaki tytuł winno nosić poniższe ujęcie, ale pewni jesteśmy jednego – jest w tym obrazku coś wyjątkowo symbolicznego.

Tychy 2016.

Urodziny drugie

Na kartce kalendarza szósty dzień lipca, czyli mamy dzisiaj mały jubileusz. Trochę to wszystko zaskakujące. Pamiętamy przecież całkiem dobrze jak dokładnie rok temu „świętowaliśmy” pierwsze urodziny naszego internetowego albumu („Wpis jubileuszowy”), a tu się nagle okazuje, że minęło kolejnych dwanaście miesięcy. Niebywałe. Niepokojące.

Czy coś się u nas przez ten ostatni rok zmieniło? Wbrew pozorom sporo. Zmienił się świat, zmieniły się nasze z nim relacje, zmieniły się nasze poglądy i oceny. Przybyło nam trochę zmarszczek, siwych włosów, wrogów. Ubyło przyjaciół, wiary w ludzi, chrząstki stawowej w kolanach oraz czasu, który mamy przed sobą. Dalej dużo podróżujemy, ale z powodu dolegliwości zdrowotnych nie często bywamy już na wysokościach. Dlatego zdjęcia jak to zamieszczone poniżej stają się niestety w naszym albumie rzadkością. Tym chętniej je dziś publikujemy. Aktualnie radość w nas rośnie, bo niedługo znów pakujemy plecaki i z otwartymi na oścież receptorami wyruszamy w drogę. Starsi o rok, trochę zużyci, ale wciąż głęboko wżyci w siebie. I to jest chyba najważniejsze.

A na koniec trochę jubileuszowych podsumowań. W ostatnich 12 miesiącach:

Lipiec 2016.

„Miasta, miasteczka, wioski”. Czeski Mikulov – miasto słońca i wina.

Położony między Brnem a Wiedniem, słynący z tradycji winiarskich Mikulov – kameralne miasteczko pełne rzadko spotykanego uroku, przepięknie wkomponowane w obficie karmiony słońcem krajobraz Moraw Południowych. Zdaniem wielu najbardziej śródziemnomorski skrawek Republiki Czeskiej.

Czerwiec 2016.

„Miasta, miasteczka, wioski”. Wizyta w Kromieryżu.

Do Kromieryża trafiliśmy szukając jakiejś przyjaznej oazy, która nadawałaby się na krótki odpoczynek po wyczerpującym wspinaniu w pobliskich skałach. Czasu mieliśmy naprawdę mało, więc powiedzieć, że poznaliśmy to urokliwe miasteczko byłoby grubą przesadą. Popołudnie uciekło niestety szybko. Pierwszą jego część spędziliśmy na brukach przytulnego rynku i okolicznych uliczek, między innymi gasząc pragnienie Birelem i kawą, dopieszczając podniebienia oraz obficie karmiąc inne odpowiedzialne za odbiór przyjemności receptory. Druga część upłynęła w estetycznym, zaskakująco spokojnym Ogrodzie Zamkowym (jednym z najsłynniejszych tego typu obiektów w Czechach), gdzie mocno już zmęczeni intensywnym dniem głównie gapiliśmy się, z wyraźnie wymalowaną na twarzach dziecięcą radością, na parkowych rezydentów – mniej i bardziej egzotyczne zwierzaki, które dość swobodnie poruszają się po całym obszarze. Na tyle tylko starczyło nam energii. Do Kromieryża wrócimy jeszcze w niedalekiej przyszłości na jakiś sensowny fotograficzny plener, póki co zaś publikujemy skromną, poglądową galerię.

Czechy 2016.

24 godziny w Bolesławcu

W drogę można ruszyć z bardzo różnych powodów. W naszym przypadku chodzi czasem o coś tak prozaicznego jak zmęczenie krajobrazem. Nagła potrzeba zmiany otoczenia każe nam po prostu wyjść z domu, wsiąść do autobusu, pociągu, czy też samochodu i ruszyć gdzieś, gdzie nas dawno nie było, albo gdzie nie było nas jeszcze nigdy. Ktoś mógłby oczywiście zapytać, a cóż takiego ważnego i wyjątkowego tam jest? Odpowiedź jest prosta – coś innego. Inny widok z okna, inna przestrzeń, inna pogoda, inna architektura, inne bodźce i emocje, inni ludzie, inne z nimi, mniej lub bardziej głębokie relacje, inni my. I taka oto, podszyta głodem odmienności motywacja rzuciła nas niedawno do Bolesławca. W niezwykle estetyczne polskiej stolicy ceramiki spędziliśmy gęste od przyjemności 24 godziny.

Maj 2016.

Powrót do przeszłości

Znowu wzięło nas na wspominki. Zdjęcia może nie rewelacyjne, ale co tam, upubliczniamy. Tak się prezentowaliśmy 11 lat temu. Pojezierze Brodnickie i burzowe Tatry. Rok 2005. Bardzo się zestarzeliśmy?

P.S. Rozczula nas zwłaszcza fotka ze Zbiczna z podwójną „łyżeczką” w namiocie – w rolach głównych Basia, Jakub i śp. kundel-kumpel Ozi :)

Zabawy w „piachu”

Podczas naszego niedawnego, krótkiego pobytu na polsko-niemieckim pograniczu postanowiliśmy wygospodarować kilka godzin, by poznać, trochę pomacać i obfotografować zupełnie nam dotąd nieznane okoliczne skały. Czasu było zdecydowanie za mało, a pierwszym krokom na jakże specyficznych, piaskowcowych formacjach towarzyszyło zdecydowanie zbyt wiele stresu i obaw, ale za to pogoda oraz humor dopisały, więc chrzest w podsudeckich „piachach” zapamiętamy jako zdecydowanie udany :)

Maj 2016.

