Jako zakończenie tematu sierpniowego pobytu w Szwajcarii galeria ostatków, czyli obrazków z alpejskich szlaków, których jeszcze nie publikowaliśmy. Oberland Berneński, a w zasadzie skromna reprezentacja jego niezwykłego bogactwa.
Lauterbrunnen – przez wielu nazywana najpiękniejszą doliną w Szwajcarii. Z naszej perspektywy – najbardziej zatłoczony fragment tego cudnego kraju, jaki mieliśmy okazję odwiedzić. Wcześnie rano było całkiem przyjemnie, do godziny dziesiątej jeszcze zupełnie spokojnie, ale później już znacznie gorzej.
Zwykle przed wyjazdem w nieznane nam wcześniej strony, korzystamy z licznych przewodników, ale wcale nie po to, żeby na ich podstawie stworzyć listę projektów pod hasłem „must see”. Odwrotnie, chodzi raczej o listę miejsc, które będziemy omijać. To bowiem, co najczęściej polecane nieraz nie jest ani odrobinę bardziej warte poznania niż inne atrakcje, a co gorsza, możemy być pewni, że w dobie masowej turystyki natrafimy tam na tłum. Nad niezwykle popularnym Oeschinensee znaleźliśmy się trochę przypadkowo – po prostu po kilkudziesięciogodzinnym załamaniu pogody to w tym rejonie najszybciej miało swoją buzię pokazać słońce. Ostatecznie wyszło dobrze, bo, jak się przekonaliśmy, legendy o uroku tego alpejskiego klejnotu nie są przesadzone. Uprzedzając ewentualne pytania – tak woda naprawdę ma tam taki kolor :)
W szwajcarskiej Lucernie spędziliśmy zaledwie kilka godzin, więc z autopsji możemy powiedzieć o niej tylko tyle, że to żywe, autentyczne, zadbane, bardzo przyjemne dla oka osiedle, którego serce przecina urokliwa rzeka Reuss, że jego zabytkowa tkanka jest w znakomitej formie, słynne drewniane mosty naprawdę imponują, i że na Mühlenplatz kawa oraz słodkości smakują wybornie.
Porcja zdjęć z sierpniowych spotkań z pięknymi jak zawsze, ale z roku na rok niestety coraz dotkliwiej zmienianymi przez turystyczne oraz sportowe trendy Dolomitami. Kilka niezbyt forsownych fotograficznych spacerów, wizyty w przyjemnych zwłaszcza dla podniebienia schroniskach, alpejskie hale, charakterne krowy i Sass Rigais – nietrudny, panoramiczny trzytysięcznik, na wierzchołku którego nigdy wcześnie jeszcze nie staliśmy.
Podczas ośmiu dni spędzonych w Szwajcarii celowo zrezygnowaliśmy z wymagających projektów i typowo sportowych wyzwań, które pochłonęłyby jednorazowo zbyt dużo energii oraz czasu, kosztem innych przygód. Chcieliśmy cieszyć się możliwie najszerszym spektrum atrakcji. Odpuściliśmy tym razem wspinanie oraz trudniejsze szczyty. Sporo za to dreptaliśmy po wyżej i niżej położonych, mniej i bardziej znanych górskich zakątkach, chłonąc spektakularny krajobraz. Raz tylko wybraliśmy ciut bardziej techniczny teren. Nietrudna via ferrata Tälli, zdaniem wielu źródeł najstarsza tego typu droga w Szwajcarii, sprawiła nam mnóstwo przyjemności. Tym bardziej, że przez pół dnia byliśmy zupełnie sami, co w środku sezonu na alpejskich żelaznych perciach nie zdarza się raczej często.
W włoskiej części naszych sierpniowych tułaczek, podobnie jak rok temu, osiedliśmy w wiosce Cleran, skąd nie tylko mogliśmy szybko dostać się w góry, ale także łatwo sięgnąć uroczych południowotyrolskich osiedli. Bressanone (Brixen) poznaliśmy już dość dobrze wcześniej, w Klausen (Chiusa) zagościliśmy pierwszy raz.
