Rów Górnej Nysy

Ciągnący się między Górami Bystrzyckimi a Masywem Śnieżnika, szeroki na kilka kilometrów Rów Górnej Nysy stanowi naturalną granicę oddzielającą Sudety Wschodnie od Środkowych. Specyficzna to kraina. Z punktu widzenia turysty czy podróżnika jej najmocniejszą stroną jest chyba, paradoksalnie, bardzo skromne zagospodarowanie turystyczne. Gdzie tylko spojrzeć spokojny, sielski, miejscami bardzo urokliwy krajobraz, na szczęście niezdeformowany jeszcze przesadnie przez człowieka. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten podejrzany, stale wiszący w powietrzu zapach ubóstwa (przynajmniej tak go zinterpretowały nasze receptory). Podupadające miasteczka i wioski, o których uroku świat dawno zapomniał, rozpadające się domy, wszechobecne sklepy z tanią odzieżą, mieszkańcy włóczący się po ulicach jakby bez energii i pomysłu… to tutaj niestety norma. Co nie znaczy jednak wcale, że z opisywanymi stronami nie warto się zapoznać. My poświęciliśmy na ich zwiedzanie cztery dni, a kapitalną bazę noclegową znaleźliśmy na stokach Śnieżnika, w przeuroczym Międzygórzu. Był to czas błogi i, poza momentami w których eksplorowaliśmy pobliskie skały (Trzy Kopki, Pasterskie Skały), wyjątkowo leniwy. Nawet po aparaty sięgaliśmy rzadziej niż zwykle. Wyjątkiem była tylko wycieczka do Bystrzycy Kłodzkiej, której portretowanie zajęło nam kilka godzin. A skoro już o stolicy rejonu mowa – mamy w stosunku do niej mieszane uczucia. Nigdy chyba wcześniej nie spotkaliśmy na swojej drodze ludzkiego osiedla, które tak przystojnie prezentowałoby się z daleka i jednocześnie tak dużo traciło przy spojrzeniu z bliska. Z jednej strony piękne położenie, pamiętające Wieki Średnie zabytki, przyjemny ryneczek, czy unikalna w skali Polski tarasowa zabudowa, z drugiej jednak jakiś niemiły dla oka bałagan, zmęczone mury, kiczowate szyldy i reklamy, dziesiątki pordzewiałych anten satelitarnych oraz wyjątkowo senny, martwy, jakby odrobinę PRL-owski klimat. Miasto z ogromnym potencjałem, niestety póki co niezaktualizowanym.

Sierpień 2015.

„Miasta, miasteczka, wioski”. Spacer po Bielsku i Cieszynie.

Bielsko-Biała i Cieszyn. Był czas, że na ulicach tych dwóch przystojnych miast toczyła się naprawdę spora część naszego wspólnego życia. Studia, praca, rozrywka, spotkania, koncerty, zakrapiane przygody, krwiste przyjaźnie, powroty z gór, spacery, przechadzki… Ocean czasu. Tylko jakimś dziwnym trafem niemal zawsze brakowało albo aparatu albo ochoty na zdjęcia. Jednym z bardzo nielicznych świadectw bogatego cieszyńsko-bielskiego etapu jest poniższa galeria.

Babia Góra. Zima 2015.

Zimowe spacery granią Babiej Góry to nasza niepisana coroczna tradycja. Niestety w tym sezonie męską część naszego zespołu niewątpliwej przyjemności obcowania z otuloną śniegiem Królową Beskidów pozbawiła operacja kolana. Na szczęście znalazło się zastępstwo. Jego ciężar wzięła na swoje barki stęskniona górskich wrażeń koleżanka Dorotka. I tak oto pewnego pogodnego, chociaż bardzo mroźnego poranka na wierzchołek Diablaka ruszyła „babska ekspedycja”. :)

Luty 2015.

Tatry w zimowej szacie

Polskie Tatry znamy bardzo, bardzo dobrze. Przez długi okres w każdym niemal sezonie odwiedzaliśmy je kilkukrotnie, spędzając łącznie na ich zboczach setki godzin. Ostatnimi jednak czasy, głównie z racji okupujących tatrzańskie szlaki tłumów i naszej coraz bardziej postępującej alergii na masy, w najwyższych polskich górach bywamy rzadziej. Wyjątkiem jest zima.

Tatry 2009-2013.

Jesienny spacer po Beskidach

Jesienny spacer naszą ulubioną w Beskidzie Żywieckim trasą. Łatwa, spacerowa pętla: Rycerka – Wielka Racza – Mała Racza – Orzeł – Abramów – Jaworzyna – Kikula – Przegibek – Rycerka. Sześć godzin przyjemności, z czego przynajmniej jedna czwarta z okiem przylepionym do aparatu wymierzonego w górskie krajobrazy, które jak zwykle o tej porze roku grubo przykryła dziwnie pstrokata, nadrealna wręcz mieszanka barw.

Październik 2010.

Romans zimowy

Podróże to nie tylko egzotyczne, zagraniczne wojaże. Góry to nie tylko Alpy czy Himalaje. Niekiedy egzystencjalne i estetyczne pożywki można odnaleźć całkiem blisko, w naszym przypadku nie dalej niż kilkadziesiąt kilometrów. Na Babiej Górze byliśmy co prawda wiele razy, ale tułaczki po penetrujących jej zbocza szlakach nie przestają nas bawić. Zwłaszcza zimą, kiedy spotkania z Królową Beskidów przemieniają się nieraz w namiętny, pełen zwrotów akcji, porywczy, ostry, momentami nawet trochę perwersyjny romans. Czasem czyste, błękitne niebo, leniwe, przyjemnie pieszczące skórę słońce, skrzący się dziewiczy śnieg i pełne spektrum zimowego piękna, a niedużo później budząca niepokój zawieja, zamieć, przenikliwe zimno i nieprzekraczająca kilku metrów widoczność. Kto raz tego zasmakował, temu zawsze tęskno.

Babia Góra 2011-2013.