„Miasta, miasteczka, wioski”. Ze Zgorzelca do Görlitz.

Nie zamieszkują nas najmniejsze nawet uprzedzenia ani jakiekolwiek niechęci do naszych zachodnich sąsiadów, a mimo to, z jakiegoś bliżej nieznanego powodu rzadko przekraczamy polsko-niemiecką granicę. Tym bardziej warto więc odnotować nasz ostatni, króciutki pobyt na ziemiach RFN. Skromna galeria zdjęć z majowego spaceru zarówno prawym, jak i lewym brzegiem Nysy Łużyckiej: zaskakująco ciekawe Görlitz i również warty odwiedzenia, choć niestety wyraźnie bardziej „polski” (przeczuleni na punkcie swojej narodowej dumy mogą sobie oczywiście ten przymiotnik zrozumieć po swojemu, my akurat w tym miejscu nic specjalnie pozytywnego nie mamy na myśli) Zgorzelec.

Maj 2016.

Wieczór w tonacji fis-moll

Nasza pierwsza wizyta w nowej, tyskiej sali koncertowej urządzonej w niedawno oddanym do użytku, nowoczesnym obiekcie Mediateki, i jednocześnie nasze drugie w życiu spotkanie z rozmiękczającym serca nie tylko kobiece Arkadiuszem Glenskiem, znanym powszechnie jako Fismoll. Nastrojowy, sentymentalny, poetycki wieczór pełen profesjonalnych aranżacji i niebanalnych melodii. Jak na nasz gust koncert może troszeczkę zbyt grzeczny, kulturalny i ułożony, ale bezsprzecznie wartościowy :)

Kwiecień 2016.

A skoro już przy muzyce jesteśmy to zdradzimy jeszcze, że od wielu lat po koncertowe używki staramy się sięgać w miarę regularnie. I chociaż zupełnie już wyrośliśmy ze stadionowych „eventów” z udziałem światowych gigantów, odśpiewywanych po raz tysięczny pokoleniowych hymnów, zespołów-legend, czy też do bólu przewidywalnych kapel, dla których ważniejsza od kreatywności jest wierność schematom uprawionego gatunku, nie zmienia to faktu, że w każdym sezonie uczestniczymy w minimum kilkunastu, a bywa że i kilkudziesięciu wydarzeniach. Niestety fotografii o tym świadczących w naszych zbiorach ciągle jak na lekarstwo. Dlaczego? Może to zabrzmi dziwnie, ale z naszego punku widzenia świat koncertu tworzeniu zdjęć po prostu nie sprzyja – albo nas bowiem wciąga, pochłania, przez co zupełnie zapominamy o „pstrykaniu”, albo nie wciąga nas wcale, nudzi, a wtedy z kolei nie widzimy powodów, by go utrwalać. I tak oto z całego bogactwa muzycznych doświadczeń na naszym twardym dysku ostało się tylko niespełna dwieście nie zawsze udanych obrazków. Poniżej kilkanaście mniej lub bardziej wiekowych przykładów.

Góra Zamkowa

Góra Zamkowa (Wzgórze Zamkowe) ma dla cieszynian znaczenie szczególne. To w końcu nie tylko popularna turystyczna atrakcja, dogodny widokowy „taras”, czy też ulubione przez wielu miejsce spotkań i romantycznych schadzek, lecz przede wszystkim dla całej okolicy symboliczny punkt centralny, któremu swój początek zawdzięcza współczesny Cieszyn. Z dawnych czasów w różnej kondycji do dziś na wzgórzu zachowały się: XI-wieczna romańska Rotunda św. Mikołaja, fragmenty murów piastowskiego zamku, gotycka Wieża Piastowska z XIV wieku i znacznie młodszy Pałac Myśliwski Habsburgów.

Cieszyn 2016.

Przedwiośnie w Cieszynie

Cieszyn przywitał nas niedawno bardzo przychylną aurą, za którą w wyjątkowo szarych w tym roku, zimowych miesiącach mocno zdążyliśmy się stęsknić. Przyjemna temperatura, niebieskie niebo, czule głaszczące policzki słonko, a do tego wyraźnie już wyczuwalny aromat wiosny. Pewnie dlatego ten strzegący granicy, pamiętający początki państwa polskiego ośrodek wydał nam się jeszcze bardziej niż zwykle przystojny.

Marzec 2016.

Luty na Klemensowej Górce

Klimont, albo jak kto woli Klemensowa Górka, wraz z ulokowanym na jego wierzchołku barokowym Kościołem Św. Klemensa, to bezsprzecznie najbardziej rozpoznawalny symbol śląskich Lędzin. Sięgające około 300 m n.p.m. i wyrastające 50 metrów ponad okolicę wzgórze znamy doskonale. W sezonie letnim jest chyba naszym ulubionym w pobliżu Tychów celem rowerowych przejażdżek. A ostatnio, w niełatwym dla męskiej połówki naszego tandemu okresie rehabilitacji po kolejnym zabiegu kolana, stało się dodatkowo areną dla nieforsownych, rekreacyjnych spacerów – przyjemnych, chociaż trochę kulawych :) Naprawdę miło było doświadczyć, jak przystojne i jak różnorodne przyodziewa Klimont w lutym twarze.

Luty 2016.