Głównym punktem naszego sierpniowego wypadu miała być słabo przez nas dotychczas poznana, niewidziana od ośmiu lat Szwajcaria, a przynajmniej skromna jej część. Główny „obóz” założyliśmy nad brzegiem urokliwego jeziora Brienzersee, co mocno wpłynęło na kształt całej szwajcarskiej przygody. Sielski, kąpielowy akwen ogniskował naszą uwagę nie mniej niż wysokogórskie zakątki, przyjemnie nas rozleniwiał :)
Podobnie jak w poprzednich sezonach, w tym roku kilkanaście sierpniowych dni poświęciliśmy alpejskim krainom szukając nieznanych nam jeszcze krajobrazów, estetycznych pożywek, ale przede wszystkim szlaków, na których obcowania z przyrodą nie zakłóca nadmiar turystów. Fotograficznych pamiątek przywieźliśmy sobie sporo, zatem nasz internetowy album zdominują w najbliższym czasie obrazki z górskich i okołogórskich rejonów. Na początek dość ogólna, poglądowa galeria. Austria, Szwajcaria i Włochy. Alpy Sztubajskie, Alpy Sarntalskie, Dolomity oraz Berneński Oberland.
Druga galeria z krótkiego urlopu w Styrii. Masywne wapienie niewysokiego, ale imponującego masywu Hochschwab oraz kilka dodatkowych portretów jeziorek Grüner See i Kreuzteich.
Nasze drugie w tym roku spotkanie z górzystą częścią austriackiej Styrii. Tym razem na pięć dni osiedliśmy w kameralnej wiosce Oberort, nad samymi niemal brzegami urokliwych jeziorek Grüner See i Kreuzteich. Sielska baza, idealna dla chcących lepiej poznać wapienną grupę Hochschwab.
Fotograficzne ostatki z wiosennego pobytu w Italii. Kilka prezentowanych już zakątków plus porcja nowych motywów. Smagane słońcem okolice jeziora Garda, śnieżne jeszcze Dolomity oraz sielska dolina Val Lomasone – nasza główna w tym sezonie arena wspinaczkowa.
Drugi wybór obrazków z wiosennego wypadu do Włoch. Naszym głównym celem były oczywiście spotkania z naturalnym krajobrazem, wspinaczkowe poszukiwania idealnego wapienia i niezbyt forsowne aktywności piesze, ale to nie znaczy, że zupełnie porzuciliśmy cywilizację. Sporo dobrych chwil spędziliśmy w jak zwykle wygodnym, tętniącym sportową energią Arco, a także w innych kameralnych ośrodkach – Sterzing (Vipiteno), Cesiomaggiore, Belluno oraz Valdobbiadene.
Przełom kwietnia oraz maja. Nasza kolejna wizyta w północnej części gościnnej Italii i spotkanie z aż trzema porami roku. W wysokich partiach Dolomitów solidna, trudna dla tułaczy zima, w dolinach mieniąca się jaskrawymi zieleniami wiosna, a w niektórych najbardziej nasłonecznionych rejonach warunki i temperatury niemalże letnie, pozwalające nawet na krótkie odświeżające kąpiele. Poniżej z tych bogatych dziesięciu dni galeria pierwsza.
Drugi rok z rzędu w połowie lutego obieramy kierunek na alpejskie krainy i drugi raz zamiast zimy spotykamy wiosnę. Coraz dziwniejszy ten klimat. W regionie Salzkammergut na opustoszałych górskich halach śniegu jak na lekarstwo, kwiecie w rozkwicie, motyle oraz bzyczące pszczoły. Krótki to był wypad. Sporo czasu spędziliśmy w samochodzie, trochę pospacerowaliśmy po mniejszych i większych nierównościach, ale głównie odpoczywaliśmy od codzienności gapiąc się na przeurocze nawet o tej porze roku jeziora: Wolfgangsee, Attersee, Hallstätter See, Altausseersee oraz Grundlsee.
Znowu ta Mała Fatra, znowu jej główna grań, znowu piękna zima, znowu te wspaniałe widoki na Tatry, Wielką Fatrę i Wielki Chocz, znowu przyjemnie. Dobrze znane miejsca i ścieżki, które chyba nigdy się nam nie znudzą.
Pierwsza galeria w nowym roku z naszego ostatniego wyjazdu w roku ubiegłym. Okres świąt Bożego Narodzenia, który tym razem spędziliśmy w górach, a konkretnie na szlakach słowackiej Małej Fatry, chyba najczęściej odwiedzanego przez nas górskiego pasma. Cisza, przestrzeń i dwie pogodowe rzeczywistości jednocześnie – w dolnych partiach zaskakująco przyjemnie, ciepło, słonecznie, niemal wiosennie, a u góry sroga, trudna zima, pełna słońca, ale też mroźna i bardzo wietrzna. Ludzi jak na lekarstwo, więc niemal samotnie przedeptaliśmy kilka nieznanych nam jeszcze niższych ścieżek, a na głównej grani przetorowaliśmy szlak pomiędzy Krywaniami.
W ostatnich dwunastu miesiącach sporo czasu spędziliśmy w górach, co nie znaczy, że zupełnie zrezygnowaliśmy z błogiego odpoczynku na terenach niżej położonych oraz eksploracji przyjemnej dla oka, zabytkowej miejskiej tkanki. Poniżej, jako podsumowanie roku 2024, obszerna galeria niegórskich obrazków z miejsc, które na tabliczkach naszej pamięci najbardziej wyraźnie wyryły słowo „radość”.
Wyraźnie zabieliła się w ostatnich dniach główna grań Małej Fatry. A dosłownie tydzień wcześniej podziwialiśmy jeszcze jej, jak zwykle pięknie kolorowe, odzienie jesienne. Co widać na załączonych obrazkach :)
Krótkość listopadowych dni czasem przytłacza, ale ma też jeden wyraźny plus – w górach znacznie łatwiej niż na przykład latem, czasem nawet przypadkiem, można natknąć się na pełen magicznych świateł spektakl wyreżyserowany przez zachodzące słońce. Przekonaliśmy się o tym ostatnio na szlakach Małej Fatry.
Ostatnia galeria z naszych intensywnych, sierpniowych spotkań z górami. We włoskiej części ZachodnichAlp Zillertalskich spędziliśmy zaledwie dwa dni, ale udało się wycisnąć z nich całkiem sporo. Mimo niepewnej pogody bez problemów wdrapaliśmy się na dwa przystojne trzytysięczniki – Wurmalmspitze (3022 m n.p.m.) i Wilde Kreuzspitze (3134 m n.p.m.), zdążyliśmy dobrze poznać okolice prześlicznego jeziora Lago di Selvaggio (Wilder See), przyjrzeliśmy się dokładnie drewnianej zabudowie wioski Malga Fane, uważanej za jedno z najpiękniejszych tego typu miejsc w Tyrolu Południowym, oraz zjedliśmy kilka naprawdę znakomitych dań w Brixner Hütte (Rifugio Bressanone) – bez wątpienia najlepszej górskiej jadłodajni, jaką dotychczas spotkaliśmy na swojej drodze.
Świeża historia. Początek października. Rezygnujemy z dalekich wojaży i urlopowe ostatki przemieniamy we wspinaczkowy tydzień na świetnie nam znanej, chociaż ostatnio rzadziej odwiedzanej, polskiej Jurze. W Rzędkowicach jesień w pełnym rozkwicie, hojne słoneczko, cudnie umiarkowane temperatury i zaskakująco mało ludzi. Mnóstwo przestrzeni do zabaw na skale. W tych komfortowych warunkach z przyjemnością odhaczamy większość dróg z licznej listy rekreacyjnych nowości przygotowanych niedawno przez Jacka Czecha (pozdrawiamy, świetna robota!), a energii starcza nawet na całkiem udane próby na trudniejszych projektach w okolicach naszych niezbyt wyśrubowanych, wspinaczkowych życiówek. Dobre i owocne dni.
W niezawodnych włoskich Dolomitach czekało na nas w tym roku to, co zawsze – budzące respekt skalne formacje, zielone hale, gęste opary, kłębiaste chmury i oczywiście mnóstwo przepięknego, południowego światła…
Dolomity Lienzkie były ostatnim etapem naszego sierpniowego wypadu i niestety zostawiliśmy sobie na to niezwykle interesujące, nieznane nam wcześniej pasmo zdecydowanie zbyt mało czasu. Głównym kierunkiem krótkiego rozpoznania dość spontanicznie uczyniliśmy Seekofel (2738 m n.p.m.), na który prowadzi bardzo przyjemna, graniowa ferrata.